TAOistyczna zasada WU-WEI




Lao Tsy i jego rozprawa filozoficzna „TAO te king” ("Droga") inspirują mnie od dawna. Dzięki temu zapoznałam się z taoistyczną zasadą Wu-Wei, która stała się mi bliska. Praktykuję ją z coraz lepszym skutkiem, co wprowadza w moje życie więcej spokoju i harmonii. Zainspirowana przez różne opisy poczułam w sobie krążącą energię tao i usiadłam do pisania, aby ułożyć własne myśli i odczucia.

Jak ja odczuwam TAO i wu-wei?

TAO nie jest do rozumienia – TAO się odczuwa.
Wu-Wei to być jak jin-jang, gdzie jeden biegun nieustannie wpływa w drugi, są w ciągłym ruchu i uzupełniają się – żadne nie może istnieć bez drugiego. Przepływ jest harmonijny, swobodny, toczy się jak koło życia.

Wu-Wei oznacza działać spontanicznie, naturalnie, bez przymuszania się.
Powstrzymywać działania sztuczne, nawykowe, zaprogramowane a pojawią się spontanicznie działania naturalne, twórcze, wywodzące się z Ducha. Przestać żyć „na automatycznym pilocie”. Obserwować siebie i swoje uwarunkowania.

Naturalne duchowe działania nie potrzebują przymuszania się i czynione są bez wysiłku. BEZ WYSIŁKU. Płyną – jak woda w rzece. Po co pchać rzekę czyli wymuszać zmianę?
Zmian nie trzeba, a nawet nie należy wymuszać. Trzeba wczuć się we własny rytm i podążać w zgodzie z nim.

Duchowa rzeczywistość (Duch, Kosmos, Życie, Wszechświat) dostraja materialną rzeczywistość w najlepszy możliwy na ten moment sposób. Moje życie potwierdza działanie tej zasady i wielokrotnie wprowadza mnie w stan wielkiego zadziwienia i zachwytu, jak cudownie potrafi działać synchroniczność Wszechświata, jeśli tylko dam na to pozwolenie, jeśli przestanę blokować poprzez opór w swoim sposobie myślenia lub usilne wymuszone działania, aby koniecznie już teraz zrobić cokolwiek, co uwolni mnie od poczucia winy, że nie robię nic. Najczęściej robienie „czegokolwiek” wynikało z presji otoczenia (lub wewnętrznej), bo „należy”, bo "ktoś tego oczekuje”, a w efekcie wpadałam w jakieś błędne koło pozornych, wyczerpujących działań wbrew sobie, które do niczego konstruktywnego nie prowadziły poza odbieraniem mi sił. A czasami najlepsze co mogę dla siebie uczynić, to nie robić NIC.
Nie robić NIC oznacza dla mnie podążanie z nurtem wydarzeń, wykazywanie się cierpliwością (wszystko w swoim czasie), ufnością wobec Życia oraz zajmowanie się zwykłymi, codziennymi zajęciami pozwalając, aby sprawy ułożyły się jak należy. Oznacza to też podejmowanie aktywnych działań spontanicznie, kiedy wewnętrzny impuls skłania mnie ku czemuś. Kiedy jednak impuls do działania nie pojawia się i czuję, że jedyne czym mam się zająć teraz to wyspać się, pójść na spacer, ugotować posiłek albo usiąść spokojnie i zagłębić się w sobie – tak czynię. Jeśli mam zaplanowane rutynowe działania według rozkładu zajęć – zwyczajnie robię swoje. Tu chodzi o sytuację, w której oczekuję konkretnych zmian, spodziewam się jakichś wydarzeń. I o to, aby nie wywierać nacisku lecz działać w naturalny, spontaniczny sposób. A także umieć cierpliwie czekać.

Trzeba umieć wyczuć sytuację i moment obecny. Dostrzegać kiedy czas sprzyja aktywności, a kiedy bierności. Cierpliwie pozwalać, aby efekty pojawiły się w zgodzie z rytmem kosmosu – czasem natychmiast, czasem znacznie później.
Na wszystko jest właściwy czas i miejsce. Wszystko realizuje się tak jak trzeba i wtedy, kiedy trzeba. O ile ufam, pozwalam, płynę lekko - bez wysiłku.

Kiedy dostrajam się do wyższego planu, do duchowej rzeczywistości, synchronicznego działania kosmosu, to kontrola poprzez umysł jest zbędna! Rzeczy po prostu dzieją się!
Kiedy uczę uwarunkowany umysł, aby zaprzestał kontrolowania sytuacji i poddał się biegowi wydarzeń, mogę dostroić się do rytmu wszechświata. Zachowuję uważność i czujność, ego przestaje mnie kontrolować, zyskuję przepływ, spokój i harmonię ze wszystkim co mnie otacza.
Pozostając w głębokiej ufności, że życie prowadzi mnie najlepszą z dróg, wszystko dzieje się dla najwyższego dobra wszystkich w to włączonych oraz w zgodzie z wyższym planem, osiągam wewnętrzną równowagę, zdolność panowania nad emocjami i tworzę swoje życie poprzez to, co mnie buduje, wzmacnia i rozwija, zamiast niszczyć i zatruwać. Przyjmuję TO CO JEST z wdzięcznością i cieszę się każdą chwilą, budując w efekcie radosne życie.

Ufam, że zawsze mam wszystko czego potrzebuję i wszystko JEST DOBRZE.

Ta ufność zmienia mój obraz rzeczywistości i przenosi mnie w rejony, w jakich naprawdę chcę żyć.
Kiedy jednak poprzez swój uwarunkowany umysł (ego) chcę panować nad swoim życiem i kontrolować jego przebieg, uniemożliwiam siłom duchowym działanie synchroniczne z kosmosem. Stawiam opór i w efekcie doznaję cierpienia.

Im silniejszy opór, tym więcej cierpienia.

Podążając Drogą pozwalam spontanicznie przejawiać się swojej Naturze. Spontanicznie reaguję na pojawiające się potrzeby.
W praktyce może to oznaczać, że nawet jeśli czynię plany, to zawsze traktuję je bardzo elastycznie, dostosowując się do bieżącej sytuacji. Mogę wieczorem z góry założyć, że rano wypiję kawę, ale kiedy ranek nastąpi wpierw sprawdzę w sobie czy faktycznie na kawę mam ochotę. Lepiej jednak kiedy niczego takiego nie zakładam, a rano pytam siebie: - Kawa czy herbata? A może – woda?


 

Kiedy podążam Drogą, zawsze pozostaję w świetle.




Komentarze