MOJA DROGA ZMIAN. DZIENNIKI.

Wciąż zastanawiam się, czy słuszne jest przywracanie  wspomnień, trudnych doświadczeń, jakie musiały stać się moim udziałem, abym mogła dokonać tak radykalnych, transformacyjnych zmian w moim życiu.
Drugą rzeczą jest fakt, iż moje pamiętniki, z których zapiski chciałam tutaj opublikować, wciąż pozostają daleko ode mnie. Daleko, w sensie fizycznym. To efekt kolei mojego losu i chwilowej emigracji na wieś. Ale to już niestety jest historią. Jednak moje rzeczy pozostały w separacji ze mną na dość długi czas. Wciąż nie udaje mi się zorganizować tej "przeprowadzki", ale muszę to zrobić. Tak bardzo chciałabym móc znów z nich skorzystać. Rozdałam już naprawdę wiele, zdecydowaną większość, zostawiłam najważniejsze i najpotrzebniejsze dla mnie rzeczy, a nadal nie mam ich przy sobie. Dlaczego? To proste. Kiedy nie masz swojego domu, przenosisz się z miejsca na miejsce, pomocne jest i właściwie - niezbędne - ograniczony stan posiadania. Z reguły miejsca dla siebie mam niewiele, więc niewiele mogę ze sobą mieć. To z jednej strony bardzo pozytywne, dające lekkość, swobodę, łatwość przemieszczania się, większe poczucie niezależności. I czuję się z tym pogodzona. Im mniej mam, tym mniejsze są moje potrzeby. Nie ukrywam jednak, że jest we mnie pewna nostalgia. Pozostało pragnienie, aby mieć "swój dom", dużo przestrzeni, niezależności fizycznej i ekonomicznej, i dużą kuchnię, w której swobodnie się pichci i wspólnie spożywa posiłki. Szczęśliwie niezależność mentalna i duchowa jest dla mnie dużo ważniejsza, a ją osiągam w obecnych warunkach.

Częściowo MOJĄ DROGĘ ZMIAN opisują LISTY do Julii i LISTY do Przyjaciół.
A zmiany, jakie ostatnio stały się moim udziałem całkiem nagle i spontanicznie, opisałam w postach z serii MOJA DROGA NA POŁUDNIE  (począwszy od TEGO) i MOJA DROGA NA PÓŁNOC (począwszy od TEGO). A jak to się zaczęło dowiecie się z postu  FORTUNA KOŁEM SIĘ TOCZY - NOWY POCZĄTEK

Dzielę się również swoimi olśnieniami i wglądami, w serii opatrzonej etykietą DZIENNIKI.

Wciąż mam mnóstwo materiałów i pomysłów, które czekają na opracowanie i publikację.
Ale - wszystko po kolei, w swoim najwłaściwszym czasie.

Luiza Kattia



Przywoływanie we wspomnieniach wydarzeń sprzed kilku, kilkunastu lat potwierdza, że takie doświadczenia stały się moim udziałem. Kiedy o tym myślę popadam niekiedy w zadziwienie, jak to wszystko wytrzymałam i przetrwałam. Wiem, że dane mi było mocne wsparcie, bez którego nie dałabym rady podołać... Jednak dziś cieszę się tym co jest. Wciąż przychodzi mi pokonywać trudności i radzić sobie z problemami - a kto jest od nich wolny? To naturalne, że trudności się pojawiają. Problemy nie są już problemami, ale sytuacjami, w których trzeba się odnaleźć i dostrzec najlepsze rozwiązania. Jest sytuacja i jest rozwiązanie. Czasem widoczne natychmiast, kiedy indziej po dokładniejszym rozeznaniu. Ale zawsze i w każdej chwili, niezależnie od sytuacji, mam za co być WDZIĘCZNA. I często ODCZUWAM WDZIĘCZNOŚĆ. To pozwala mi skupić się na tym, co dobre. Wdzięczność sprawia, że dostrzegam jak wiele mam, nawet kiedy wydaje mi się, że nie mam nic. Przypomina też, że w rzeczy samej ZAWSZE MAM WSZYSTKO CZEGO POTRZEBUJĘ.
I znowu rozróżniam POTRZEBY od CHCENIA. Wielokrotnie przekonałam się, że to czego chcę, niekoniecznie jest tym, czego potrzebuję, a co za tym idzie - niekoniecznie jest dla mnie dobre.
Wiem, że to czego naprawdę potrzebuję, realizuje się w moim życiu w najlepszy możliwy na ten moment sposób.




Zrealizowałam kolejny punkt z listy moich potrzeb. Wróciły do mnie pozostałości wcześniejszego życia, w tym zeszyty z zapiskami moich przemyśleń, odczuć, wrażeń i przeżyć. Po zastanowieniu postanowiłam stopniowo je udostępniać na tej stronie.

To wcale nie łatwa decyzja, ponieważ notatki z dzienników są często jeszcze bardziej intymnym zapisem mnie samej, niż listy. Wielokrotnie pokazują trudne stany psychiczne, jakim ulegałam. Są świadectwem zmian, ale też niekiedy krążenia w kółko, zapętlenia, powielania sytuacji, błądzenia po omacku...
Pomyślałam jednak, że wielce prawdopodobne jest, iż nie jeden czytelnik przechodził bądź przechodzi przez podobne stany. Albo stoi u ich progu. Być może ta lektura w jakiś sposób mu pomoże.







DZIENNIKI

Słowo wstępu.
Daruję sobie szczegółowe opisywanie całego swego dotychczasowego życia.
Jednak myślę, że przyda się kilka punktów odniesienia, jakie doprowadziły do momentu, w którym radykalne zmiany następowały jedna za drugą.

Kiedy miałam 12 lat rozwiedli się moi rodzice.
Mama natychmiast ponownie wyszła za mąż i zamieszkałyśmy w jego domu.
Nowe okoliczności były dla mnie mocno niesprzyjające, czułam się wyobcowana, pozostawiona samej sobie. Nasilające się problemy alkoholowe w domu odbiły się silnie na mojej psychice. Naturalną konsekwencją w moim przypadku było świadome i podświadome dążenie do założenia własnej rodziny i stworzenia szczęśliwego, pełnego miłości gniazda.
Zaszłam w ciążę i wydałam się za mąż zanim ukończyłam edukację.
Marzenia zderzyły się z rzeczywistością.
Drugie dziecko pojawiło się równie szybko, jak pierwsze.
Po dziesięciu latach związku utrzymywanego w nadziei, że będzie lepiej, dla dobra dzieci oraz  w strachu przed życiową porażką, atmosfera powoli zamieniała się w koszmar.
Czułam, że na mnie spada odpowiedzialność za podjęcie jedynej słusznej w tamtych okolicznościach decyzji. Czas sprawy rozwodowej zmiażdżył moją psychikę. Molestowana psychicznie przez męża czułam wielokrotnie paraliżującą siłę strachu. Byłam strzępkiem nerwów. Schudłam 10 kg. Każdego dnia czułam, jak zapadam się w czarną otchłań, lecę w dół, dosięgam dna, przebijam dno i spadam dalej…
Wyprowadzenie się ze wspólnego mieszkania i pozostawienie mężowi wspólnego majątku było aktem desperacji i koniecznością ratowania siebie i dzieci.
Na początku tych wydarzeń, kiedy już wiedziałam że musimy się rozstać, pytałam: - dlaczego właśnie ja? Dlaczego mnie to spotkało?
Tak, jak czyni to wiele osób.
Jednak w chwili otrzymania wyroku rozwodowego byłam już innym człowiekiem. Choć koleżanki nie chciały mi wierzyć i choć długo jeszcze leczyłam się z lęków, wewnątrz siebie miałam wdzięczność za to co przeżyłam, dziękowałam byłemu mężowi, wiedząc że bez tych doświadczeń nie byłabym tym, kim się stałam. Dziękowałam również Bogu mając świadomość, że otrzymałam właśnie nowe życie.

Następnych kilka lat okazało się być dla mnie czasem intensywnej pracy, wielu zmian, a także sukcesów. Aż nadszedł rok 2007.





DZIENNIKI 2007

Lipiec 2007

Z dnia na dzień straciłam pracę. Stało się to z nienacka, przez zaskoczenie, w sposób podły i urągający mojej pozycji w firmie. Postawione mi zarzuty były wyssane z palca. Prezes potrzebował byle pretekstu, by się mnie pozbyć. Wykorzystał zaistniałą sytuację i wymyślił sobie  w niej mój udział. Wiem, że zasłużyłam na to w jeden możliwy sposób - byłam zbyt pewna siebie. Wierzyłam, że dotrzyma słowa i nigdy mnie nie zwolni. Ale zbyt odważnie mówiłam o tym, co w firmie szwankuje, co mi i innym nie podoba się. Stałam się niewygodna. No to dostałam za swoje. Straciłam miejsce pracy i sporą sumę pieniędzy, jaką w postaci wypracowanych przeze mnie prowizji przejmie firma. Prezes uprzedził, że szkoda mojego czasu na wysyłanie mu kolejnych pism od radcy prawnego... przypomniał mi powszechnie znaną prawdę, że w sądzie wygrywa nie ten kto ma rację, ale ten kto ma silniejsze argumenty w postaci władzy i pieniędzy.
Walcząc z nim o należne mi pieniądze, straciłabym coś cenniejszego, co wypracowałam miesiącami wewnątrz siebie. Szkoda mojego zdrowia.


Październik 2007

Jestem na skraju załamania... całkiem wysiadłam psychicznie. Sama dalej nie dam rady. Zwróciłam się do Joli z prośbą, aby poprowadziła moją terapię. Jej jednej ufam. Zaczynamy więc. Uczę się wyrażać swoje myśli i potrzeby w sposób pozytywny. Jakie to jest trudne! Potrafię wiele powiedzieć o tym, czego NIE chcę, czego NIE lubię, czego NIE potrafię i w czym jestem beznadziejna. A Jola daje mi zadania, bym używałam tylko pozytywnych sformułowań. Mam zauważać, co dobrego robię dla siebie i dla M.. No właśnie. Przecież to jest motyw przewodni. Chcę ratować siebie i chcę pracować nad naszą relacją. Chcę uratować tę miłość. Jestem gotowa wiele zmienić w sobie, abyśmy byli ze sobą szczęśliwi. Więc, uczę się. Uczę się, że ważne jest to, iż dbam o Jego potrzeby. Jola pomaga mi dostrzec, że fakt, iż jestem otwarta na Jego dzieci, to spory krok z mojej strony w jego kierunku. Uczę się przyjmować zaproszenie do kawiarni i pozwalać Jemu płacić rachunek - nie myślałam, że to może być takie trudne! Znacznie łatwiej jest być tą osobą, która zaprasza i stawia. Nie trzeba czuć się niezręcznie, wręcz przeciwnie, czujesz że masz "władzę" i "wolność". A kiedy brakuje ci pieniędzy to okazuje się, że trzeba trochę schylić czoło i przyjąć to, co ktoś chce dać tobie od siebie...
Ale, jest coraz lepiej. Ze mną. A z nami?


Listopad 2007

M. mnie dofinansował. Zapisałam się na kurs do Joli - ABC Bioenergoterapii. Zaczynamy od podstawowych pojęć. To jest takie fascynujące!
Kiedy czyściłam i wygładzałam aurę Magdy, przyznała że czuła się, jakby otoczyły ją skrzydła anioła...

Pracujemy z kolorami. I z fotografiami. Powiedziałam, że nie potrafię tak jak inni interpretować zdjęć, bo "nie widzę". Jednak kiedy zaczęłam mówić "cokolwiek" patrząc na fotografię obcego człowieka, okazało się że jednak "coś" widzę...

Największym wyzwaniem są ustawienia wg Hellingera. To naprawdę ciężka praca. Mnóstwo emocji.

Miałam swoje ustawienia. Podczas kursu. I indywidualnie z Jolą.
Dramat. Całą  noc ryczałam. Wylewało się ze mnie wiadrami. Nie potrafiłam przestać. Spazmy. M. nie wiedział jak się zachować. A ja tylko potrzebowałam być sama i ryczeć, ryczeć...
Ale zrozumiałam... zrozumiałam, że matka będąc z Nim nie potrafiła inaczej. To było od niej silniejsze. Zobaczyłam to. To trochę tak, jak kiedyś pomiędzy mną a K., tylko skala szczęśliwie nie porównywalna. To, w co weszła moja matka, to była nieuchronna masakra, dla niej i dla nas, dzieci. Nie wiem czy kiedykolwiek wypłaczę ten ból do końca...


Grudzień 2007

M. powiedział, że nie może dać mi siebie tyle, ile ja bym chciała, nie może pogodzić mnie i swoich synów  w jego życiu... ale dalej chciałby się ze mną spotykać...
Wrzucił ci kiedyś ktoś granat w serce? Opowiedzieć ci, co się wtedy czuje...?
Chyba mam dość prowizorek w związkach.




DZIENNIKI 2008/ 2009


Styczeń 2008

To bardzo bardzo trudne. Kocham go. Nie potrafię jednak tak żyć. To dalej nie ma sensu. Potrzebuję zająć się sobą.

Czytam różne książki. Czytam OSHO - Miłość, wolność, samotność - i doswiadczam oświecenia! OSHO tak zmienia moje widzenie rzeczy w temacie... czym jest miłość, co oznacza samotność, a czym jest osamotnienie. Potrzebuję pobyć w samotności, poczuć siebie, zrozumieć siebie.

Moja matka znowu próbuje mną manipulować, oczywiście dla mojego "dobra". Całe szczęście, że mam papier i kredki. Mandale pomogły mi uporać się z zalewem emocji.

Opowiadam Joli swoje sny, są takie... wyraziste. Niosą jakieś przesłania. Dużo rysuję.



Kwiecień 2008

Rozpoczynam nową pracę. Daję sobie, i tej branży, jeszcze jedną szansę. Mam nadzieję, że tym razem jestem z właściwymi ludźmi. Chociaż dobrze wiem, że ci najwłaściwsi w moim życiu są daleko poza ścianami nowoczesnego biura w warszawskim "city".

Na kilka dni przed pierwszym dniem w nowym biurze wybieram się na warsztaty. Chcę zrobić coś tylko dla siebie. I poznać osobiście Ewę Foley.

Warsztaty z Ewą Foley – Inteligencja Emocjonalna . Warsztaty dla kobiet.

Wybrałam się tam, aby zgłębić wiedzę o sobie samej, poznać lepiej swoje emocje i nauczyć się nimi lepiej zarządzać. Potrzebuję takżę wzmocnić wiarę w siebie i odnaleźć to, co jest moim potencjałem.

Ewa wyłowiła mnie spośród kilkudziesięciu kobiet i powiedziała:
„Ty jesteś uzdrowicielką. Jesteś tu po to, żeby uzdrawiać. Masz fioletowo-złotą aurę, aurę uzdrowicieli.
Skupiasz się na swojej godności i przez to odsuwasz od siebie „TO” (moc).
Zwróć uwagę na to, co mówisz, jakich dobierasz słów. Wypowiadając się, w kilku zdaniach trzy razy użyłaś słowa „WALKA”.

To, co usłyszałam od Ewy zaskoczyło mnie i prawie mnie zatkało, jednak jednocześnie głęboko wewnątrz siebie nie byłam zdziwiona i czułam, że to się wydarzy. Czułam to, kiedy czytałam historię pierwszego spotkania Ewy z Louise L. Hay w Australii. Wówczas Ewa usłyszała  podobne słowa od Louise. I - stało się.

UFAJ SWOJEMU SERCU
Ewa poprowadziła medytację serca. Mocno ją przeżyłam. Trudno było mi panować nad emocjami. Ewa podeszła do mnie i położyła dłoń na wysokości mojego serca. To bardzo mi pomogło, zwłaszcza gdy położyłam swoje dłonie na jej dłoni.
Po zakończeniu medytacji podeszłam do Ewy, aby podziękować. Mocno się przytuliłyśmy. Powiedziałam Jej, że naprawdę jest aniołem.
Ewa powiedziała do mnie:
"Przeciążyłaś bardzo to swoje serce, ale poradzimy sobie z tym.”

Która z moich reakcji ogranicza mnie najbardziej?
- STRACH -> stagnacja
- IRYTACJA -> zbędna nerwy, konflikty, złe samopoczucie
- LĘK przed odrzuceniem
- LĘK przed brakiem akceptacji
- LĘK, że jestem NIE DOŚĆ DOBRA
- LĘK, że nie zadowolę innych
- LĘK, że nie potrafię bronić, uargumentować swojej postawy i poglądów, choć w nie wierzę
- LĘK przed SAMOTNOŚCIĄ i BRAKiEM MIŁOŚCI


Lipiec 2008

Rozrywa mnie od wewnątrz dysonas - pomiędzy moją wewnętrzną Prawdą a tym, co mnie otacza. Środowisko zawodowe, w którym wciąż tkwię, pełne jest szumowin, moralnych degeneratów, kłamstwa i hipokryzji. TO NIE JEST MOJE MIEJSCE!
Jadę samochodem przez miasto i krzyczę! Chce mi się wyć!
Włączam 101 Myśli Mocy Louise L. Hay. To pomaga zachować zmysły przy jako takiej równowadze.


Sierpień 2008

Wreszcie zebrałam się na odwagę i zerwałam z biznesem, w którym w ogóle nie powinno mnie być. Kosztowało mnie to mnóstwo emocji i energii. Musiałam. Szarpało mną, rozrywało mnie od środka.
Co dalej?


Pażdziernik 2008

Niezależnie od wszystkiego rynki finansowe wychodzą mi bokiem. Chcę iść w kierunku szkoleń, ale w tej dziedzinie jeszcze nie jestem fachowcem. Może będzie trzeba postawić wszystko na jedną kartę i spieniężony dobytek przeznaczyć na życie i kursy przygotowawcze do pracy trenera i otwarcie swojej firmy, może... A może jeszcze otworzy się inna możliwość. Ja wiem, że chcę robić tylko to, co będzie mnie pasjonować, w co będę wierzyć i mieć przekonanie do tego, co robię. Chcę się zaangażować w pracę dającą radość mi i niosącą wartości dla ludzi, z którymi pracuję. I wierzę, że pieniądze też zarobię.
Jedną z najpewniejszych rzeczy w życiu są ZMIANY.
Zmiany są dobrym i pozytywnym zjawiskiem, tylko ludzie często się ich boją i przez to stoją w miejscu. A ja postanowiłam zmienić swoje życie.
A swoją firmę w końcu też otworzę, no może ze wspólnikiem. I nie będzie to firma doradztwa finansowego... prędzej doradztwa w rozwoju osobistym. I jeszcze kilka innych pomysłów mam na własny biznes, ale to już inna bajka. I kasa na początek potrzebna większa. Ale - wszystko w swoim czasie


Listopad 2008

Warsztaty z Jonette Crowley

Nie mamy czasu, by uczyć się wszystkiego, czego wydaje nam się, że trzeba się nauczyć.
Każdy z nas musi poczuć się przywódcą duchowym, realizować wizję.

Ludzie w Polsce mają zamknięte serca, bo tyle razy was zdradzono. Otwórzcie serca na TERAZ i na przyszłość.
Rolą ludzi w Polsce jest utrzymywanie klarowności idei, czystości ideałów, ustanawianie wysokich jakości w biznesie.

TRZEBA UFAĆ, ŻE WIEM.

ZAUFAJ SWOJEJ PRAWDZIE
Najwyższy poziom mistrzowski - KNOW - POZNANIE
 - TRUST - ZAUFANIE
 - EXPIRIENCE - DOŚWIADCZANIE

Sekretem jest zmieniać siebie.
Skupiaj się na tym, co dobre. Nawet, jeśli skupiasz się na negatywnych aspektach po to, aby je naprawić, to nadal poświęcasz uwagę (a za nią energię) negatywizmom. W ten sposób przyciągasz więcej negatywów do swego życia. Szybciej i lepiej jest skupić się na tym co kochamy i czego pragniemy.
Szybciej i łatwiej jest powiększyć to, co dobre niż pomniejszyć to, co złe.
1 osoba o wysokich wibracjach może mieć wpływ na 100 osób o niskich wibracjach, poprzez swoje oddziaływanie.

ZANURZ SIĘ W SIEBIE I POPROŚ O SWOJE WŁASNE PRZEWODNICTWO.
NAJWIĘKSZE INICJACJE PRZECHODZICIE PODCZAS WŁASNYCH INDYWIDUALNYCH MEDYTACJI.



Warsztaty z Joy Manne

Jedną z rzeczy, która nie pozwala nam kochać i być kochanym jest AKTYWACJA (aktywowanie się w skutek emocji, wytrącanie z równowagi)

My, ze swoją osobowością, uczymy się tego, co jest nam potrzebne.
Ludzie w jednej rodzinie bardzo mogą różnić się od siebie. Rodzeństwo bierze różne rzeczy od tych samych rodziców.

Moja zasada, mówi Joy: Jestem dostępna wtedy, kiedy JA tego sobie życzę. Nie uznaję komórek - to jest smycz.
Kiedy znajdziesz swoje miejsce - poddasz się Prowadzeniu.
Kiedy masz zrozumienie siebie, swojej osobowości i tą osobowością zarządzasz, kiedy sytuacja w rodzinie jest szanowana, jest akceptacja i zrozumienie wówczas patrzysz na LOS z uznaniem - JEST JAK JEST. I to jest SZCZĘŚCIE.

Kontrolowanie w związkach
- Silne osobowości
- Kiedy ludzie potrafią się razem śmiać i bawić, mogą stworzyć dobrą relację.
- Kontrolujemy naszych partnerów na bazie tego, co obserwowaliśmy u swoich rodziców.
- Kontrolujemy poprzez: chorobę, oskarżanie, zdejmowanie z siebie odpowiedzialności, stawianie warunków, ograniczanie dostępu do dzieci, nakładaniem ciężarów, odsuwanie się i nie okazywanie uczuć, stawianie wysokich wymagań, przejmowanie inicjatywy, perswazję, manipulację, bycie miłym w sposób interesowny, poprzez uwodzenie, zazdrość, przekupstwo, szantaż, wymuszenie, wymuszoną bezradność...

Miałam u Joy Manne swoje ustawienie - ustawienie rodzinne wg Hellingera;
bardzo dużo mi pokazało, ujawniło jakąś tkwiącą w rodzinie tajemnicę, w jaką uwikłana jest moja matka; pokazało jak moja siostra "wisi" na naszej matce, jak jest do niej uczepiona; zobaczyłam ojca tkwiącego w przeszłości, otoczonego nieżyjącymi już osobami; zobaczyłam w ojcu słabego mężczyznę, który odsuwa się na bok i nie potrafi lub nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności za to, za co powinien i zostawia moją matkę samą z koniecznymi do podjęcia dezycjami... zupełnie jak mój ex-mąż... zostawię cię z problemem bo nie wiem co robić, radź sobie sama a ja później przyjdę i wytknę ci jakie błędy popełniłaś i że ja postanowiłbym lepiej... złożę kilka pięknych deklaracji, ale później nie oczekuj, że się z nich wywiążę, bo jak mi o nich przypomnisz powiem ci, że się czepiasz, jesteś drobiazgowa, za dużo oczekujesz, a w ogóle strach coś przy tobie powiedzieć...  Tak, gorycz ze mnie wypłynęła...

Joy powiedziała, że to co robię wymaga dużej odwagi, że jestem jedyną osobą w rodzinie, która wyszła poza rodzinny krąg aby zobaczyć pełen obraz.



Listopad/Grudzień 2008

Chodzę na masaże Lomi do Ani. Przechodzę przez tak silne procesy...

Biorę od Ani arkusze Radykalnego Wybaczania.  Uczestniczę w Ceremonii Kręgu RW.
Wypisuję w domu arkusz za arkuszem. Ile w tym jest emocji! A ile MOCY! Ile łez, bólu i zrozumienia. Ile oczyszczenia! Czuję, to jest niesamowite, ale naprawdę czuję, jak dzieją się zmiany energetyczne, czuję swoje dłonie, czuję jak zmieniają się moje linie papilarne... gdybyś ktoś mi o tym opowiadał, pewnie nie uwierzyłabym... a jednak, to przydarza się mnie samej ponad wszelką wątpliwość!

Podczas kolejnego masażu u Ani zobaczyłam siebie, kilkuletnią dziewczynkę, nad rzeczką, pod dużym rozłożystym drzewem i usłyszałam: - Tu straciłaś swoje dziewictwo.
Widziałam, jak biegnę do mamy, z płaczem , przerażona wyciągam małe rączki by mnie podniosła... dźwięczały mi w uszach słowa "nic się nie stało... nic się nie stało..."
Prawdopodobnie zakazano mi mówić o tym, co zaszło i kazano uwierzyć, że nie stało się nic, że w szystko jest w porządku.
Ta trauma skutecznie zablokowała mi czakrę gardła; całe cierpienie, ból, niezgoda i niezrozumienie zamknęły się w moim wnętrzu. Uwierzyłam też, że to w porządku, kiedy mężczyzna mnie poniża, upokarza...

Podczas tego masażu widziałam również, jak nabieram w dłonie wody z rzeki i podlewam konary drzewa, aby je obmyć i zmyć to cierpienie.


Styczeń 2009

Rozpoczynam trzymiesięczny kurs masażu Lomi lomi nui.
To kolejny proces uzdrawiania siebie. Przerabiam tony emocji. Tak wiele się uczę...
Kupuję stół do masażu. Jestem zachwycona i doskonale się w tym odnajduję.

Podczas kursu dzieje się tak intensywnie... momentami trudno nadążać... każda z nas wchodzi we własne procesy, a razem przechodzimy przez wspólne.
Oswojenie się z nagim ciałem, leżącym na stole do masażu, było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Jednak kiedy przekroczyłam poza własne lęki i ograniczenia, odnalazłam w tym cudowną radość i harmonię. Uwielbiam kocie ruchy w Lomi, delikatność i płynność ruchu, dotyku, kontakt z drugim człowiekiem tak intymny a zarazem pozbawiony jakichkolwiek erotycznych podtekstów. Dotykam ciała drugiej Istoty i dotykam istoty tej Istoty, wchodzę w kontkat z jej energią, energetyką... tak trudno to uchwycić w słowa... To jest po prostu piękne!


Spotykamy się w kobiecym gronie na wspólne medytacje. W kobiecym kręgu. Jeszcze zanim zaczniemy, już czuję przepływającą energię.
Sporo się dzieje.
Magda przywiozła gong. Teraz towarzyszą nam dźwięki gongu.
W mojej wizji pojawił się gong, wiszący w oknie, za stołem do masażu. Kocham dźwięk tego instrumentu. Marzę o gongu, chciałabym móc grać na nim.


Luty 2009

Podczas kursu wchodzimy coraz głębiej... w zagadnienia Lomi oraz w same siebie.
Momentami dochodzi do zgrzytów.

Zadziało się coś niesamowitego, kiedy masowałyśmy S. Czuło się wyraźnie, że dziewczyna tłumi w sobie emocje i jakiś wielki ból.
Po zakończonej sesji, kiedy już umyłam ręce i przeszłam do drugiego pokoju, nagle wyrwał się ze mnie przeciągły głośny, pełen mocy dźwięk, niezupełnie krzyk... nie wiem co to było, a może wiem... miałam niepohamowaną potrzebę, by otworzyć usta i pozwolić temu czemuś wydostać się ze mnie. Zrozumiałam po chwili, że przetoczyło się przeze mnie to, co S. tłamsiła w sobie. Przetoczyło i uwolniło się. Wygląda na to, że jestem jak gąbka - chłonę z  innych toksyny, przepuszczam przez siebie i...



Warsztaty z Autorim

Osądzanie zamyka drogę do światła.
Umiejętność przyjmowania jest ważniejsza niż dawania.
Przede wszystkim ufaj swoim uczuciom i swojej prawdzie wewnętrznej.
Zamartwianie się tworzy bariery. Kiedy matka martwi się o dziecko, to odpycha od niego światło.

Twoje serce bije tak mocno, bo ono czuje, że światło je testuje.
To wszystko, to co się dzieje, to podróż przez twój umysł.

Jest moment, kiedy trzeba odpuścić sobie całą tę duchowość i połączyć się ze swym sercem, ze swym wnętrzem.
Ważne jest dzielenie się swoim wewnętrznym pięknem - wtedy uzdrawiamy siebie.

Pozwól sobie kochać.
Chowając się w cień, unikasz odpowiedzialności.

Problemy z oddychaniem - brak poczucia bezpieczeństwa

Nie pozwalaj, żeby świat ciebie popychał.
Nie pozwalaj, żeby wywierano na ciebie presję.
Mów jasno swoją prawdę, równocześnie miej współczucie dla drugiego człowieka.

Przekaz Autoriego dla mnie:
Będziesz dobra jako terapeutka i uzdrowicielka. Jeśli pasjonuje cię jakaś metoda - zgłębiaj ją. Masaż to bardzo dobry początek. Wiara w siebie przyjdzie z czasem. Będziesz dobra, bo twoja pasja płynie z serca.
Za bardzo się starasz. Baw się, tańcz...


Marzec 2009

Pracuję z M., pomagam mu po przyjacielsku, równocześnie sama się uczę i sprawdzam własne umiejętności.
Rozmawiamy, robimy medytacje, wizualizacje i oczywiście masaże. To trudny przypadek.
M. przechodzi swoje procesy. Coś z siebie wyrzucił. Coś zobaczył, czego ja nie widziałam. Ciekawie.

Mama zaczęła przychodzić do mnie na masaże. Nawet stwierdziła, że mam talent! To wielki komplement, usłyszany z jej ust.
Powiedziała, że jej pomogłam.
Potwornie przeżywam te sesje z mamą. Oddaję jej całą siebie. Otwieram serce tak szeroko, jak tylko się da. Pragnę jej uzdrowienia, może bardziej niż ona sama, może ZA bardzo? Później potrzebuję się regenerować, wyjść na zieleń i słońce.


Czerwiec 2009

Warsztaty z Tricią McCannon.
Od Tricii usłyszałam sporo istotnych informacji na swój temat.
„To bardzo odważne, co robisz. Podążasz za swoim Przewodnictwem.”

UCZUCIE JEST POZA UMYSŁEM,
UCZUCIE NIE JEST LOGICZNE.
EMOCJE POZWALAJĄ WEJŚĆ GŁĘBIEJ W DUSZĘ.

Tricia mówiła o czterech Kumara. To czterej Boscy Synowie, którzy wciąż przychodzą na Ziemię:
- Synocumara – jeden  z czterech wielkich Kumara, głowa Białego Braterstwa
- Jezus
- Horus
- Krischna
Synocumara przybył na planetę, aby podnieść świadomość wszystkich.

Boddhisatwa – ten, który osiągnął mistrzostwo, jest wolny od karmy, nie musi wracać w materię. Osiąga mistrzostwo i może wracać na własne życzenie, aby pomagać tutaj.

Bez EGO nie przetrwałbyś tutaj.
Nie ignoruje się emocji EGO, ale je kocha
Nie walcz z ego, nie wypędzaj go, bo ono będzie walczyć do krwi.
Zaprzyjaźnij się ze swoim ego, traktuj je jak małe dziecko, ponieważ z reguły ego boi się, Kochaj je, głaszcz, przytulaj. Nauczaj je. Pozwól mu się wyrazić – ono może płakać, ale to Ty jesteś jego rodzicem i przyjacielem.
Ego połączone jest z wewnętrznym dzieckiem. Mów do niego – popatrz, ja ciebie kocham, ona i on Ciebie kochają.
Przypomnij sobie wszystkie chwile, kiedy Ciebie kochano.
Zasługujesz na przyjemności.
Krok po kroku uczysz ego, zmieniasz jego przekonania w sposób kochający.

Ego ciągle porównuje i wpuszcza poczucie winy.
Musimy umieć się z tego śmiać i rozumieć, ze jesteśmy na różnych poziomach rozwoju.
Porównywanie jest zbędne. Tak jak jest – jest dobrze.

AROGANCJA – to druga strona NIEPEWNOŚCI.
Za arogancją kryje się niepewność, lęk i samotność. Problem z poczuciem własnej wartości i opuszczeniem.



Czerwiec-Lipiec 2009

SNY

- Dziwny sen, którego wspomnienie wywołało łzy.
Ludzie przychodzili do mnie, do domu. Nie wiem, czy to mój dom. Wprowadzałam ich po schodach na piętro i wyżej. Utykałam ludzi gdzieś na poddaszu. Na przechowanie, na przetrwanie. Trochę jak produkty w spiżarni, jak sardynki w puszce – płasko układałam jednego na drugim na półkach; jeszcze ty, jeszcze ty się zmieścisz… Żadnej paniki, spokój.

- Tej samej nocy śniło mi się, że skończyłam jakąś wyższą szkołę, a myślałam że nie dam rady; brak radości z tego; widzę jak wszystko odchodzi, odpływa mgliście; ja jestem obserwatorem, patrzę z dystansu; Myśl – to Uniwersytet Życia 1987-2012;

- W ciasnym pudełku leżę ja i moje córki, pod ziemią; chcę tak z nimi przeczekać jakiś trudny czas; wychylam się i pytam: - czy już, można już wyjść?

- W drzwiach mojego mieszkania, w nocy, stanęła kobieta-sąsiadka-lekarz w białym stroju (uniformie); ja otworzyłam jej drzwi, stałyśmy po dwóch stronach progu; kobieta wyciągnęła rękę trzymając dłoń na wysokości mojego serca, jakby je badała i orzekła:
- Pierwszy stopień!
- Szpital. Operacja.

- Dziwny i niepokojący sen - byłam w mieszkaniu, zapadał zmrok, a ja chciałam pozapalać świece. Trzymałam w dłoniach zapałki, pocierałam draskę i usiłowałam rozpalić knoty świec. Bezskutecznie. Żaden knot nie przyjął ognia, nie chciał się rozpalić.
Robiło się coraz ciemniej, a ja nie mogłam rozświetlić tej ciemności. (to odczucie było okropne, taka bezsilność)


Sierpień 2009

Słabnę z każdym dniem. Dostaję zadyszki po przejściu małego odcinka drogi.


Wrzesień 2009

30 września
Wreszcie udało się sprzedać mój wspaniały samochód. Wpłynęły pieniądze, natychmiast. Sytuacja opanowana. Mogę teraz odetchnąć.
Nie mam pojęcia, jak dałam radę przeprowadzić tę transakcję. Ledwo zipię, kręci mi się w głowie.
Jak dobrze, że przyjaciele pomogli. Ogłoszenie w necie szybko zadziałało. Żegnaj autko. Witajcie pieniądze. Trzeba spłacić długi... i w końcu zrobić badania.


Październik 2009

Wchodząc po schodach czuję się jak 90-letnia staruszka.
Przygotowanie sobie śniadania stanowi poważne wyzwanie. Unikam komputera, ponieważ bardzo szybko się męczę. Sypiam po 12 godzin na dobę.
Wyniki morfologii wskazują na stan zagrożenia życia, lekarz wysyła mnie na transfuzję, ale szczęśliwie do tego nie dochodzi... Panicznie boję się wylądować w szpitalu. Przeraża mnie możliwość utraty kontroli nad tym, co inni mogliby chcieć ze mną zrobić, jakie leki zaaplikować... Jak dobrze, że jest Ewa.
Ojciec zdecydował, że trzeba mi wyrobić ubezpieczenie zdrowotne, natychmiast. A ja nie mam siły... jeździć, załatwiać... nikt tego nie rozumie. Mama podjęła się wozić mnie na zabiegi medycyny chińskiej i do NFZ, załatwiać formalności. Nie mogłam wyjść z domu, rozstrój żołądka, słabość... a ona się wścieka, bo nie ma czasu.
Czy ona w ogóle widzi, co się ze mną dzieje?
Nie chcę już jeździć z nią na zabiegi, bo mi to więcej szkody przynosi niż pożytku.


Listopad 2009

4.11.2009
Podejmuję decyzję o poddaniu się terapii holistycznej.
Pracuję sama ze sobą oraz z moją przyjaciółką – trenerką i couchem.

Terapia holistyczna – uzdrawianie równocześnie na kilku płaszczyznach:
CIAŁO FIZYCZNE – TCM (tradycyjna Medycyna Chińska), masaż, odżywianie, zioła, suplementy, leki (żelazo), masaż lomi lomi nui;
CIAŁO MENTALNE – subiektywna świadomość realnych wydarzeń i ich skutków;
CIAŁO EMOCJONALNE – Danie sobie prawa, by spojrzeć szczerze na cierpienie JA-DZIECKO; masaż lomi lomi nui;
DUCH – Zrozumienie, wybaczenie, Miłość Bezwarunkowa. Wdzięczność, Przyczyna-Skutek; masaż lomi lomi nui;

Cel na listopad:
- pokonać lęk przed rodzicami;
- pokonać lęk przed odrzuceniem, brakiem akceptacji, oceną, krytycyzmem, agresją oraz radzenie sobie  z tym;
- pewność siebie, asertywność w kontaktach z rodziną (rodzice, siostra) i innymi osobami;


Dopiski przyjaciółki:    - Bardzo kocham Luizę! Uwielbiam od „zawsze” Twój świat!
- A chcę przyglądać się Tobie – MAŁEJ DZIEWCZYNCE.



Moje przemyślenia na temat wydarzeń z października 2009

Synchroniczność – zdarzenia nieuniknione i nauki z nich płynące.

- Zaawansowana anemia – 1 pkt przed dramatem (w poziomie hemoglobiny we krwi – hemoglobina 5=szpital), osiągnięcie masy krytycznej. To MUSIAŁO się zdarzyć właśnie w TYM momencie. Miesiąc później mogłabym już nie dojść na badania. Ten punkt MUSIAŁ być osiągnięty, aby rodzina i ja sama, byśmy mogli wystarczająco się przestraszyć, aby:
- rodzina w swym przerażeniu i poczuciu winy zaopiekowała się mną
- a ja w swej słabości i bezsilności zgodziła się i poddała się ich zabiegom.

Moje ciało oraz emocje obciążone zdecydowanie ponad miarę i wytrzymałość, zaczęły krzyczeć o pomoc!
W ciele zapisane są wszystkie emocje, przeżycia, doświadczenia (lomi lomi jest tego dowodem).
Moje wyczerpanie, to efekt przeciążenia  i niemożności pogodzenia się z tym, jak traktowana byłam i jestem przez rodziców (i siostrę).

Krew – dar życia, początek, sily witalne; lekarz powiedział „to tak, jakby pani stracila 1,5 litra krwi…”
Trudności z trawieniem – co najmniej od wieku dorastania do dziś; niemożność „strawienia” tego, co się dzieje w rodzinie, postepowania jej członków.
Gardło – trudności z przełykaniem, tik nerwowy w gardle, problemy ze strunami głosowymi, duszności, alergie,  z trudem przychodzące wymiotowanie….    To wszystko, to niemożność wyrzucenia z siebie i uwolnienia emocji, blokada komunikacyjna, strach przed wyrażaniem głośno swoich prawdziwych opinii, lęk przed odrzuceniem, krytyką i agresją ; to ucieczka i wycofanie. Wybieram bezkonfliktowość – niech tylko będzie spokój i dobra atmosfera.



6.11.2009
Momentami czuję się jak żywy trup.
Ogromny ciężar gniecie moje barki.
Jestem rozkojarzona, mam trudności z koncentracją.
Wszystko robię powoli i szybko się męczę.
Artur powiedział – „pozostań w radości” – a ja nie mam siły na radość.
Ciągnie mnie w dół.
A przecież – kocham być radosną!
Mam chęć z rozpaczą błagać moją matkę:
- Jesteś moją matką!
Dostrzeż moją tragedię!
Okaż mi miłosierdzie!

Chciałam być grzeczną dziewczynką i nie sprawiać matce (i ojcu) kłopotu.

Pamiętam siniaki na tyłku po tym, kiedy ojciec zbił mnie smyczą za to, że nie upilnowałam psa – pies pobiegł gdzieś w osiedle. Miałam jakieś 10-11 lat.
Z wcześniejszych lat pamiętam, że dostawałam pasem w tyłek. Wówczas myślałam sobie, że nie ma co się bać, bo to szybko minie… 2-3 minuty bólu… wyobrażałam sobie, że jestem już PO laniu…

To przykre, że kiedy po latach upokorzeń, łez i cierpienia mogłam zaznawać w życiu nieco radości, sukcesów, powodzenia, zachwytów i dostatku, mój ojciec natychmiast zaczął mnie oceniać, krytykować, szydzić i dopatrywać się samego zła w moim postępowaniu i działaniu oraz już wypatrywać samych negatywnych konsekwencji na przyszłość.
A ja chciałam dzielić się z nim moją radością i szczęściem – z głębi serca. Chciałam tylko, aby cieszył się ze mną, był ze mnie dumny i akceptował moją drogę i wybory, których przecież konsekwencje to ja właśnie ponoszę. On jednak bezlitośnie zadawał mi kolejne słowne cięgi i razy, raniąc mnie po stokroć i wprowadzając mnie w osłupienie, bo kompletnie nie rozumiałam motywów jego postępowania. Te psychiczne rany bolały i będą, znacznie mocniej, niż fizyczne kary w dzieciństwie.

Gdybym nie była pod ochroną tak silnych Przewodników – już bym nie żyła.
Darowano mi już kilka żyć – padałam, dotykałam dna, czasem się przez nie przebijałam i przechodząc przez kolejne transformacje wstawałam, by żyć dalej.

Ilu cierpień i upokorzeń doznałam?
Iloma wyzwiskami mnie obrzucono? Ojczym, ojciec, mąż, matka…
Kiedy nie mogę szczerze dostrzec pełnego obrazu własnej krzywdy, nie dostrzegam także krzywdy innych ludzi, im wyrządzonej.

Chcę, aby jakość mojego życia już zawsze była wolna i niezależna od tego, czy moja rodzina mnie akceptuje, czy nie.

Już nie proszę o twoją akceptację.
Już nie czekam na twoją miłość.

Krew to życie.
Anemia – życie wycieka.
Żelazo -  minerał pobierany przez organizm z ZEWNĄTRZ!
Latami czekałam na zewnętrzną miłość i akceptację, których nie otrzymywałam.
Nie dopłynął do mnie ten zewnętrzny element…. Tak jak żelazo -> anemia = brak miłości i akceptacji.

Gwałt na dziecku + nakaz milczenia + fałszywa moralność + upokarzanie =
-wyparcie się siebie;
- zamknięcie gardła/komunikacji;
- depresja;
- anemia;
- choroby dróg rodnych

Nie znoszę kłamstwa, hipokryzji, obłudy, braku szacunku dla drugiego człowieka, upokarzania. Równocześnie całe życie pozostawałam w stanie obłudy, tłumacząc postępowanie mojej matki i ojca.
Trafiłam do firm, w których nie byłam w stanie dłużej przebywać z powodu hipokryzji, na którą ja nie potrafiłam wyrazić zgody. Moje ciało buntowało się. Widziałam to. Ale nie pomyślałam, że to analogia do relacji w rodzinie.

Nie mogę odnaleźć radości!
Czuję rozpacz. Wiem, że tak naprawdę nikt mi nie pomoże.
Muszę sama, w samotności, w samotnej drodze rozprawić się z przeszłością. To jest trudne. Ale dam radę, muszę i chcę w to wierzyć.
Teraz czuję się bezradna i przygnębiona.
Jakby ktoś UPUSZCZAŁ ZE MNIE SOKI ŻYCIOWE.
Proszę Boga i Anioły o wsparcie i pomoc, abym znalazła właściwą Drogę na TERAZ i na każdą chwilę później.



7.11.2009
Nie mam sił i odwagi, aby wyrażać swoją prawdę w obecności mojej matki.
Ściska mi się gardło, czuję ucisk w klatce piersiowej, ciężko mi oddychać.

Potrzebuję UNIEZALEŻNIĆ SIĘ EMOCJONALNIE od swoich rodziców.

Opuścić pozycję zależnego, krzywdzonego dziecka.

Nabrać odwagi, by stawić czoło swojej prawdzie i historii zapisanej w pamięci mojego ciała, zamiast się jej zapierać.

Od dawna powtarzam sobie i innym, że należy być wiernym sobie, podążać za swoją prawdą, zamiast spełniać oczekiwania innych. Jednak dopiero teraz uświadomiłam sobie, że przez całe dzieciństwo spełniałam oczekiwania mojej matki, byłam posłuszna i bałam się mówić o tym, co naprawdę czułam.



8.11.2009 niedziela
BŁOGOŚĆ – przez cały tydzień trudno było mi osiągnąć stan błogości, właściwie od tygodni go nie odczuwałam. Medytacja przychodziła mi z trudnością, nie mogłam uwolnić umysłu.
A dziś uczucie błogości wypełniało mnie, kiedy się budziłam. Czułam się cudownie. Moja kołdra otulała mnie ciepłą radością. Uwielbiam ten stan! A wszystko dzięki radości i wdzięczności, jakie mnie wypełniały po długiej rozmowie z Iwonką, która potrzebowała wysłuchania, wsparcia, pomocy. Cudownie jest dzielić się z innymi! Dziękuję.

Dawno nie śpiewałam mantr ze spokojem – dziś tak!

Wciąż bardzo bolą mnie stawy kolanowe i skokowe – kiedy zginam je, a najbardziej gdy siedzę ze skrzyżowanymi nogami przez jakiś czas i mam wstać.




11.11.2009
Chciałam coś napisać – nie napisałam.
Siedziałam, rozmyślałam, medytowałam, płakałam.

Czytałam. Potrzebowałam odpocząć od „Buntu ciała” i wpadła mi w ręce książka Lin Cochran „Edgar Cayce i tajemnice wszechświata”. Czytałam różne fragmenty. O rodzinie i nie tylko.
W efekcie wyciągnęłam z szafki dwa tomy otrzymane kiedyś od ojca – listy mamy do ojca i ojca do mamy. Czytałam więc listy rodziców. Trafiłam tam na jeden list dziadka do moich rodziców, na temat ich postępowania wobec kilkuletniej mnie, z sugestiami i zwróceniem uwagi na moją wrażliwość… Kochany wspaniały Dziadziuś! On dał mi tyle Miłości. Dziękuję.




16/17.11.2009
CZAS UMIERANIA. CZAS POWROTU.

Kładłam się spać późno w nocy, bardzo zmęczona i słaba.
Przy moim łóżku pojawiła się biała, eteryczna postać. Widziałam ją wyraźnie. Powiedziałam, że nie, nie teraz, bo jestem zmęczona i muszę spać. Zamknęłam oczy i natychmiast odpłynęłam. Sześć godzin później  widziałam i czułam, jak wychodzę ze snu, a może raczej wracam do snu… Budząc się przenikałam jakby przez ściany, czułam to i widziałam przed sobą kolejne zasłony. Czułam, jak jestem wyciągana do tyłu przez trzy warstwy. Wróciłam.



21.11.2009
Pomyślałam o swoim ciele - to ciało chciało umrzeć.
I odnosi się to do ostatnich dwóch miesięcy, jak również do wczesnego dzieciństwa.



22.11.2009
Od kilku tygodni mam szumy w prawym uchu, czasami boli.
Nadal odczuwam ból w stawach biodrowych i kolanowych, ale także w skokowych i prawym barkowym.

Dziś dokonałam zmian w moim gabinecie - złożyłam stół do masażu, zdjęłam i schowałam dyplomy, poprzestawiałam stoliki i rzeczy. KONIEC GABINETU.
Zdjęłam ze ściany wszystkie rodzinne zdjęcia. Nareszcie! koniec z tym. Przeszłość do przeszłości.
Na ścianie powiesiłam teraz swoje rysunki.
I jedno zdjęcie - przerażoną buzię malutkiej Luizy. I malutkie buciki. Tego brzdąca trzeba uratować.



Grudzień 2009

Moje zdjęcia i buciki już są schowane.
W minionym tygodniu wiele się wydarzyło... zaczęły odzywać się do mnie różne osoby, chcące ze mną porozmawiać, poradzić się lub podzielić się czymś.
Bea zaprosiła mnie na masaż w niższej cenie.
Likwidacja gabinetu - przykro.
Zdjęcie ze ściany zdjęć rodziny - dobrze mi po tej zmianie.

Soul Work z Elą - integrowanie małej Lui z dorosłą Luizą, praca ze snami.
Spotkanie z M., po dłuższej przerwie.
Spotkanie z Ewą, wspólna praca i moja opowieść-spowiedź. Ewa stała się bezstronnym świadkiem mojej historii.
Odwiedził mnie A., dawno się  nie widzieliśmy, a nasze rozmowy jak zwykle ciekawe i inspirujące.
A. zauważa, że jestem rozproszona - to prawda. Czuję potrzebę wewnętrznej integracji. Tylko - jak?

Znowu pracowałam z Elą.  Z męską i żeńską energią, z ojcem i z matką.
Wołałam - mamo!!! maaaamoooo!!! Zobacz mnie!!!
Matka ciebie nie zobaczy, jesli ty sama nie zobaczysz siebie - mówi Ela.

Wreszcie zdecydowałam się skorzystać z oferty Beaty. Umówiłyśmy się na masaż.
To była ciężka sesja. drętwiały mi kończyny. Paraliżował mnie strach. Wyłaziły lęki.
Bea powiedziała - myśl o tych, przy których czujesz się bezpiecznie. Przywołałam babcię i dziadziusia. Uspokoiło się. Bea dała radę.
Na zakończenie przeżyłam coś pięknego - widziałam za swoją głową zieleń i kolorowe niebieskie i cyklamenowe kwiaty, i postać Buddy Siddharty. Usłyszałam słowa: Budda i Jezus to jedno. Dwie strony jednej monety. Ty już dość wycierpiałaś, czas na radość.


Ważne sny
Przez ostatnie dwie noce pojawiała się w moich snach córka.
Śniłam, że  ma dziecko.


27.12
Moja córka będzie miała dziecko. Moja córka będzie mamą...

Ta nowina spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Nie mogłam uwierzyć, to brzmiało jak jakiś żart, tak nie-realne! JA mam zostać BABCIĄ?! Już, teraz??? Ale, Boże, jak to? Przecież chciałam jeszcze ponownie być mamą... Czyli to taki żart od losu, tak? Zabrać mi zdrowie i zamiast synem, obdarować wnukiem? Potrzebuję oswoić się z tą myślą. Trochę dużo tego wszystkiego, jak na jeden rok życia. 2009 - rok wyjątkowo obfity w wydarzenia, zawirowania, przemiany i zmiany...

30.12
Śniłam, że Dag ma synka.









DZIENNIKI 2010

14.01.2010
Dziś jestem słaba, nie mam siły. Spałam 10 godzin.
Czy mógłby ktoś zdjąć ze mnie kilka spraw do załatwienia?
A może chociaż wysprzątać za mnie mieszkanie?

Dziś mama zadzwoniła. Zastanawiała się nad moją propozycją, by spotkać się z moją terapeutką. Wypytywała się o nią. Chce się spotkać w przyszły czwartek. Zobaczymy.

Wczoraj było spotkanie z panem Michałem w sprawie sprzedaży mieszkania. Przyprowadził pierwszych klientów.
Pani Kasia była z kolejnymi. To trudne wyzwanie dla mnie w obecnej sytuacji, kiedy ledwo zipię i mam oprowadzać ludzi po moim ukochanym, jedynym domu, w który włożyłam tyle zaangażowania i serca, a który za chwilę mam stracić...

Jestem wciąż słaba.
Zbieram siły kiedy potrzeba.
Ciągle nie mogę się dobrze wyspać. 8 godzin to za mało. Ciało mnie boli, zwłaszcza stawy. Chyba mam zaniki pamięci.

Cieszę się rozwijającym się w córce nowym życiem. Cieszę się, że ja tego dożyłam, że mogę ją wspierać i pomóc jej. Cieszę się, że ta sytuacja zbliżyła nas do siebie. Ufam, że za chwilę to głównie jej chłopak będzie troszczył się o Nią i ich wspólne dziecko, to Jego rola. Moja - po cichu dawać wsparcie, ciepło, poczucie bezpieczeństwa.



Marzec 2010

Spałam niespokojnie.
We śnie byłam na jakichś warsztatach, gdzie szukałam swoich butów.
Każdy, przed wejściem na salę zajęć, zostawiał buty przed drzwiami. Ktoś zabrał lub przełożył moje buty.
Odczuwałam też lęk wysokości.

Znowu spałam niespokojnie.
Śniły mi się dziwne rzeczy – jakbym dostawała wskazówki, ale ich nie rozumiem:
- Cztery; 4 żywioły – zboża, las, zwierzęta, psy i wilk (lub wilki i pies)



Kwiecień 2010

Jest mi trudno - zauważam to i głośno to przyznaję.
Jest mi trudno - to ludzkie.
Jest mi trudno.
Daję sobie prawo pokonania tych trudności.
Wszelkie trudności pokonuję łagodnie i z łatwością.
Wiem, że jestem na właściwej Drodze.
Akceptuję to, co za mną. Wszystkie minione doświadczenia są mi ptrzebne lub - były.
Ufam, że życie dba o mnie. Wszystko dobrze się układa. Najlepsze rozwiązania przychodzą do mnie z łatwością.

Za mną trudne i wyczerpujące lata.
Przede mną wiele lat radości, łagodności, spełnienia, obfitości, dostatku, szczęścia, pokoju, zdrowia i MIŁOŚCI.

Nadal jestem bez tożsamości.
Starą zrzuciłam. Nowa jeszcze się nie wykrystalizowała. To trudne.
Patrzę w lustro i nie poznaję siebie. Jak bardzo zmieniłam się fizycznie przez ostatnie 4-3-2- lata, a nawet przez ostatnie 8-9 miesięcy. A już najbardziej od września 2009. Trudno mi przyjąć tę zmianę.
Widzę starzejącą się twarz i wiotkie, rzadkie ciało. Nie potrafię odnaleźć siebie w tym ciele. Gdzie jestem JA?
Jednocześnie jestem wdzięczna... za życie, za zdrowie, za wygląd także - wiem, że na to co przeszłam jest naprawdę nieźle, a nawet - dobrze. Mam wciąż włosy na głowie. Paznokcie wzmocniły się. Stawy stały się bardziej elastyczne. Koncentracja poprawia się. Za to wszystko jestem wdzięczna.

Nadal utrzymują się na mojej skórze brązowe plamy i swędzenie. Nawet się nasiliło.
Co moje ciało chce mi powiedzieć?
Co moja skóra chce mi powiedzieć?
 Może o smutku? O tym, że jest we mnie smutek.
Tak, smutek jest we mnie. Z powodu tego, co było - wielu emocji, trudnych chwil, zostawiania za sobą również różnych atrakcyjnych aspektów życia.
Smutek, że coś ważnego dla mnie odchodzi i mam się z tym rozstać.
Tak, to smutek rozstania.
I trochę strach przed tym, co będzie.
To naturalne, ludzkie. Zauważam w sobie te uczucia. One po prostu SĄ.
Rozstania bywają smutne i trudne.
Tyle pracy włożyłam w to, aby mieć to piękne mieszkanie, tyle na nie czekałam. Włożyłam w nie mnóstwo serca, tyle tu przeżyłam. To naturalne, że trudno mi się z tym rozstać.

Przytulam mój smutek.
Kocham Cię, Smutku. Bez Ciebie nie byłoby Radości. Zobacz - Radość natychmiast się pojawia. I słoneczny uśmiech.
Dziękuję Tobie, Smutku, że otworzyłeś mnie na Radość.
Radość otwierania się na to, co nowe i nieznane.
Zamykam jeden etap - otwieram nowy.
Czekają na mnie same cudowności, radość i dostatek.
Bez żalu zostawiam za sobą to, co minęło.


Czerwiec 2010

Spotkałam w autobusie sąsiada. Pomógł mi nieść zakupy. Po drodze rozmawialiśmy. W kilku zdaniach przedstawił swoją skomplikowaną sytuację - teściowa w zasadzie zajęła jego miejsce; wprowadziła się do jego mieszkania, żeby opiekować się ich córeczką. On tego nie wytrzymał i wyprowadził się. Od roku mieszka gdzie indziej, tuż obok i przychodzi do córki.
Powiedział: To w końcu Moje Mieszkanie. Nie wprowadzę się, dopóki teściowa się nie wyprowadzi.

Mieszkanie = życie
Wyprowadzam się = wyjeżdżam; nie ma tu dla mnie miejsca.
ŻADNE SPOTKANIE NIE JEST PRZYPADKOWE.
Sąsiad obdarzył mnie bardzo ważnym przesłaniem, którego początkowo nie rozumiałam.

Dzień po tej rozmowie  zatelefonowałam do Maćka. Zaniepokojona mówiłam o spadku morfologii i Fe.
Maciek kazał przyjechać na medytację, więc wieczorem już tam byłam. Rozmawialiśmy dłużej po zajęciach.
Najpierw powiedział, że brakuje mi nie tylko żelaza, ale fosforu i innych makroelementów... Twierdził, że powinnam dwa razy w tygodniu jeść ryby...
Takie ubytki w energii może spowodować np. strach... tak powiedział.
Maciek bardzo mnie zrugał. Zarzucał mi, że nic nie robię.
- Taka jesteś ważna, bo zajmujesz się córką?
- To wygląda tak, jakbyś to TY BYŁA W CIĄŻY!
- Robisz krzywdę i sobie i jej. Pozwól jej przerabiać własną lekcję.
- Przestań żyć życiem córki!
- Jeszcze trzy miesiące takiego życia i nie będziesz w stanie tutaj przyjść, a córka będzie musiała zajmować się Tobą i swoim synem.
- Masz bardzo zachwianą energetykę, poszarpaną aurę.
- Twoje ciało jest zniszczone.
- Musisz przychodzić dwa razy w tygodniu na medytację.
- Jak matka jest szczęśliwa, to i córka jest szczęśliwa.

Płakałam. Podziękowałam. Przytuliłam się.
Później wracałam do domu połowę drogi pieszo, rozmawiając cały czas z Ewą. Wyrzucałam z siebie nagromadzone emocje. Płakałam.

Dzień później przyjechał M. Rozmawialiśmy. On także zauważył, że przesadzam, że wyręczam córkę i traktuję ją jak dziecko.
Przyjechała córka. Ja pojechałam na Bielany - podpisać umowę w sprawie najmu. Po powrocie rozmawiałyśmy.
Pokazałam Jej moje wyniki krwi. Przyznałam, że się zagalopowałam i że to nikomu nie służy, kiedy ja biorę na siebie obowiązki Jej partnera. Powiedziałam, że mam nadzieję, że On pojawi się fizycznie i zajmie się Nią, także materialnie, finansowo. Zadeklarowałam, że będę pomagać, ale doraźnie, bo przede wszystkim muszę zadbać o siebie.

Kolejny dzień - sobota
Bardzo, bardzo płakałam.
Prosiłam Boga o zrozumienie, gdzie popełniam błędy, co powinnam wiedzieć, jak postępować...
I zobaczyłam. Ogarnęłam. Dostrzegłam głębszy sens słów Maćka i Sąsiada.
Dostrzegłam, że zajęłam miesjce chłopaka córki.
Ufam, że powróci, kiedy ja się wycofam tam, gdzie moje miejsce.
Mój strach o córkęi Jej przyszłość wziął nade mną górę. Ale to MÓJ STRACH. Ona była i jest od niego wolna. Moje sny dawno mi to pokazały. Ale ja praktykowałam działania oparte na moich lękach, że Ona sobie nie poradzi. Czułam się ważna w tej roli, to mnie unosiło, motywowało, miałam cel.
Ona ma prawo żyć po swojemu, doświadczać i ponosić konsekwencje swoich wyborów. To mądra, odważna, dzielna dziewczyna. wspieranie Jej NIE MA oznaczać wyręczania. Potrzebna jej życzliwość, ciepło, akceptacja i swoboda, i zaufanie, że ONA WIE CO MA ROBIĆ.

To dla mnie wielka i trudna lekcja.
Trudna, bo wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Córka zaszła w ciążę krótko po tym, kiedy ja sama przypuszczałam, że w ciąży jestem. I w rzeczy samej bardzo pragnęłam mieć dziecko. Bardzo trudno przestawić się w tak krótkim czasie i w tak ekstremalnych warunkach życiowych, zdrowotnych, emocjonalnych - z jednej roli na drugą. Z pragnienia bycia ponownie mamą, na rzeczywistość stawania się babcią.

Muszę i chcę nauczyć się chronić siebie samą.
Mam wrażenie, że sen o rybie na moich dłoniach, którą karmiły się małe rybki, pokazuje mi, jak ja sama wystawiam się na żer - inni żerują na mnie za moją zgodą.
Potrzebuję nauczyć się prawdziwej Miłości, w której otwarte serce idzie w parze z dawaniem sobie prawa do samoobrony i samoochrony.

DO PEWNEGO STOPNIA SAMI DETERMINUJEMY TO, CO NAM SIĘ PRZYDARZA W ŻYCIU.

Maciek powiedział też:
- Nie zgadzam się na to, bo to mnie zbyt wiele kosztuje!
Albo przychodzisz regularnie, albo znajdź sobie inną szkołę...

Tymi słowami pokazał mi, że każdy ma prawo bronić siebie, swoich granic, swojego bezpieczeństwa.

Mam prawo powiedzieć - STOP! Nie zgadzam się!
Mam prawo dbać o siebie.


Koniec czerwca i koniec mojej przygody z własnym mieszkaniem. Pakuję dobytek i powoli żegnam się...
To piękne, wspaniałe, magiczne miejsce dało mi z siebie tak wiele. Trudne 5 lat. Spędziłam je w tym miejscu - idealnym na tak trudny i wyczerpujący czas. Dziękuję Bogu i temu miejscu za wszystko, co tutaj otrzymałam.
Dziękuję, że byłam właśnie tutaj, że znalazłam ukojenie na tych łąkach i polach tuż pod domem.
Dziękuję za jeziorko, za bliskość oczyszczającej wody. Tak wiele tu odkryłam w sobie, a to miejsce wspierało mnie, dodawało sił i nadziei. Magiczne, bardzo magiczne miejsce. Było - magiczne, dopóki Marvipol nie rozkopał Pola Bażantów... tego dnia wiedziałam już napewno, że mój czas TUTAJ dobiega kresu, pora się przenosić.

Zachody słońca, otwarta przestrzeń, szeroki horyzont, zieleń, kwiaty, woda... ptaki... bażanty... sarenka.
Dziękuję za to wszystko, co koiło moje zmysły, moją duszę.
Dziękuję za wszystkie Cuda, które się w tym czasie wydarzyły.



Lipiec 2010

Jestem już na Bielanach.
Wróciłam do korzeni.
I bardzo mnie to cieszy.
Mieszkam w ładnym, przytulnym mieszkanku, z dużymi oknami, widokiem na niebo i zieleń, czubki drzew po horyzont. A także na kawałek panoramy miasta. Hałas ruchliwej ulicy okazał się być mniej uciążliwy niż przypuszczałam. Doskonale czuję się w tym miejscu. Jasno. Przestrzeń. Zadomowiłam się. Stworzyłam własny mikroklimat. Zadbałam o kilka (-naście) nowych rzeczy do nowego miejsca, na nowy etap. TO WAŻNE.
Czuję się tutaj szczęśliwa.
Jednocześnie - to ciąg dalszy pracy nad i ze sobą oraz odbudowy wyczerpanego organizmu. Dopiero tutaj, po dwóch tygodniach rozpakowywania i urządzania się, poczułam że stał się czas BYCIA DLA SIEBIE, zajmowania się sobą, niemalże w 100%. Teraz mogłam zrzucić z siebie ciężary i zobowiązania.


Jakże trudno jest poczuć lekkość, kiedy w ciele zapisanych jest tyle cierpień i bólu, tyle spięć. Zdałam sobie sprawę, jak kurczowo zaciskały się moje komórki by dać radę, by nieść więcej niż byłam w stanie, więcej niż potrzeba, więcej niż powinnam.
Zobaczyłam też i poczułam, jak sama nad sobą się znęcałam, jak sama siebie eksploatowałam poza granice wytrzymałości. Dlaczego? Z głupoty? A może z niewiedzy, że można inaczej, że można odpuścić, że mam prawo powiedzieć: STOP! DOŚĆ!
Odmówić - innym. Odmówić - sobie.

Porafiłam być czuła, delikatna i troskliwa dla innych, równocześnie siebie samą zaprzągając w dyby, a raczej - w niewolnicze cugle. To okropne, jak można tak traktować własne ciało, samego siebie! To najlepszy dowód na brak miłości własnej, brak miłości i szacunku dla siebie i swojego ISTNIENIA.
Równocześnie to objaw jakiejś palącej chęci ukarania siebie! Ale za co?
Najwyraźniej czułam, uważałam, że zasługuję na ukaranie, na cierpienie, a może nawet na potępienie? Za co??
Co sprawiło, że tak głęboko zakorzeniły się we mnie takie przekonania??
Za co czułam się winna lub odpowiedzialna?

Czuję ścisk i sztywność w szczęce. Wciąż to odczuwam.
To przywołuje obrazy z czasów, kiedy byłam nastolatką...
Jak bezlitosne żelazne wnyki zatrzaskują się na dającej się w nie złapać zwierzynie, tak moje szczęki zaciskały się z wewnętrznego bólu, buntu, niezrozumienia i strachu przed tym, co działo się wokół mnie, co działo się z moją matką.
Nie potrafiłam znieść tego, jak ojczym traktował moją matkę, a także nas...

Noc - czas dany na odprężenie i regenerację - dla mnie przynosiła ból zaciśniętych w sennym koszmarze szczęk.
Lęki manifestowały się tak realistycznie, wręcz namacalnie. Uciekając przed senną marą do jawy sprawdzałam, czy mam na miejscu wszystkie zęby. Z trudem, w bólu i z oczami pełnymi łez usiłowałam otworzyć zaciśnięte zęby.
We śnie czułam, jak górne zapadaly się w dolnych, roztrzaskując je na kawałki... odczuwałam fizyczny ból.
Smutek, jaki mnie wypełniał, wywoływał nocne duszności przerywając sen. To było wołanie o pomoc!
Teraz to widzę i rozumiem.
Czekałam na moją matkę. Pragnęłam, by mnie dostrzegła, by zatroszczyła się o mnie... daremnie...

Czułam się odpowiedzialna i winna.
"- Dbaj o siostrę!  - Nie pozwól skrzywdzić mamusi!"  - Tak zaprogramowały mnie słowa ojca.

Musiałam ukarać siebie.
Musiałam starać się jeszcze bardziej i bardziej, aby zasłużyć sobie na Miłość i Akceptację innych.
Muszę, chcę zrozumieć. Zobaczyć. Ogarnąć. Aby uwolnić się od koszmarów przeszłości.
Aby wybaczyć SOBIE.
Aby uwolnić SIEBIE od pręgierza.
Pręgierza, pod którym sama siebie postawiłam. Inni tylko mi w tym pomogli.

Moje zęby.
Tak mocno czuję w nich napięcia.
Moje stawy.
I każdy punkt na nodze, ręce...

Chcę uwolnić, rozluźnić, puścić.

Rozmowy z terapeutami, z lekarzami powodują powrót do tego, co było. Dostaję nowe potwierdzenie tych samych teorii na swój temat. Poszerza się obraz. Pogłębia zrozumienie. Jednak brak samoakceptacji jest tak głęboko wryty w moją podświadomość, że potrzebuję wielu wielu potwierdzeń... by w końcu DAĆ SOBIE PEŁNE PRAWO.
Prawo, by powiedzieć TAK.
Prawo, by powiedzieć NIE.
Prawo do własnego, osobistego szczęścia, Miłości, Łagodności, Miękkości.

Spotkanie z dr Tenzinem było wyjątkowym doświadczeniem. Czułam jak coś ważnego dzieje się. Widziałam jak mnie obserwuje. To, co powiedział było proste i trafne. Tak, potrzebuję rodziny, domu i odpowiedniego zajęcia. Tak, mam wielkie serce, ale zbyt wiele emocji. To, co dzieje się wewnątrz mnie to ciągła sinusoida.
Przyjmuję ziołowe, tybetańskie kulki wierząc, że pomogą mi te emocje uspokoić i zharmonizować system wewnętrzny.   



Sierpień 2010

Staram się jeździć regularnie na medytacje.
Maciek mówi, że jest lepiej – już nie jestem „jak roślinka”, ale wciąż jeszcze słaba.
Tydzień później Maciek stwierdził, że mam zapalenie okostnej, po lewej stronie stawu szczękowego. Mówi: - Masz poczucie winy, kiedy masz więcej siły i sama sobie robisz zjazd… Nie dajesz sobie prawa.

Kolejnego dnia mam u Niego indywidualny proces. Pracujemy intensywnie na planie rodzinnym. A w tym samym czasie rodzi się Bronek.
Od Maćka jadę do stomatologa i tam dostaję wiadomość, że wszystko przebiegło szczęśliwie i szybko.
Dwie godziny później jestem już w szpitalu na Inflanckiej. Cuda cuda dzieją się!
Wielka dusza w maleńkim ciele pojawiła się na tym świecie.
Jeszcze skok po wege obiad dla Dag i seria zdjęć na pamiątkę. To wyjątkowe chwile.


W kolejnych dniach czuję się bardzo słaba. Mogłabym spać całymi dniami. Jednak zbieram się i jadę na medytacje, robię zakupy i gotuję jedzenie dla Dagi, która jest w połogu.
W weekend jadę nawet na siedzenie nocne.


Wrzesień 2010

Chwytam się kolejnych możliwości, by zdiagnozować stan swojego zdrowia i pomóc samej sobie.
Kiedy pojawiły się u mnie bóle brzucha po przyjmowaniu kulek od dr Tenzina, zdecydowałam się je odstawić. Poczułam obawę, że te zioła nie są dla mnie najlepsze.
 Wówczas dotarły do mnie informacje o metodzie biorezonansu, a Maciek powtarzał, że na 90% mam drożdżycę.  No to umawiam się na wizytę do lekarza stosującego homeopatię, medycynę chińską oraz diagnozę biorezonansem. Efekt – powalająca diagnoza.
Candida, nietolerancja na gluten, pszenicę i inne zboża, nawet na grykę. Jestem zakwaszona, w jelitach jest stan zapalny, śledziona słaba, to samo z żołądkiem, wątrobą. Do tego niedobory minerałów. Okazuje się, że przechodziłam helicobakter! I prawdopodobnie gronkowca… trochę tego za dużo, jak na mnie jedną…


Od około dwóch tygodni wracają dolegliwości stawów – najpierw czułam rano bóle mięśniowe, później stawów, zwłaszcza biodra. Zaczęły się ponownie trzaski w stawach biodrowych.
Płaczę.
Znowu.
Czasami płaczę zaraz po przebudzeniu.
Cały tydzień gdzieś biegałam, coś załatwiałam, dziś czuję się słaba, zmęczona, wyczerpana.
Nie mam sił gotować. Może jutro.

Bardzo kiepsko czuję się psychicznie.
Odbieram wyniki morfologii. Nie ma złudzeń, anemia. Aż huczy.

Znowu popadam w czarną dziurę.
Nie rozumiem. Nie wiem JAK mam żyć, skoro pomimo podejmowanych działań, starań, pracy nad sobą nie udaje mi się zmienić swojego życia i żyć tak, jak chcę. Być zdrową, w pełni sił i robić to do czego najlepiej tutaj się nadaję, by równocześnie zadbać o siebie i swoje utrzymanie.

Kładę się i zastanawiam – czy mam dalej żyć, czy pora wynosić się stąd?
Doprawdy potrzebuję nadziei, aby pociągnąć dalej ten wóz. Albo – spasować.



Październik 2010

1.10.10
Jadę na spotkanie ze swoim przeznaczeniem.

Trzy i pół godziny spędzone na rozmowach z astrologiem.
Mój portret astrologiczny potwierdza to, co już o sobie wiem. Uwydatnia to, co ostatnio przeżyłam. Wskazuje słabe i mocne punkty. Daje nadzieję na poprawę sytuacji – to, po co tutaj przyszłam.


Koniec października i moja pierwsza sesja masażu u Jarka.
Masaż to mało powiedziane. To jest to! Na żadnym z dotychczasowych masaży moje ciało nie reagowało tak wysoko wibracyjnie. Trafiłam do prawdziwego maga.
Gdybym miała do niego trafić wcześniej, to bym nie trafiła. Na taką pracę trzeba naprawdę być gotowym. Tak, to będzie intensywna praca.



Listopad 2010

9.11.2010
Lubię, kiedy jest mi radośnie wewnątrz.
Lubię, kiedy wszystko dobrze się układa.
Niestety w tej chwili jest mi mało radośnie. Jestem – czuję się – rozbita. Znowu wiem, że nic nie wiem. Nie rozumiem, gdzie popełniam błędy? Wróciłam z medytacji – nauczyciel powiedział, że nie jest dobrze. Podpuszczał mnie, że chyba cały czas zajmuję się dziećmi, bo co robię, skoro nie mam czasu zająć się sobą? Kurczę, a ja w zasadzie nic innego nie robię, jak właśnie zajmuję się sobą, w każdym razie tak mi się wydaje… Staram się postawić siebie na nogi, we własnym tempie… Staram się słuchać lekarza i… wciąż pod górkę. MAM DOŚĆ!  Momentami nie mam już sił, by walczyć o siebie.  Czasami faktycznie mam chęć pieprznąć to wszystko i niech się dzieje co chce! Ale potem zaczynam się chyba bać… Sama czasem nie wiem, co jest właściwe.

Znowu zrobiło mi się ciężko i smutno, wcale ja tego nie lubię.
Wynajduję sobie tyle różnych powodów do zadowolenia, cieszę się drobiazgami.
Czuję, że ścierają się we mnie dwie potężne siły – pragnienie radości życia i jakiś czarny dół, smutek, bezradność. One we mnie walczą ze sobą. Jedno i drugie jest prawdziwe.
Dostrzegam i akceptuję w sobie te przeciwstawne światy. Tyle, że to mnie wyczerpuje…








DZIENNIKI 2011

STYCZEŃ

01.01.2011
Początek Nowego Roku.
Leżę w łóżku z zapaleniem oskrzeli.
Za oknem ponuro, odwilż, powoli zapada zmierzch. Czuję się słabo, oczy zamykają się, głowa chce odpłynąć. Zapach kadzidła, światło świec, sącząca się muzyka i aksamitny głos Barbry Streisand kołyszą mnie, otulają, uspokajają. Wolno, powoli, mam cały czas świata. Moje ciało i umysł potrzebują jeszcze kilku dni powolnego sunięcia, ciepłego zalegania, bezpiecznego odpływania. Coś się we mnie naprawia.


2.01.2011
Wraca do mnie koszmarny sen, po którym się obudziłam.
To był naprawdę koszmar… Uszkodzeni ludzie, części ciał, żywe ciało na wierzchu… okropieństwo. Nie chciałam na to patrzeć. Jednocześnie inni, obecni wokół ludzie jakby w ogóle nie widzieli, nie dostrzegali tego co ja… Byłam gdzieś w plenerze i kiedy wchodziłam w jedno miejsce, w konkretną przestrzeń, widziałam te sceny koszmaru. A inni ludzie albo tego nie widzieli, albo to ignorowali.

3.01.2011
Nadal kuruję zapalenie oskrzeli.
To trzeci dzień z rzędu, kiedy z nikim nie rozmawiam.
Czułam smutek i brak zaopiekowania.
W końcu zauważyłam, że życie zaopiekowało się mną.
Mam w zasadzie wszystko, co jest mi teraz potrzebne – ciepłe i wygodne mieszkanie, spokój, ciszę, jedzenie i picie, światło i ciepło świec, kojące dźwięki muzyki płynące z dobrych głośników. Po czym, kiedy myślałam, że KTOŚ mógłby zaopiekować się mną kupując warzywa i gotując dla mnie posiłki, zauważyłam że już wcześniej zaopiekowała się mną ciocia, dając mi słoiki ze swoimi przetworami! Dzień wcześniej miałam siłę nastawić bulion, dziś nastawiłam zupę ryżową. Teraz otworzyłam słoik ogóreczków od cioci i szybko uzyskałam pyszną zupę ogórkowo-ryżową. Jestem zaopiekowana.

4.01.2011
Wciąż czuję, że jestem w okresie przejściowym. Już nie ma tej dawnej, a nowa jeszcze nie w pełni.

Zadziwia mnie, że w początkach grudnia czułam się już taka energetyczna, a potem tak łatwo spadłam z tych wyższych wibracji. Wystarczyło jedno silne nieporozumienie w rodzinie… 
Jeszcze sporo pracy przede mną, organizm bardzo stopniowo wraca do równowagi. Ciało mam zesztywniałe. Przez cały czas choroby nie ćwiczę, nie medytuję – nie mam ochoty, nie czuję potrzeby.

Czuję jakbym miała zatkaną głowę, jakby coś zatkało się w moim umyśle.
Jednak usiadłam do medytacji przy mantrach. W medytację za bardzo nie weszłam, ale – coś się we mnie zmieniło, rozjaśniło.

KIEDY JESTEŚ SAMA, ZATROSZCZ SIĘ O SIEBIE CZULE, JAK O NAJCENNIEJSZY SKARB.
KIEDY JEST PRZY TOBIE KOCHAJĄCA OSOBA,
STWÓRZ PRZESTRZEŃ I POZWÓL JEJ TROSKLIWIE ZAOPIEKOWAĆ SIĘ TOBĄ.
ODWZAJEMNIJ TO OBDAROWANIE.
I NADAL OPIEKUJ SIĘ SAMĄ SOBĄ – DAWAJ SOBIE TO, CZEGO NIE MOGĄ DAĆ TOBIE INNI.

Jestem w trakcie zbierania i integrowania siebie. Moje obserwacje i obliczenia wskazują, ze rozpoczęłam to zbieranie w 2004 roku, a może już w 2003.


 6.01.2011
Kolejna sesja u Jarka.
Niesamowita płyta w tle, jakby tworzenie nowego świata. Muzyka, mantry i kobiecy głos.
Jarek specjalnie na dziś przygotował tę płytę. Zupełnie inna sesja. Jakaś magia.
I nowe stworzenie MNIE.
Jarek powiedział: - Masz nowy kręgosłup. Może trochę uwierać.

Kuruję się srebrem koloidalnym, później złoto.
Od miesiąca przyjmuję homeopatię od dr Pałagina. Do tego Sanprobi i B compositum.
Korzystam z kuchni 5 przemian gotując zupy i inne posiłki. Zapewniam sobie dużo ekologicznych warzyw, zbóż i dodatków.

8.01.2011
JEST DZIWNIE. Płaczę, medytuję przy mantrach.
Odnoszę wrażenie, że TRWA PRZETWARZANIE DANYCH.

Czuję, że potrzebuję wsparcia jeszcze innej osoby. Kobiety.
Potrzebuję „CZEGOŚ” się dowiedzieć i „COŚ” otrzymać, aby mocniej ruszyć dalej.

MATRIX
Nie myśl o tym – musisz to WIEDZIEĆ.
Nie próbuj – ZRÓB TO.

To miało być nie-prawdziwe.
Twój umysł sprawia, że JEST.
Musisz wyzbyć się wszystkiego: strachu, wątpliwości, niedowierzania.
Oczyść swój umysł!

Matrix nie decyduje KIM JESTEŚ.
A Wyrocznia? – To co innego.

Nie staraj się wygiąć łyżki, bo to niemożliwe.
Ale spróbuj uświadomić sobie PRAWDĘ,
Że łyżka NIE ISTNIEJE.
Wtedy przekonasz się, że to nie łyżka się gnie, tylko Ty.

POZNAJ SIEBIE.

Nikt Ci tego nie powie – czujesz to w trzewiach.

Miliardy ludzi żyją sobie w błogiej nieświadomości.

Znać Drogę, to jedno – ale podążać nią, to co innego.

He is beginning to believe.


9.01.2011
Spałam 10 godzin.
Nadal czuję się dziwnie rozbita.
Zdecydowanie odbywa się transformacja.
Układam w głowie i w sobie myśli, pytania, odpowiedzi.

24.01.2011
Na 5tym piętrze pękła rura.
Na korytarzu woda lała się strumieniem z sufitu.
Poczułam, że zbliża się czas kolejnej przeprowadzki.
Zaczęło mnie ponownie ciągnąć do natury.
Wszystko w swoim czasie. Póki co jest zima.

26.01.2011
Dziś jest ważny dzień.
Dziś przyśnił mi się hinduski Mistrz. 
Długie czarne włosy, długa czarna broda. Siedział w lotosie. Popatrzył na mnie i z wieloznacznym uśmiechem, w którym była zapowiedź, wymówił moje imię: - LUIZA.
Ten sen był bardzo wyrazisty. I symboliczny.

Ciężko było mi się dobudzić, tak ostatnio się dzieje. Dużo śnię, czasem śpię niespokojnie, wiercę się.
Rano czułam się rozbita, roztrzęsiona, płacząca.
W tym dosyć depresyjnym stanie uświadomiłam sobie, że wciąż są we mnie lęki, nadal czuję blokady, wciąż nie jestem jeszcze w pełni sobą.
Dostrzegłam także, że gdzieś w głębi siebie nie wierzę, że osiągnę to, co osiągnąć chcę, nie wierzę że dotrę tam, dokąd podążam.
Leżąc na stole u Jarka wypowiedziałam na głos moje odczucia, uwolniłam je przez gardło.
Wieczorem poczułam, że zaczynam wierzyć.

Ta sesja była mocna, dużo we mnie się działo, płakałam, puszczałam… a we mnie pojawiało się coraz jaśniejsze światło, z kulminacją już po wyjściu Jarka z pokoju.

Po sesji wybrałam się po kadzidła. W Instytucie Nepalskim zabawiłam długo.
Wkręciłam się w rozmowę z Nepalczykiem – nauka słówek polski-nepalski-angielski.
Przyszło dwóch panów – ojciec i syn. Nawiązały się ciekawe rozmowy. Panowie jeżdżą do Nepalu.
Usłyszałam słowa: - Powinna pani jechać do Nepalu.
MERO NAM LUIZA HOO.  – Moje imię Luiza.

31.01.2011
Dziś jest dzień, kiedy mam dość!
Mózg mi się lasuje, nie wyrabiam, wciąż czuję spięcia i napięcia w ciele, w szczęce, w zębach, w głowie.
Płaczę, szlocham – rozładowuję napięcia.
Nie wiem o co chodzi. Już nie wiem, co dzieje się ze mną.
Wszystko mam tłumaczyć transformacją???
Dokąd ja w ogóle podążam?
O co w tym wszystkim chodzi?
Gubię czas. Nie pamiętam co kiedy się wydarzyło. Coś było dwa tygodnie temu, a ja czuję że tak dawno.
W nocy nie mogłam spać, umysł gadał. Czasami mam znów wrażenie, że oszaleję… W tym stanie potrzebuję być sama, jednocześnie niekiedy czuję się już samotna.


LUTY 2011

13.02.2011
Obudziłam się z uśmiechem i błogością na twarzy.
Miałam ciekawe sny, które wprowadziły mnie w taką energię.
Były w nich zwierzęta, byli mężczyźni, woda, a ja byłam w Indiach!
Tak nagle tam się znalazłam. Szłam z innymi, niewielką grupką podążaliśmy drogą pod górę do jakiegoś ośrodka, chyba na szkolenia. Za kilka dni miałam wracać.
Byłam szczęśliwa. Stąpając tą drogą rozglądałam się wokoło. Dotykałam dłońmi brązowego drewna, leżącego na ziemi. Podniosłam kamień – zielony malachit – i odłożyłam go na ziemię, gdzie jego miejsce.
Widziałam też inne kamienie-kryształy.
Po wyjściu ze snu było mi tak dobrze. Leżałam jeszcze długo w łóżku, ciesząc się tą błogością.
A przez okna witało mnie słońce. Dziś jest tak JASNO! Piękny prezent od natury. Dzień jak latem, pomijając ujemne temperatury. Chodzę po domu boso i w koszuli, jak w wakacje.


16.02.2011
MOJE PYTANIA DO KSIĘGI WSZECHWIEDZY
- Jak to wszystko działa?
- Jak działa Wszechświat?
- Jak funkcjonuje umysł?
- Czym jest świadomość?
- W jaki sposób uwolnić się z ram ludzkiego umysłu? I posiąść umiejętność szerszego postrzegania…?
Zachowując przy tym „zdrowe zmysły”.

PYTANIE DO MNIE OD KSIĘGI WSZCHWIEDZY
- Jaka jest jedna rzecz, co do której masz absolutną pewność?
MOJA ODPOWIEDŹ:    - ZMIANA.


17.02.2011
„Kiedy Kolumb stawiał żagle, nie wiedział czy będzie wiatr.”
„Każde zdarzenie jest nieuniknione.”


KWIECIEŃ
14.04.2011
Sesja u Jaro.
I kolejny wstrząs oraz upadek z piedestału – Jaro powiedział o moim emocjonalnym stosunku do niego.
Uświadomił mi, jaką nadbudowę stworzyłam w swoim umyśle w związku z Nim. Ile projekcji wytworzyłam.
Zleciałam z wysokiej góry i trochę się poturbowałam.



MAJ 2011

25.05.2011
Ciekawe sny-przekazy

- Byłam w miejscu przypominającym wielopoziomową stację metra.
Jeździłam ruchomymi schodami w dół, i wracałam w górę.

- Pojawiła się historia: kobieta i jej rodzina, ich mieszkanie. Nagle okazało się, że coś mi się od nich należy – nie wiem z jakiego powodu – i jeśli tylko chcę, mam u nich pokoik i mogę się wprowadzić.
Ta wizja pokazuje, że Życie może nas zaskoczyć w każdej chwili, w sposób nieprzewidywalny oraz że zawsze pojawia się rozwiązanie sytuacji. Zatem – ufam życiu, jestem bezpieczna zawsze.

- Byłam z córką na Żoliborzu, przed dawnym domem moich rodziców.
Nie było bramy, nowi właściciele – rodzina z dorosłym synem.
Teren wyrównany na większej powierzchni ogrodu a ogrodzenie pomiędzy drugą połową domu zniesione . Zdjęte elewacje, ściany całego budynku od strony ogrodu zmienione.
W trakcie remontu – W TRAKCIE ZMIANY. Pokazywałam córce co-gdzie.
Rozmawiałam z kobietą – nową właścicielką – o tych zmianach.
Powiedziałam: - No tak. Przeszłość do przeszłości. TERAZ JEST TERAZ.


26.05.2011
Ponownie miałam sen-przekaz, w którym słyszałam, widziałam i czułam wskazówki, „rozumiałam” jak to wszystko działa! Takie „pstryk!” i wszystko jasne – to było jak kolejna lekcja w wyższym wymiarze.
Jednak w chwili budzenia się i przechodzenia w ten wymiar świadomości, wszystko zaczęło się rozpływać.
Pozostały jeszcze w pamięci umysłu obrazy, dźwięki oraz świadomość, że wszystko to można w mig pojąć, ale z każdą chwilą przytomności rozpływało się coraz bardziej.
A ja tak bardzo chcę zachować w sobie to zrozumienie. Ten błysk świadomości, tę jasność pojmowania.
Może za bardzo chcę?
Jestem pewna, tak, dziś w nocy UCZYŁAM SIĘ.
A może??? A może to ja UCZYŁAM INNYCH? To było tak ulotne.
Ale zanim ulotnym się stało, niezwykle rzeczywistym doświadczać się dało.


28.05.2011
Wstałam trochę smutna i smutek zaczął do mnie zaglądać, więc:
Pielęgnuję w sobie pozytywne myśli.
Życie dba o mnie. Ufam życiu.
Poddaję się swojemu wewnętrznemu Przewodnictwu.
Kocham Życie i jestem wdzięczna.
Zawsze i wszędzie jestem bezpieczna.
Koncentruję się na Tu i Teraz.
Wszystko dzieje się dokładnie tak, jak ma się dziać.
Lekko i skutecznie uwalniam przeszłość.
Pozwalam  życiu swobodnie płynąć przeze mnie.
Łatwo i spokojnie trawię nowe idee.
Moje ciało z każdym dniem jest coraz zdrowsze i bardziej sprawne.


31.05.2011
Miałam poczucie własnej bezwartościowości – dlaczego?
Wyniosłam je z dzieciństwa, od rodziców, od ojczyma.
Kiedy rodzic wymierza dziecku kary cielesne, każe mu wypinać pupę, w którą zadaje razy pasem, to dziecko czuje się coraz bardziej upokarzane i coraz bardziej bezwartościowe.
Kiedy dziecko słucha powtarzane słowa krytyki, zaczyna coraz mocniej wierzyć, że na tę krytykę zasługuje.
Kiedy obrzucane jest epitetami i wyzwiskami, to im częściej się to zdarza, tym mocniej wryte zostaje w jego podświadomość przekonanie, że takie właśnie jest – bezwartościowe, idiotyczne, skretyniałe, że do niczego się nie nadaje. A skoro dziecko zaczyna wierzyć, że jest takie głupie, to myśli sobie – po co właściwie mam się starać? Przecież i tak nic nie osiągnę.

Jako dorosła osoba potrafię szerzej spojrzeć na własne predyspozycje, umiem już w miarę obiektywnie je określić. Kiedyś, jako nastolatka, uważałam siebie za osobę bez ambicji i talentów. To przekonanie było uwarunkowane środowiskiem, w jakim się wychowywałam. Domowym środowiskiem.
Pamiętam sytuację, kiedy w domu ojczyma gościła kobieta, która wcześniej pracowała jako gosposia w domu moich rodziców. Dobrze czułam się w jej obecności. Gdy przez chwilę zostałyśmy same zapytałam ją:
- Wiesiu, czy ja jestem inteligentna? Bo wiesz…
I opowiedziałam jej o tym, jak byłam traktowana przez ojczyma.
Miałam wówczas kilkanaście lat. To pytanie było zakotwiczone we mnie bardzo mocno. Ta wątpliwość.
Wiesia pogłaskała mnie po głowie i odparła:
- Jesteś. Skoro zadajesz takie pytanie, to z pewnością jesteś.
To był moment, kiedy przepłynęło do mnie trochę ciepła, którego tak bardzo potrzebowałam. Ciepła i akceptacji.
Ta kobieta pojawiła się na chwilę przy mnie, jak Anioł Dobroci.


MAM WRAŻENIE, ŻE WSZYSTKO WE MNIE WYZEROWAŁO SIĘ.
Po chorobie, po wszystkich przejściach od połowy 2009 roku, po tym jak oddałam dobra materialne, auto, mieszkanie… oddałam córki – oddałam je ich dorosłości; oddałam siebie, umarłam, odeszłam… takie wnioski nasunęły mi się po lekturze swoich listów z 2008 i 2009 roku. Teraz zbieram w sobie na nowo wartości, które już wtedy we mnie były, głosiłam je, dzieliłam się nimi. Miałam mnóstwo pomysłów i zapału do działania, pomimo wielkiego wyczerpania.
Już w 2008 roku wiedziałam, że cudem jest, że nadal żyję!
Przeszłam wówczas ogromny kryzys, nie wiedziałam jeszcze co mnie czeka dalej…
Wszystko się wyzerowało. Dziś jestem „pusta”.
Teraz też nie wiem co dalej, a równocześnie wiem, że wszystko już jest zaplanowane i wkrótce dowiem się.
Jestem pełna i pusta zarazem.


Prezydent Komorowski powiedział: „Wszyscy wiemy, że warto mieć marzenia, ale wiemy też,
że one realizują się, kiedy jest odwaga.”
Pomyślałam sobie – marzenia są w życiu najważniejsze, ja je mam i podążam za nimi, tak się dzieje od lat.
Miałam świadomość swoich lęków oraz strachu, jaki wielokrotnie mnie paraliżował. Jednakże miałam też odwagę. Paradoks?
A może właśnie tam, gdzie jest strach, pojawia się odwaga? Może strach wzbudza odwagę, a ta pozwala nam przejść przez strach, wyjść poza strach? Kiedyś nie dostrzegałam swojej odwagi, później jej nie doceniałam.
Teraz wiem, że byłam tchórzem, który miał w sobie odwagę.




1.06.2011
W sumie – to niesamowite, że wciąż jest we mnie tyle spięć. Rozluźniam się, relaksuję, a nadal łapię się na tym – lub wskazują na to objawy mojego ciała – że nie jestem wolna od napięć. Reaguje żołądek i jelita. Coś w sobie zatrzymuję, czegoś nie wypuszczam. Dlaczego? Chcę uwolnić przeszłość, to co stare i nieaktualne, chcę otworzyć się na nowe, chcę ufać, poddać się… Właśnie – chcę! I staram się. To u mnie stała wciąż trudność. Potrafię chcieć i starać się, ale to dzieje się rozumowo. Niestety również poprzez umysł dzieje się kontrola podświadoma. Świadomie chcę, otwieram się, puszczam, uwalniam… podświadomie hamuję, boję się, wstrzymuję i kontroluję. Boję się czego? Stracić kontrolę i bezpieczeństwo? Z jednej strony chcę lekkości, otwartości, płynięcia z rytmem życia oraz zmian. Z drugiej – wciąż patrzę w kalendarz, liczę miesiące i pieniądze, czekam na… niby nie mam oczekiwań, ale je mam. Niby ufam życiu, ale sprawdzam, kontroluję, liczę ile zostało mi czasu i myślę co i kiedy powinno się zdarzyć. Powinno! Słowo do wykreślenia. Niby nic od nikogo nie chcę, nie oczekuję, ale sprawdzam czy przyszły nowe wiadomości. Rety! Ile sprzeczności! Człowiek pełen jest sprzeczności. Podświadomość podkopuje świadomość. Dywersja. Zatem – pielęgnuję w sobie pozytywne myśli i zmieniam swoją podświadomość.

AKCEPTUJĘ POCZUCIE NIEPEWNOŚCI I POZWALAM PROWADZIĆ SIĘ ŻYCIU.
POSTANAWIAM BYĆ W JEDNOŚCI Z TERAZ.
POSTANAWIAM BYĆ W JEDNOŚCI Z ŻYCIEM.



4.06.2011
Ego, ego, ego… umysł.
Wciąż mnie zaskakuje. I stale mobilizuje do pracy własnej.
Wczorajsza sesja u Jarka sprawiła, że w jej trakcie powiedziałam:
- I kto by się spodziewał? Ja – nie.
- I jak to fajnie wmawiać sobie: mam coś z gardłem, bo klima, bo przeciągi w metrze…
- Kurwa mać! 
A Jarek odpowiedział:
- Nie możesz czegoś zaakceptować.
A dotykając mojego brzucha:
- Jakbyś się śliwek najadła!
A ja na to:
- Wiesz… był dzień matki… i dzień dziecka…

Taak… to bardzo głęboko ukryte emocje dziecka względem rodziców i siebie samego.

Idąc na spotkanie z Jarkiem doprawdy nie przypuszczałam, że taką właśnie pracę przyjdzie nam wykonać. Byłam z siebie dość zadowolona, ponieważ moja praca własna w domu przynosiła kolejne zmiany. W ostatnich dwóch tygodniach doświadczyłam nowych przebłysków. Sporo pracowałam – czytałam, kontemplowałam, oświecałam małe kawałki.
Jednocześnie świadoma byłam tego, że wciąż „czegoś” nie mogę strawić, „coś” zalega mi w żołądku. Moje ciało pokazywało mi to wyraźnie. Zatrzymywałam się nad tym, będąc uważną na swoje myśli i ciało, wprowadzając afirmacje, praktykując bycie w TERAZ. A jednak wciąż czegoś nie mogłam uwolnić.

Kiedy dwa dni wcześniej odebrałam z IPSI Eichelbergera informację o warsztatach dla rodziców „Szczęśliwi rodzice, szczęśliwe dzieci”, wyraźnie poczułam, że to temat dla mnie! Rozpatrywałam możliwość uczestniczenia w tych zajęciach. I na stole u Jarka podczas sesji poczułam to wyraźnie – tu chodzi o temat „RODZICE”. Wciąż aktualny.

Moje wewnętrzne Ja lgnęło do tematów tych warsztatów, ponieważ on tkwi we mnie.
Docieram do coraz głębszych pokładów tego zagadnienia w sobie. Zewnętrzne, wierzchnie warstwy zostały  już przepracowane, wchodzimy głębiej i głębiej, aż do jądra… a skoro pękło jądro Ziemi, być może i we mnie pęka (pękło?) trzon tego, co najtrudniejsze, co siedzi najgłębiej i najmocniej , i uczepiło się a może nawet wżarło się w mój kręgosłup – ten trzon, będący źródłem mojej słabości i poczucia bezwartościowości, tkwiącego we mnie całe życie… uczucie niezrozumienia, niemożność zatem pogodzenia się z tym co mnie spotyka (spotykało) i co dzieje (działo) się wokół mnie… Uczucie tęsknoty (za czułością, akceptacją, miłością, oraz za byciem razem – z rodzicem, z rodzicami) a zatem – uczucie strachu, lęk że tęsknota stanie się wieczna, że już zawsze będę sama, a więc – uczucie braku, braku obecności rodziców.
Pojawia się także uczucie upokorzenia – a to upokorzenie stało się zaczątkiem (być może) od braku akceptacji aż do nienawiści dla samej siebie. Skąd upokorzenie? Kary cielesne, krytyka, wygórowane wymagania… molestowanie seksualne – źródło wstydu względem własnego ciała, braku akceptacji dla swej fizycznej cielesności.

Zatem – temat „RODZICE” powrócił niczym bumerang, dopraszając się wejścia głębiej i odpuszczania – wglądu, zrozumienia i odpuszczania. Ale czy naprawdę potrzebuję wszystko rozumieć?
W trakcie terapii nie potrzebuję rozumieć – potrzebuję czuć i być poza ocenianiem.
Czuję „coś” wewnątrz mnie co uwiera, boli, blokuje, przeszkadza. Poza umysłem – swoją świadomością wiem, że dotyczy to relacji z rodzicami oraz pokrzywdzonego dziecka we mnie – dziecka nie mogącego pogodzić się z tak trudną, bolesną dla niego sytuacją, przerastającą je i zbyt przytłaczającą.
Mam dla tego dziecka miłość i wyrozumiałość. Uwalniam się od potrzeby widzenia konkretnych sytuacji z przeszłości, od wchodzenia w nie i w towarzyszące im emocje – to mam już ZA SOBĄ. Wchodzę w odczuwanie, umysł zostawiam z boku. NIE analizuję, NIE przeżywam emocji, a raczej – NIE wchodzę w nie umysłem. Płaczę jeśli potrzebuję.
Skupiam się na TERAZ – być obecnością.

Odczuwam co we mnie – słucham wskazówki Jarka – chwytam mentalnie „coś” tkwiące głęboko w jamie brzusznej – jakiś lęk, coś ciemnego, cokolwiek to jest – chwytam i wypuszczam!

Mój Nauczyciel naprowadza mnie, otwiera i prowadzi – jednak wiem, że bez mojej otwartości, gotowości i zaangażowania niewiele mógłby zrobić, najwyżej powierzchownie i nietrwale.

A ja coraz mniej się staram, a coraz bardziej poddaję się biegowi rzeczy.
Moje zaangażowanie, determinacja, potrzeba rozwoju rosną… i wtedy dostaję wskazówki!
Wskazówki, żeby nieco zwolnić, a raczej – ochłonąć, ZACHOWAĆ UWAŻNOŚĆ.

„Bądź ostrożny, gdy zaczniesz rozpalać ogień”.
Tak. Kiedy mój wewnętrzny płomień rozpala się nadmiernie istnieje niebezpieczeństwo, że zacznę się w nim spalać. Wtedy potrzebuję wstrzymać cugle mojego ognistego konia.

Wracając do tematu relacji z rodzicami – w ostatnich dniach obserwowałam swoje emocje i związane z nimi reakcje ciała.
Dzień Matki – naprawdę chciałam zadzwonić do mojej mamy i złożyć jej życzenia. Układałam w głowie ich treść. Jednak pojawiły się lęki i opór. Blokada w gardle – zaczęłam na głos mówić o tym, co działo się we mnie. Sprzeczności, ścieranie się emocji, ścisk i ból w szyi, na gardle… pragnęłam ciepłego, pełnego akceptacji kontaktu z matką, chciałam przekazać jej słowa radości i wdzięczności za życie, jednocześnie wstrzymywał mnie wewnętrzny opór – lęk przed jej reakcją, przed brakiem szczerości i akceptacji…
Ostatecznie wysłałam życzenia sms-em.

Dzień Dziecka – choć świadomie chciałam być wolna od oczekiwań, to podświadomie a może raczej poprzez egotyczny umysł oczekiwałam na kontakt od moich rodziców. Rozmawiałam z moimi córkami, składając im życzenia najpiękniej jak potrafiłam – równocześnie w głębi siebie pragnęłam to samo otrzymać od moich rodziców, od mojej matki.
Ucieszył mnie krótki sms od taty – to było miłe.
Od mamy nic nie przyszło – to było dla mnie przykre.
Obserwowałam w sobie tę emocję, chociaż bardzo chciałam przed nią uciec.
No właśnie – uciec! I może dlatego, że z jednej strony uciekałam, z drugiej ona mnie atakowała.
Teraz wiem to na nowo- akceptacja. Uczę się tego kolejny raz. W teorii już umiem i wiem. Z praktyką bywa trudniej. Praktykujesz, praktykujesz i znów praktykujesz.

Zawsze, zawsze zachowuj uważność i niech ci się nie wydaje, że już w pełni opanowałaś tę umiejętność. Praktykujesz przez całe życie. Pokora. Jak tylko ego wepchnie cię – a raczej ty pozwolisz, by ego wepchnęło cię w uczucie nasycenia i dumy – spodziewaj się, że polecisz z hukiem w dół. Zaliczałam już upadek z piedestału – cenne doświadczenie.
Zatem – akceptacja.
Rzecz w tym, aby nie oceniać siebie, a tym bardziej nie obwiniać, nie szkalować.
Pojawia się uczucie – dostrzec i zaakceptować. Okey. Jestem człowiekiem. Może pojawić się we mnie pragnienie bycia dostrzeżoną przez własną matkę. Wiem, że to pragnienie jest wytworem umysłu. Mam wybór, co z nim zrobię. Akceptuję i idę dalej, bez zatrzymywania się i zagłębiania w tę emocję. Już wiem skąd ona pochodzi – z uczucia braku, doświadczonego w dzieciństwie oraz z umysłu. Wiem to. Akceptuję. Idę dalej. Co to znaczy? Decyduję się być w TERAZ. Żyć chwilą obecną. Tak. To chcę praktykować.

A jednak niekiedy potrzeba zagłębić się.
W „dniu matki” ja zmagałam się ze swoimi emocjami czyli z sobą samą.
Stłumione dawno temu emocje i uczucia pochowały się w najgłębszych zakamarkach ciała i duszy. Tego dnia, nie mogąc przełamać oporu w sobie by zadzwonić do swojej matki, prowadziłam monolog, a właściwie dialog z samą sobą. Mówiłam na głos o tym, co odczuwałam. Stanęłam oparta o ścianę, płakałam, objęłam siebie obiema rękami i mówiłam do małej Lulika… uspokajałam Ją, zapewniałam że nie jest sama, że jestem z nią i zawsze będę, że jest bezpieczna i wszystko będzie dobrze, że da radę i pokona trudności, przejdzie przez to, przez co przejść trzeba, że ją kocham i jest wspaniała… że to też minie…
Ona czuła się taka samotna i bezradna, nie była w stanie zrozumieć otaczającego ją świata dorosłych ludzi i ich postępowania. Potrzeba przyjmowania i dawania Miłości była dla niej czymś oczywistym.
Otuliłam małego Lulika.
Pozwoliłam sobie na wypływ emocji, zamiast dławić je w sobie.

Rzecz w tym, że weszłam w emocje, rozpoznałam je, zaakceptowałam, uwolniłam.
Natomiast nie pozwoliłam umysłowi roztrząsać starych sytuacji i na nowo doświadczać cierpienia.

W 2007 roku z pełną determinacją oświadczyłam samej sobie, że dość mam już cierpienia i chcę wreszcie być szczęśliwa.
Wszystko co wydarzyło się od tego momentu jest konsekwencją mojej decyzji.




8.06.2011
Wszystko się zmienia.
Uśmiecham się do siebie. Uśmiecham się do swoich myśli. Kocham siebie i coraz bardziej to czuję. Jest inaczej. Inaczej niż było. Jestem dla siebie łagodniejsza, bardziej delikatna i wyrozumiała, wewnątrz mnie jest więcej spokoju.

Czas. W ziemskim wymiarze czas po prostu istnieje i do pewnego stopnia ma na nas wpływ. 
Dążę do tego, by być POZA CZASEM, być W PUNKCIE,
Wiem, że ziemskiej ewolucji towarzyszy PROCES. Ewolucja jest procesem. Proces odbywa się w czasie. Czas może się rozciągać lub kurczyć, jeśli tego potrzebuję. Wyraźnie czułam rozciąganie czasu podczas ostatnie sesji u Jarka. Sesja, a raczej proces, trwał dłużej niż standardowo na 1-godzinnej sesji. Spodziewałam się zobaczyć na zegarze godzinę późniejszą o co najmniej 30 minut. Jednak minęła standardowa godzina. Czy określenie „rozciąganie czasu” jest właściwe? Być może lepiej byłoby powiedzieć, że czas zatrzymał się dla nas na tyle, ile potrzeba było na wykonanie pełnego procesu, niezbędnego w tym momencie. A to niesamowite. TO JEST NIESAMOWITE! A jednocześnie – właśnie TAK JEST.


Stoję przed lustrem. Naga. Patrzę na swoje ciało, głaszczę je. Dotykam z czułością, akceptuję każdą jego część, każde miejsce i całość. Uśmiecham się do swojego odbicia w lustrze, mówię do siebie patrząc sobie w oczy. Kocham Cię, Luliku. Naprawdę Cię kocham. Jesteś piękna. Taka jaka jesteś. Dziękuję za to ciało. Dziękuję za życie. Dziękuję za zdrowie. Odczuwam radość i spokój. Jestem wdzięczna. Przytulam siebie. Pozwalam życiu swobodnie płynąć przeze mnie. Z łatwością trawię nowe idee. Mój system trawienny i wszystkie moje narządy wewnętrzne funkcjonują prawidłowo, zgodnie ze swoją pierwotną matrycą. Z każdym dniem jestem coraz zdrowsza i coraz bardziej sprawna, mój umysł jest jasny i elastyczny.
Lekko i swobodnie uwalniam przeszłość.
Lekko i skutecznie uwalniam stare, bezużyteczne, zbędne, szkodliwe idee i treści.
Łatwo przyswajam nowe, świeże, życiodajne treści.
Odczuwam esencję istnienia, odczuwam życie, odczuwam substancję jaką jestem.
JESTEM W HARMONII Z ŻYCIEM.

Wybór własnego kierunku w życiu jest moim świętym prawem.
Jestem wolna i bezpieczna.
Wiem, że życie wspiera mnie zawsze i wszędzie.
Zmieniam się i rozwijam. Tworzę nową, bezpieczną przyszłość. Poczucie bezpieczeństwa jest we mnie.
Przeszłość minęła. Jestem spokojna.
Trawię życie z łatwością. Trawię życie z łatwością. Trawię życie z łatwością.
Życie jest w zgodzie ze mną. Ufam życiu. Ufam procesowi życia. Jestem bezpieczna.
Swobodnie przyswajam to, co nowe, w każdej chwili, każdego dnia.
Wszystko dzieje się dobrze.
Jestem bezpieczna zawsze i wszędzie. Pozwalam  życiu swobodnie przepływać przeze mnie.
Prawo przyciągania wnosi tylko dobro do mojego życia.
Żyję w obfitym, kochającym i bezpiecznym wszechświecie i jestem wdzięczna.
Każdego dnia mam wszystko, czego potrzebuję.
Wszystko co potrzebuję wiedzieć jest mi objawione.
Radość łatwo i swobodnie przepływa przeze mnie i jestem w zgodzie z życiem.
Gdy uwalniam się od przeszłości, przychodzi do mnie to co nowe, świeże i żywotne.
Pozwalam życiu przepływać przeze mnie swobodnie.
Dobrobyt jest moim naturalnym stanem. Życie dba o mnie. Ufam życiu.
Cokolwiek jest mi potrzebne, realizuje się w sposób najbardziej dla mnie korzystny, dla najwyższego dobra mojego i wszystkich w to włączonych, w zgodzie z Wyższym Prawem.

Hawk!






















2 komentarze:

  1. problemy i trudnosci nas wzmaciaja i pobudzaja do dzialania a czasem nawet do zdecydowanych zmian w zyciu, moje doswiadczenia pokazuja ze zmina jest pozytywnym zjawiskiem

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się to, że rozumiesz sprawę posiadania materialnych dóbr w małej ilości przez co możesz być nie jako bardziej wolna w życiu i nie zależna aż tak od nich.

    OdpowiedzUsuń