piątek, 30 sierpnia 2013

WSZYSCY JESTEŚMY ŚWIATEM - Moje rozmowy z Bogiem



Wielokrotnie rozmawiałam z Bogiem o moim życiu, o tym jak ono wygląda, z czym jest mi trudno i jakiego życia pragnę.

Żeby było jasne – dla mnie Bóg to słowo odnoszące się do Potęgi Życia, Stwórczej Iskry, Energii czy też Esencji Stworzenia. Bóg to Wszystko Co Jest – Koniec i Początek. Bóg to TAO. Kosmos, Wszechświat, Natura; pyłek, ziarnko piasku, galaktyka i inne wszechświaty – to wszystko jest Bogiem. Ja i Ty również. Kiedyś pogniewałam się na słowo „BÓG”, ze względu na jego religijne sponiewieranie. Jednak zdążyłam się już z nim przeprosić. Zatem to słowo jest symbolem ABSOLUTU, którego ludzki umysł raczej nie jest w stanie pojąć.

Zatem – rozmawiałam z Bogiem i nieraz prosiłam o pomoc, o dodanie sił i wytrwałość w pokonywaniu trudności. Ufność w opiekę Opatrzności, podążanie w Duchu Tao i przełamywanie wewnętrznych oporów pozwoliły mi przejść przez wiele dramatycznych sytuacji. Upadałam i podnosiłam się. Były momenty kiedy kompletnie opadałam z sił, zdarzyło się że przed sobą widziałam już tylko ścianę. Zawsze jednak pojawiały się rozwiązania.

Całkiem niedawno, pomimo przejścia już tak długiej drogi i wydawało się – wychodzenia na prostą, uległam słabości i poczuciu beznadziei, załamałam się.

Ponownie porozmawiałam z Bogiem o moim życiu. O tym, że nie chcę już tego życia żyć, skoro pomimo starań i wysiłków nadal stoję w bezruchu. Moje działania nie przynoszą efektów, a ja czuję że marnuję swój potencjał. Powiedziałam, że jeśli moje życie ma dalej wyglądać tak jak obecnie, to ja już dziękuję, nie chcę i proszę mnie oddelegować w inne rejony, gdzie będzie ze mnie jakiś pożytek. Powiedziałam, że mam serdecznie dość życia wśród toksycznych ludzi, jacy ni jak ze mną nie harmonizują; że nie chcę wciąż martwić się o swój byt i o to, gdzie będę mieszkać; że mam dość bezdomności, samotności, łez i walki; że sytuacja przytłacza mnie i już więcej nie czuję się na siłach, by jej w pojedynkę podołać. Powiedziałam, że się poddaję i niech się dzieje co chce! Chciałam umrzeć. Oddałam się w ręce Stwórcy.

I stało się tak, że z tą decyzją w sobie szłam przez zalane wiosennym słońcem miasto. Rozglądałam się wokoło. Zauważałam, jak dużo piękna mnie otacza. Moje serce miękło. Czułam, że tak naprawdę w głębi siebie nie chcę tego opuszczać. Kolejny raz zrozumiałam, jak bardzo KOCHAM ŻYCIE! Stopniowo odpuszczałam podjętą z pełną zaciętością decyzję. Właściwie – decydowałam się oddalić ją w czasie, odsunąć na później. Dać szansę życiu i Bogu.

Zaczęłam ponownie werbalizować kształt mojego życia, jakim go CHCĘ.
Życie powinno być ciekawe, kreatywne, pełne ruchu. Soczyste i energetyczne – jak dojrzała pomarańcza. Wymarzyłam sobie pomarańczowe życie. Wizualizowałam je. Poczułam w sobie mocno. Wytworzyłam we własnym umyśle nowy wzorzec. I porozmawiałam o tym z Bogiem.

Właściwie – ponownie oddałam się Bogu. Postanowiłam przestać się wysilać i wciąż starać. Pozwoliłam, aby Życie o mnie zadbało. A ja popłynę z prądem. Do mnie należy pozostawanie w uważności, odbieranie sygnałów i znaków. Przyglądanie się temu, co dzieje się wokół mnie oraz wsłuchiwanie się w głos wewnętrzny i rozwijanie własnej Intuicji. Oraz – podejmowanie decyzji. Każdego dnia dokonuję wyborów i ponoszę ich konsekwencje. Zrozumiałam też, że - jak zwykle - każde wydarzenie ma sens i to co pozornie mi się nie udawało, w rzeczywistości działało na moją korzyść, abym w rezultacie zrozumiała czego NAPRAWDĘ chcę. Niekiedy potrzebuję jeszcze wyzbyć się ciągłego „A CO, JEŚLI…” i – zaryzykować.

No i właśnie nastał TEN moment – podejmuję na pozór ryzykowną decyzję. Wszystko dalej – będzie jej konsekwencją. Wygląda na to, że koło fortuny mocno się zakręciło.
Półtora miesiąca wstecz byłam przytłoczona własną sytuacją, mieszkając w warunkach jakie trudno mi było znieść, otoczona ciężkimi wibracjami myślałam, że nie wytrzymam. Przyjaciele podtrzymywali mnie na duchu. Rozmowy i świadomość, że „gdzieś, tam” jest ktoś życzliwy niezwykle pomagały. Miałam momenty poddawania się wewnętrznej rezygnacji, ale szczęśliwie potrafiłam z nich wyjść. Mówiłam o swoich trudnościach i potrzebach. Energia krążyła. Informacje przepływały i dotarły tam, gdzie powinny. Trafiłam do właściwych ludzi. WSZYSTKO JEST POŁĄCZONE, A MY WSZYSCY STANOWIMY ŚWIAT.

Jednego dnia siedziałam w ciemnej przestrzeni, następnego otworzyłam oczy i widziałam nad sobą jasne niebo. Sytuacja odmieniła się tak szybko i nagle, wprawiając mnie samą w radosne zdumienie. Przetrwałam burzę i zostałam wyprowadzona na zielone łąki. Trafiłam do pięknego domu, przyjęta przez życzliwych, otwartych ludzi. Z betonowego blokowiska do domu pod lasem. Ze ściskającej umysł atmosfery dysharmonii i konfliktu, do przestrzeni spokoju i wyciszenia.
Tak właśnie dzieje się, kiedy pomimo zawirowań i piętrzących się trudności człowiek potrafi nieść w sobie ufność i poddaje się biegowi wydarzeń. Jestem wdzięczna. Bardzo, bardzo wdzięczna losowi oraz ludziom na mojej drodze.

I oto -  kolejny zwrot!
Marzyły mi się podróże, wyjazd gdzieś hen, gdzie żyje się inaczej – dzieje się!
Nie mam pieniędzy ani swojego domu, a okazuje się że pomimo tego moje marzenia stopniowo realizują się!
Zaraz wyjeżdżam! Dzięki przyjaznym, życzliwym ludziom dostaję bilet na podróż i zaproszenie w dzikie Bieszczady! Witaj Przygodo!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz