Moja Droga na Południe - JESTEŚ OTOCZONA BEZWARUNKOWĄ MIŁOŚCIĄ



Życie szlifowało mnie jak jubiler diament, musiałam się zahartować. Odczuwałam samotność, niedostatek, brak domu. Trudno było mi czuć się księżniczką. A jednak pakując się w Bieszczady uprzedziłam Zbyszka, że jedzie do niego KSIĘŻNICZKA, aby przygotował się na osobę wymagającą i lubiącą wygody. Była to przewrotność z mojej strony, ponieważ pomimo zamiłowania do komfortu, potrafię przystosować się do różnorodnych warunków, a w tym momencie tęskniłam do bycia blisko natury. Ale Zbyszek podchwycił żart i od tego momentu tak właśnie do mnie się zwracał: Księżniczko. I było to nad wyraz miłe, uprzejme i połączone z dbałością o mnie.
Jednak absolutnie bezcenne były powtarzane przez niego słowa:
„JESTEŚ OTOCZONA BEZWARUNKOWĄ MIŁOŚCIĄ”
Powtarzał je, zapewniając mnie, że jestem bezpieczna.

Myślałam, że umiem przyjmować Dobro, jakie na mnie spływa. Przyszło mi skonfrontować moje „wydaje mi się” z realnymi sytuacjami i okazało się, że nie jest to takie oczywiste.






Tak długo byłam zdana sama na siebie, że odzwyczaiłam się od stałej obecności przy mnie drugiego człowieka – człowieka, który jest mi życzliwy i bezinteresownie dzieli się sobą i tym, co ma. Przekonałam się, że chociaż jestem otwarta i tak bardzo potrzebuję być otoczona ciepłem i troskliwością, to z trudem przychodzi mi przyjmowanie. Życie postawiło mnie w sytuacjach, pozwalających mi weryfikować własną gotowość i otwartość. Wyłoniły się moje obawy i zahamowania. Do głosu zaczęła dochodzić moja stara osobowość „Zosi-Samosi”, która chce sama sobie radzić ze wszystkim i pokazuje, jaka jest silna i zaradna. Ale do czasu… aż osłabnie. A wtedy wpada we frustrację i niezadowolenie, że wszystko musi robić sama. Tak było kiedyś. Postanowiłam to zmienić i wydawało mi się, że tak się stało. Zastanawiałam się jakie mechanizmy sprawiły, że reagowałam oporem na szczodrość i opiekuńczość, jakimi obdarzał mnie Zbyszek już od pierwszych chwil mojego pobytu w Bieszczadach. Być może bałam się zobowiązania, późniejszych oczekiwań, jakich mogłabym  nie mieć ochoty spełniać. Być może nauczona przez twarde życiowe realia, że MUSZĘ radzić sobie sama, podświadomie bałam się utracić kontrolę. A może… nie potrafiłam UWIERZYĆ, że może jeszcze spływać na mnie TAKIE BEZINTERESOWNE DOBRO ze strony drugiego człowieka. Miałam już do czynienia z ludźmi oferującymi chęć pomocy i wsparcia, którzy kreowali się na bardzo życzliwych, pełnych zrozumienia, a po jakimś czasie ich bezinteresowność okazywała się pozorna, na jaw wychodziły ukryte oczekiwania. Myślę, że takie doświadczenia wyczuliły mnie, każąc powstrzymać naiwne przyjmowanie wszystkiego za dobrą monetę, czego efektem mógł stać się mur sceptycyzmu.

W efekcie godziłam w sobie dwa aspekty – zachowywałam pewien dystans, dbając o swoją przestrzeń, równocześnie cieszyłam się każdą chwilą i z wdzięcznością przyjmowałam to, co do mnie przychodziło. A chodząc po bieszczadzkich łąkach, oddychając tamtym powietrzem czułam wyraźną opiekę sił wyższych i otaczającą mnie Wszech-Miłość. To uczucie nasiliło się w dalszej części mojej Podróży.



Komentarze