poniedziałek, 6 stycznia 2014

Moja Droga na Południe - WSZYSTKO UKŁADA SIĘ NA WŁAŚCIWE MIEJSCE I SPEŁNIAJĄ SIĘ MARZENIA




Doprawdy im mniej planuję, tym więcej się wydarza. Im mniej oczekuję, tym większa obfitość na mnie spływa. Synchroniczność wszechświata dba o przepływ i harmonię. Potrzeby są realizowane.

W sobotę późnym wieczorem Jan odwiózł nas do pensjonatu Pokoje Pod Różą, przy Rynku w Ciężkowicach. Rozgościliśmy się i przed zaśnięciem jeszcze chwilę spędziliśmy w ogrodzie przed domem, wdychając świeżość wieczornego powietrza, pachnącego aromatem letnich kwiatów.

Niedziela. Małe miasteczko staje się ciche. Ciszę przerywają dźwięki muzyki. Nasłuchuję… Czyżby i tutaj orkiestra grała na ulicach? Wychodzimy na wycieczkę do Kamiennego Miasta. Idziemy, a ja rozglądam się za źródłem muzyki. Po drodze okazuje się, że w remizie strażackiej odbywa się próba orkiestry. Dzień jest ciepły, słońce zalewa okolicę światłem. Jest tak radośnie, lekko, wakacyjnie. Ta wycieczka nie jest jednak długa. Choć leśny, urozmaicony teren zachęcał do łazikowania a głazy i kamienie wydawały się ciekawe i intrygujące, źle poczułam się w tym miejscu i chciałam je czym prędzej opuścić.
Kiedy wracamy z Kamiennego Miasta próba orkiestry wciąż trwa. Muzyka nas prowadzi.
Prowadzą nas również wydarzenia. Okazuje się bowiem, że w Pokoju Pod Różą możemy zostać jeszcze tylko jedną noc, a nie – jak planowaliśmy – dwie, o czym zawiadomiła nas właścicielka. Na razie nie wiemy co dalej, ale wygląda na to, że powrót do Warszawy zamiast we wtorek, może nastąpić już w poniedziałek.



Ale póki co jest niedziela i postanawiamy zrobić sobie wycieczkę w górę, do wyżej położonych siedlisk Ciężkowic. Chcemy pójść do lasu na grzyby i odwiedzić przyjaciół Zbyszka. Przed nami kilka kilometrów drogą pod górę. Pogoda dopisuje i robi się coraz cieplej. Nie jestem wprawnym piechurem, jednak trzymam się dzielnie. Tego dnia zrobię w sumie jakieś piętnaście kilometrów. Dla mnie to radosne osiągnięcie. Jeszcze całkiem niedawno obawiałam się, że już nie będę w stanie biegać, a tym bardziej wspinać się pod górę. Po moich przejściach zdrowotnych i stanach wyczerpania tak silnego, że przygotowanie sobie śniadania stanowiło wyzwanie, a przez pół doby ciało potrzebowało spać, momentami nie wierzyłam, że jeszcze coś ze mnie będzie. A jednak. Chodzę, truchtam i to coraz lepiej. Przekonałam się już kilkakrotnie, że to stany umysłu zawiadują moim samopoczuciem i kondycją organizmu, a główną przyczynę chorób stanowią emocje i kiepski stan psychiczny. Kiedy przebywam wśród odpowiednich ludzi, w przyjaznym mi otoczeniu, a zwłaszcza gdy mam przestrzeń i bliskość Natury, wówczas moja kondycja poprawia się, czuję w sobie witalną energię i zwyczajnie CHCE MI SIĘ ŻYĆ!


Grzybów znaleźliśmy zaledwie garść, ale w nagrodę trafiliśmy na leśną jabłonkę, która obrodziła tak obficie, że jej gałęzie aż się uginały. Zebraliśmy całą torbę smakowitych owoców i udaliśmy się z wizytą do Ani i Janusza. Ich gospodarstwo jest malowniczo położone i czułam się tam wspaniale. Spotkałam się z serdeczną gościną ludzi o otwartych sercach. Mieliśmy tam zajrzeć dosłownie na chwilę, a zabawiliśmy dobrych kilka godzin. CUDOWNIE JEST SPOTYKAĆ TAKICH LUDZI. I już do nich tęsknię!


Czułam się, jakbym odwiedziła starych znajomych. Rozmawialiśmy swobodnie na różne tematy, zwłaszcza te które szczególnie mnie interesują, a które rzadko znajdują zainteresowanie i zrozumienie u innych. Trafiłam do ludzi żyjących blisko Natury, którym sprawy duchowe i – nazwijmy to - kosmiczne, są bliskie. W trakcie rozmowy w naturalny sposób pojawiła się kwestia naszego noclegu w pensjonacie i konieczności wcześniejszego powrotu. I cóż się okazało? Otóż całkiem „przypadkiem” Ania i Janusz wybierali się następnego dnia do Krakowa. Zaproponowali, że nas zabiorą ze sobą samochodem, a z Krakowa do Warszawy wygodnie możemy pojechać pociągiem.
Och jej! Moje oczy rozbłysły radosnymi iskierkami! Kraków! Tak długo marzył mi się pobyt w Krakowie! A tu taka koincydencja! Popatrzyłam na Zbyszka i bez wahania zapytałam, czy w takiej sytuacji moglibyśmy choć na dzień-dwa zatrzymać się i pochodzić po Krakowie!?
Zbyszek nie wzbraniał się, ale właściwie nie zdążył za wiele odpowiedzieć, ponieważ Ania zaraz zaproponowała:
- Możecie zatrzymać się w naszym mieszkaniu w Krakowie. Akurat nikogo tam nie ma, jest wolne do końca tygodnia. I przy samych Plantach.
Gdyby ktoś mógł w tym momencie sfotografować moją twarz, moją minę, mój zachwyt i moje pytające spojrzenie skierowane na Zbyszka… I tak wielkie NIEDOWIERZANIE. Czy to DZIEJE SIĘ NAPRAWDĘ, czy może ja śnię?!
Taka synchroniczność zdarzeń, która znowu się powtarza. Czy to nie jest Cu-do-wne?
Zbyszek bez wahania przyjął to, co życie samo podsuwało.

Za zdjęcie dziękuję Zbyszkowi.


Tymczasem słońce chyliło się ku zachodowi. Żegnaliśmy się wiedząc już,  że nazajutrz spotkamy się ponownie i wyruszymy we wspólną podróż do Krakowa. Jednak ten dzień jeszcze się nie skończył. Chociaż powoli zapadał wieczór, my podążaliśmy z wizytą do Jana Gabriela i Bożenki. Zawitaliśmy do ich ciepłego domu, gdzie mogłam ugotować kolację. Jana grzybobranie okazało się udane. W piecu dogasał ogień, po sieni roznosił się aromat suszonych grzybów. Dobrze było usiąść przy stole i odczuwać tuż obok wibrującą energię, przepływającą przez Jana. Nieoczekiwana życzliwość i ciepło spłynęły na mnie również ze strony goszczącej tam właśnie mamy Bożenki. To wszystko naprawdę było niesamowite. Poczułam się dotknięta przez dwie na swój sposób wyjątkowo bliskie mi dusze.
Kiedy opuszczaliśmy dom Jana, na zewnątrz panowała już noc. Przed nami kilka kilometrów marszu. W całkowitych ciemnościach szliśmy przez las. Było tak ciemno, że nie widziałam gdzie stąpam. Nadałam jednak takie tempo, że mało nóg nie pogubiłam. Dookoła las, zapewne pełen dzikich zwierząt i nie wiadomo czego jeszcze… trzymałam Zbyszka za rękę i kazałam mu oświetlać ścieżkę komórką… i cały czas coś gadałam, żeby tylko przypadkiem nie usłyszeć jakichś tajemniczych odgłosów z lasu… Umysł usiłował podsuwać mi obrazy, wywołujące strach, jednak nie pozwoliłam im się rozwijać. Odczuwałam pewien niepokój, ale równocześnie wiedziałam, że nic złego stać się nam nie może oraz czułam, że przechodzę coś w rodzaju testu… cóż, w rzeczy samej cała ta podróż – wpierw na południe, później na północ – była z jednej strony magicznym spełnianiem marzeń, lecz z drugiej wystawianiem mnie na próby i ciągłym pokonywaniem trudności; byłam obdarowywana niespodziankami i prezentami, a równolegle wykonywałam konkretną wewnętrzną, duchową pracę.

To był wspaniały, wyjątkowy a także intensywny dzień.
Tak naprawdę każdy dzień jest wyjątkowy.
Synchroniczność działa w życiu każdego, jeśli tylko jest się otwartym i gotowym, aby ją przyjmować.
Cuda dzieją się każdego dnia – wystarczy je dostrzec.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz