czwartek, 19 grudnia 2013

Moja Droga na Południe - Bieszczady: NIEOCZEKIWANA ZMIANA MIEJSC i SPEŁNIANIE MARZEŃ




NOWY KIERUNEK

Kiedy następuje nieoczekiwana zmiana planów, znaczy to, że coś jest na rzeczy, a życie szykuje znacznie lepszy plan.

Wybieraliśmy się na cały dzień do Sanoka. Rano zadzwonił telefon. Henio przepraszając zawiadomił, że trzeba będzie wcześniej zwolnić miejsce w domu. Z trzech-czterech tygodni zrobił się tydzień. Zostały nam jeszcze trzy dni. Trochę przykro będzie tak szybko opuszczać to urokliwe miejsce. Zastanawialiśmy się więc – co dalej? Zbyszek już wcześniej proponował wyjazd nad morze w październiku, więc teraz stwierdził, że w takim razie nad morze pojedziemy wcześniej, jeszcze we wrześniu. Ale chcieliśmy zostać tutaj choć kilka dni. Siedząc w autobusie do Sanoka rozpatrywaliśmy różne możliwości. – A może moglibyśmy pojechać do Jana? – zapytałam z błyskiem w oku. – Zapraszali wspólnie z Bożenką i właśnie jest okazja. Zadzwoń, zapytaj czy ten weekend to odpowiedni moment. Moglibyśmy spędzić tam dwa-trzy dni.

Nikt chyba nie spodziewał się takiego obrotu spraw, tak szybko dziejących się zdarzeń, które SAME wskazują KIERUNEK.

Tymczasem dojeżdżaliśmy do Sanoka. Pierwszy punkt wyprawy: fryzjer!
Po pięciu dniach bez mycia głowy marzyłam wprost o porządnym odświeżeniu. Sanok był nadzieją na ratunek! Niczego dokładnie nie zaplanowałam, nie wiedziałam gdzie są salony fryzjerskie i czy trzeba się umawiać. Wiedziałam, że wszystko będzie do siebie pasowało. Niedaleko dworca wypatrzyłam nieduży salonik. Wewnątrz miło, czysto, przyjemnie. Młoda uśmiechnięta dziewczyna. Okazało się, że owszem zapisy obowiązują, ale właśnie za 10 minut ma przerwę półgodzinną i zdąży mnie obsłużyć. Cudownie! Rozgościłam się więc w ratanowym fotelu, a Zbyszek poszedł po swoje ulubione bułki z czekoladą.
Cóż to była za przyjemność, cóż za ulga! Głowa umyta, włosy elegancko uczesane. Byłam „jak nowa”. A nawet więcej – poczułam się znowu jak Księżniczka, kiedy wyciągając portfel dowiedziałam się, że już jest zapłacone. A to był dopiero początek przyjemności tego dnia.

 WAŻKA

Wspinaliśmy się stromą ulicą w kierunku Rynku. Załatwialiśmy różne sprawunki, a ja rozglądałam się, ciesząc oczy nowym miejscem. Wiem, że mogę się powtarzać, jednak taka właśnie jest prawda – każda zmiana miejsca, nowe okoliczności w trakcie tej Podróży wywoływały we mnie radość z otwierających się nowych możliwości, z samego podróżowania. Przyglądałam się, obserwowałam i wciąż, wciąż odczuwałam Wdzięczność. Zmiany następowały w takim tempie, że momentami trudno było mi nadążyć.


Sanok, Restauracja "Stary Kredens"


Chcieliśmy zjeść obiad w jakimś miłym miejscu. Jeszcze w Warszawie szukałam przez internet wegańskich miejsc w Sanoku, niestety nie znalazłam. Zbyszek poddał się więc moim wyborom, ja poddałam się Prowadzeniu. I zaprowadziłam nas niedaleko Rynku. Restauracja ”Stary Kredens” uczestniczyła kiedyś w programie Magdy Gessler: „Kuchenne rewolucje”. W sumie niewiele o tym programie wiem, ale pomyślałam, że jest szansa na dobrą kuchnię. Niestety karta dań rozczarowała mnie. Nie znalazłam potraw wegańskich. Pewnie były jakieś pierogi, ale ja nie jem pszenicy. Sałatki albo z mięsem, albo z serem, a tak naprawdę chciało mi się czegoś ciepłego. Miałam też przemożną chęć na dobrą kawę, konkretnie na cappuccino. Wydawało mi się, że po rewolucjach bywającej w świecie Pani Gessler,  z mlekiem sojowym nie będzie tutaj kłopotu. Z uśmiechem na twarzy poprosiłam więc o duże cappuccino na sojowym mleku i… usłyszałam, że takiego nie ma.
Ale… Pani Kelnerka zaproponowała, że jeśli tylko zechcę poczekać, to ktoś zaraz pobiegnie do sklepu i jeśli tylko taki produkt jest na półce, kupi i kawa będzie przygotowana. Może to jednak trochę potrwać. Byłam mile zaskoczona postawą Kelnerki. To się nazywa profesjonalne podejście do klienta i dbanie o PR. Na tym jednak nie koniec. Chciałam przecież coś przekąsić. Z nieco smutną miną zauważyłam, że nie widzę dla siebie potrawy – wegańskiej i bezglutenowej. A tu kolejne zaskoczenie – dziewczyna uprzejmie zwróciła moją uwagę na sałatę z owocami oraz poleciła specjalność kuchni (nie figurującą w menu) – ziemniaczane kluski w sosie pieczarkowym. Zrobiła to w tak zachęcający sposób, że rozbudziła mój apetyt i ciekawość. Sos miał być przygotowany na bazie sojowego mleka, które po pewnym czasie oczekiwania pojawiło się w kuchni oraz w mojej filiżance kawy.
Przyznam – byłam pod wrażeniem. Nie lokalu, ponieważ nie gustuję akurat w takim wystroju i klimacie, ale pod wrażeniem postawy tej naprawdę uprzejmej, miłej, pozytywnej osoby a także tego, co ostatecznie zostało mi zaserwowane.
Sałatka wyglądała uroczo i była naprawdę smaczna.
Kluski przeszły moje oczekiwania. To była wegańska wersja popularnych kartaczy z mięsem.
Chociaż nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć jaki dokładnie był farsz, to wiem, że całość była przepyszna i dla mnie wyjątkowa, ponieważ takich potraw sama nie przyrządzam. Zjedliśmy na spółkę sałatkę i kluski. Zbyszek dopełnił deserem. Byliśmy nasyceni.
Mogę zatem na tej podstawie polecić „Stary Kredens” w Sanoku.
Był jeszcze jeden element, który wywarł na mnie wrażenie i wciąż przykuwał mój wzrok – przepiękny, kolorowy tatuaż na wierzchu stopy Pani Kelnerki. Tatuaż w kształcie ważki. Jego właścicielka powiedziała, że to dla niej ważny symbol, oznaczający nieśmiertelność.
Dla mnie z kolei ważka jest symbolem przestrzeni i wolności. I pojawiła się ponownie, ale już nad morzem.


OKULARY

Nakarmieni i ukontentowani pobytem w sanockiej restauracji schodziliśmy w dół miasteczka. Po drodze wstąpiliśmy do salonu optycznego, gdzie Zbyszek zdążył już wcześniej zawiązać dobre relacje, zamawiając dla siebie nowe okulary. Zachwalał kontakt z właścicielką, wybór, dobór i korzystne ceny, sporo odbiegające od warszawskich. Rzeczywiście, dużo nie przesadził. No ale co my tam robimy, skoro Zbyszek już zakupu dla siebie dokonał? Ano, właśnie. Tym razem postanowił zadbać o mnie i moje oczy, którym posiadane dotychczas szkła nie pozwalały na komfortowe czytanie, wzrok męczył się, a przestudiowanie małych etykiet na produktach nie wchodziło w grę. Od dłuższego czasu czułam potrzebę zapewnienia sobie nowych okularów, ale… nie było takiej możliwości. A tu ponownie zostałam otoczona niemalże ojcowską opieką i ani się obejrzałam, jak przymierzałam kolejne oprawki, a po chwili miałam już mierzony wzrok, by dwa dni później odebrać gotowe nowiusieńkie okulary! Spełniają się nie tylko marzenia, ale również potrzeby. Cieszyłam się jak dziecko! A przede wszystkim, mogłam znowu swobodnie czytać książki, a nawet informacje zapisane małym druczkiem… I chwilami, odpływając w świat za zasłoną, zastanawiałam się - czy to Zbyszek, czy może poprzez niego mój ukochany Dziadziuś Teoś tak o mnie dba, troszczy się i otacza mnie miłością, której potrzebuję…

CO DALEJ?

Po dniu pełnym wrażeń wracaliśmy autobusem  w góry.
Zbyszek nawiązał wreszcie kontakt z Janem. No cóż… okazało się, że… jedziemy do Jana!
Inne sprawy ułożyły się tak, że ten weekend był doskonałym momentem na odwiedziny. Znowu wszystko się synchronizowało – przymusowy wcześniejszy wyjazd z Bieszczad wymusił zmianę planów, a życie wskazywało kierunek. Rzeczy same dzieją się, a moje kolejne marzenie się spełniało. Już za dwa dni czekała mnie podróż do Ciężkowic, do domu Jana Gabriela.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz