poniedziałek, 16 grudnia 2013

Moja Droga na Południe - Bieszczady: TRANSFORMACJE ŻYWIENIOWE czyli człowiek w procesie


Po wizycie Jana i Bożenki pozostały ciepłe odczucia oraz kaszanka. Tak, kaszanka. No, nie tylko. Również cukinie, pomidory i ogórki z ogródka, świeże zioła, przyprawy, żytni chleb na zakwasie, słowem – dary obfitości. Ale tylko ten jeden zaczął stwarzać PROBLEM. Kaszanka była z pewnością wyborna, domowej roboty, przywieziona od Bożenki specjalnie dla Zbyszka. Bożenka wiedziała, że ja odżywiam się wegańsko. Ale Zbyszek był wszystkożerny, jak sam o sobie mówił. Tylko że… no właśnie. Coś się zaczęło zmieniać od mojego przyjazdu. Nie wtrącałam się w cudze wybory żywieniowe, uważam że każdy odpowiada za siebie. Jednak szczerze ze sobą rozmawialiśmy. Wiedziałam, że przy Zbyszku mogę w naturalny sposób dzielić się swoją wiedzą i mówić, dlaczego ja poszłam właśnie taką drogą. A Zbyszek miał uszy szeroko otwarte i SŁUCHAŁ. I potakiwał. Mówił, że już lata wstecz przymierzał się do wegetarianizmu, ale okoliczności sprawiły, że nie miał w sobie determinacji. On czuł i ja czułam, że coś się w nim kotłuje, narastają wątpliwości co do obecnych w jego życiu przyzwyczajeń. Patrzył na tę sprezentowaną kaszankę i miał wyraz twarzy pokazujący, że zupełnie nie ma ochoty mieć z nią bliskiej styczności. Odnosiłam wrażenie, że raczej go mdli. Zaczął mówić o zwierzętach: - To przecież są nasi Bracia Mniejsi.
Po czym padły z jego ust słowa, które mnie samą zaskoczyły: - Nie chcę robić cmentarza z mojego ciała.


Widziałam, że jest w rozterce. Obserwowałam falę, przepływającą przez jego umysł i ciało. Ewidentnie NIE CHCIAŁ JEŚĆ tej kaszanki. Równocześnie miał wyrzuty względem Bożenki. – Zrobisz, co uważasz. – mówiłam. Póki co kaszanka zimowała na tarasie. Nad ranem bywało pięć stopni poniżej zera, więc zimowała dosłownie.
Tak się złożyło, że dwa dni później przyjechali kolejni goście, znajomi Henia. Dwoje młodych ludzi, jak najbardziej wszystkożernych. Wieczorem dom wypełnił się zapachem ciała kurczaka przypalonego na grillu. No cóż, nie powiem żebym była tym zachwycona. Ale, o dziwo, również Zbyszek miał wykrzywioną minę. Jednak goście zdawali się być odpowiedzią na sytuację – zostali obdarowani domową kaszanką!
Koniec końców Zbyszkowi ulżyło. Kaszanka została spożyta. A w naszych rozmowach coraz częściej pojawiały się kwestie, dotyczące odżywiania wegan. Odpowiadałam na pytania, opowiadałam o zmianach, jakie stopniowo zachodziły we mnie, a mój rozmówca coraz częściej stwierdzał, że JEST W PROCESIE. Bo też nie każdy od razu staje się weganinem. Do swojego organizmu dobrze jest odnosić się z uważnością i wyrozumiałością, słuchać czego mu potrzeba. Mój rozmówca póki co konsekwentnie nie tykał mięsa i sam zauważył, że ryby to też zwierzęta. Nie był to jednak dla niego moment na odstawienie ulubionych jogurtów czy drożdżówek na bazie jajek, ale wykazywał duże zainteresowanie nowymi smakami. Dalsze wydarzenia niespodziewanie poprowadziły nas ku wyjątkowym doznaniom kulinarnym.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz