Moja Droga na Północ – PRZYWITANIE Z MORZEM




POCZĄTEK DRUGIEJ FAZY WRZEŚNIOWEJ WYPRAWY

Minęła połowa września. Za nami Bieszczady, Ciężkowice i Kraków. Po kilkudniowym, z resztą dość intensywnym pobycie w Warszawie, wcześnie rano wyruszyliśmy pociągiem do Gdańska. Byłam podekscytowana nowym kierunkiem podróży, a w zasadzie samą Podróżą. I w zasadzie nie powinno mnie samej dziwić własne zamiłowanie do podróżowania różnego rodzaju, skoro zgodnie z Kalendarzem Majów urodziłam się na Fali Wędrowca…

Przed południem gościliśmy już u znajomych Zbyszka, na gdańskiej Morenie. Poznaję nowych ludzi i jak zwykle nie są to spotkania przypadkowe. Chociaż nie potrafię zobaczyć konkretnej historii, która nas łączy, czuję to i wiem, że ona istnieje. Poza jednym znanym nam tu i teraz faktem – również i oni pozostają w kontakcie z Janem Gabrielem. Przede wszystkim ze względu na chorobę naszego Gospodarza.

Po mile spędzonym dniu, wieczorem zajechaliśmy na Wyspę Sobieszewską, gdzie zarezerwowaliśmy domek pod samym lasem. Zależało nam na miejscu cichym, spokojnym, z dala od miasta, blisko natury, z dobrą komunikacją do samego Gdańska. Miało być przestronnie, wygodnie, domowo a nie hotelowo, z kuchnią i możliwością gotowania. Zależało nam na terenach na długie spacery do lasu i nad morze oczywiście. Mieliśmy też zmieścić się w ustalonej, sensownej kwocie. Wiedziałam, że znajdę dzięki Internetowi dokładnie to, czego potrzebujemy. I stało się tak szybciej, niż przypuszczałam. Decyzja zapadła natychmiast. Wystarczyły pozytywne opinie gości oraz bardzo miła rozmowa telefoniczna z właścicielką Amber Apartamentów. Dzięki temu, że było już po sezonie oraz deklarowanemu przez nas dłuższemu pobytowi wynegocjowałam korzystne stawki. Zbyszek – fundator pobytu – zaufał moim wyborom i był bardzo zadowolony. W domku mieliśmy wszystko, czego nam było potrzeba, a tuż obok lasy i piękną drogę do plaży. Ponieważ przyjechaliśmy nad morze zarówno dla odpoczynku, jak i dla pracy koncepcyjnej, potrzebowaliśmy do tego odpowiednich warunków. To było dla nas idealne miejsce.




PRZYWITANIE Z MORZEM


Jestem zachwycona miejscem, do którego przybyliśmy. Obiecany wysoki standard nie jest fikcją marketingową. Domek jest ładny, zadbany, wewnątrz czysto i miło. Jest kuchnia z wyposażeniem, jest stół do biesiadowania i do pracy. I sypialnia do mojej dyspozycji! No cóż, zaanektowałam ją natychmiast. Zbyszek musiał zadowolić się wersalką w dziennym pokoju. Nie wiem czy ktoś, kto sam tego nie doświadczył, jest w stanie zrozumieć mój zachwyt, moje szczęście i wdzięczność spowodowane łóżkiem. Tak, łóżkiem. Długim, szerokim, wygodnym, a na nim cieplutka miękka kołdra i poduszka. Dla mnie to było wspaniałe! Kiedy jeszcze miałam własny dom, byłam przyzwyczajona do spania w takich warunkach. A potem to się zmieniło i przyszło mi dostosować się do tego, co było tam, gdzie akurat „wylądowałam”. Zaakceptowałam legowiska takimi, jakie były mi dostępne i cieszyłam się, że są. Teraz przyszło mi poczuć różnicę, podobnie jak wcześniej u Jana oraz w Krakowie.

Tam, blisko lasu i morza najczęściej spało mi się świetnie. Kiedy budziłam się rano było mi tak dobrze, że nie miałam ochoty opuszczać pościeli. Mogłam czuć się swobodnie, nic mnie nie poganiało, poza własną chęcią, aby znaleźć się na świeżym powietrzu lub usiąść do pisania.


Nie wiem czy potrafię opisać, jak wielkim duchowym przeżyciem stało się dla mnie  moje przywitanie z morzem, z tą niekończącą się przestrzenią i wolnością, do której bardzo tęskniłam. Sama nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo, dopóki tam się nie znalazłam.
Wybrałam się na samotny spacer przez las, w stronę plaży, aby móc swobodnie celebrować te wyjątkowe dla mnie chwile. Szłam pomiędzy wielkimi drzewami. Im bardziej zbliżałam się do celu, tym głośniejszy słyszałam odgłos morza a moje wzruszenie przybierało na sile. Być może dla Ciebie zabrzmi to śmiesznie (i zdaję sobie sprawę, że trudno to zrozumieć nie mając takich przeżyć), jednak czułam się trochę jak żołnierze z polskich filmów o czasach wojny, którzy po długiej wędrówce wbiegali na nadmorski piasek, padając na kolana ze łzami w oczach. Ze mną było bardzo podobnie.
Przybyłam jako strudzony Wędrowiec, który nie raz tracił nadzieję, że dożyje TEGO MOMENTU. Przepełniało mnie wzruszenie, doznawałam wewnętrznych uniesień, przeżywałam zachwyt, niedowierzanie, radość nie do opisania. Śmiałam się i płakałam. Z sercem przepełnionym Wdzięcznością padłam na kolana, dotykając piasku. Wiatr mnie owiewał, a ja ściągnęłam buty i bosymi stopami szłam brzegiem morza, mocząc je w zimnej wodzie. To była prawdziwa komunia z morzem.
DZIĘKUJĘ TOBIE Zbyszku, że mogłam tego doświadczyć.

Chociaż podczas mojej długiej wędrówki bywały chwile zwątpienia i pojawiało się poczucie bezsilności, to jednak w głębi siebie, w zakotwiczonej we mnie Istocie Miłości zawsze obecna była UFNOŚĆ. I nie wiara, ani nie nadzieja, a właśnie UFNOŚĆ prowadziła mnie i pozwalała pokonać lęki i poddać się Prowadzeniu. Natomiast uwierzyć, a może właściwiej – poczuć i przekonać się – musiałam o tym, że JA WIEM. Wewnątrz siebie WIEM, co jest dla mnie słuszne, dobre i właściwe, i tego postanowiłam się trzymać. Robić to, do czego mam przekonanie i już nigdy nie działać wbrew sobie. Jednak nie uniknęłam trudnych wyborów, kiedy przychodziło mi mocno wyważać racje... albo kiedy trzeba było puścić wszystko, wszelkie przekonania... ale to już inna historia.






SARNY I JELENIE

Kolejny dzień również obdarował mnie wyjątkowym wydarzeniem. Kiedy chodziłam po lesie rozglądając się za grzybami, nagle całkiem z zaskoczenia zza moich pleców, tuż obok mnie wyskoczyła piękna, duża sarna, a może to był daniel… Oniemiałam. Szum morza był na tyle głośny, że nie mogłam wcześniej usłyszeć nadbiegającego zwierzęcia. Widziałam jak zgrabnymi susami oddala się spokojnie, pozwalając jeszcze przez chwilę się obserwować. Jakieś trzy miesiące wcześniej podobna sytuacja spotkała mnie w Lesie Kabackim, na obrzeżach Warszawy. Było to również niecodzienne wydarzenie. Znajdowałam się blisko ludzkich siedlisk. Szłam wówczas drogą, na której co chwilę kogoś spotykałam – utarty szlak. W pewnym momencie byłam zupełnie sama, a w odległości może 150 metrów ode mnie niespiesznym krokiem przeszedł przez tę ścieżkę wspaniały jeleń. Spokojnie przemieścił się na drugą stronę. Mogłam się jemu swobodnie przyglądać i widziałam go jeszcze pomiędzy drzewami, kiedy osłupiała stałam starając się zrozumieć, co właśnie mnie spotyka. Rozglądałam się wokoło, ale byłam tam tylko ja. I to dostojne zwierzę o wspaniałym porożu. Znajomi mieszkający w pobliżu przyznali, że miałam wyjątkowe szczęście, aby w biały dzień tak blisko domostw spotkać się z królem lasu. I chyba coś w tym jest, ponieważ później wielokrotnie chodziłam po kabackim lesie, a taka sytuacja już się nie powtórzyła.



WOLNOŚĆ

Pogoda naprawdę była dla nas łaskawa. Przez większą część naszego pobytu było ciepło i słonecznie. Bywało też zmiennie – słońce nagle chowało się za chmurami, zrywał się wiatr, padał deszcz, a nawet grad. Po czym znowu wychodziło piękne słońce. Grzyby w lesie miały dobre warunki wzrostu. A ja miałam wręcz wspaniałe warunki, aby czuć WOLNOŚĆ.
Kiedy szłam lub biegłam przez las, wdychałam jego zapach, chłonęłam energię drzew i zieleń. Kiedy wychodziłam na nadmorski piasek, otwierała się przede mną wielka przestrzeń, wielki błękit. Oddychałam tą nieograniczoną przestrzenią, otwierałam się na powiewy wiatru, łykałam wolność i tętniące energią życie wypełniało mnie całą. Dźwięki fal uderzających o brzeg wprowadzały mnie w rodzaj uspokajającego transu. Ale również odczuwałam napływy ekstatycznej radości. Cieszyłam się jak dziecko, czułam w sobie wolną Istotę. A słowo „DZIĘKUJĘ” stale było obecne w mojej głowie.

Pamiętam moment, kiedy chodząc boso po tonącej w słońcu plaży śmiałam się w głos, podskakiwałam, unosiłam w górę ręce w geście wdzięczności, a mój umysł przywołał obraz Mapy Marzeń, jaką wykonałam kilka lat wstecz. Umieściłam na niej zdjęcie kobiety, do której tam na plaży, w tym właśnie momencie byłam łudząco podobna. Co ciekawe – tworząc mapę byłam długowłosą blondynką i zdjęcia takich kobiet zamieściłam na mapie. Tylko jedno było inne. Z jakiegoś powodu wówczas przyciągnęło moją uwagę. Kobieta na nim miała krótkie ciemne włosy, w jasnym lekkim stroju stała nad brzegiem morza, roześmiana unosiła ręce ku słońcu… Dostrzegłam w tej fotografii, a raczej w tej scenie - siebie. To ja po transformacji. Nowa ja. Inna. Radosna, szczęśliwa, wolna. Moje marzenia stopniowo realizują  się. Pora na następne.

Za zdjęcie dziękuję Zbyszkowi.



Komentarze