czwartek, 23 lutego 2017

TAK BARDZO CIĘ KOCHAM






DZIENNIKI          23.02.2017

TAK BARDZO CIĘ KOCHAM


Oddaliłaś się – powiedziałam w myślach do Adel.
Wszyscy się oddalili…
Nie - skonstatowałam pół sekundy później.  - To ja przybliżyłam się do siebie.

Kocham Cię Lulu. Tak bardzo Ciebie Kocham.

Kocham drogę, którą przeszłaś.
Kocham drogę, którą podążasz.
Kocham Ciebie taką, jaka jesteś. Po prostu. Ze wszystkim.
Dziękuję ci za to Życie tutaj. Dziękuję, że dałaś radę.
I dajesz.

Dziękuję za ciszę i spokój. Za ciepły, bezpieczny Dom.
Dziękuję za przyjaznych ludzi w moim życiu.
Dziękuję za Muzykę. Dziękuję za Miłość, którą niosę w sobie.

Dziękuję za wewnętrzne porozumienie, za akceptację i odpuszczenie.
Dziękuję za piękno. Za dzień i noc.
I śpiew ptaków za oknem.

Dziękuję za rześki poranek i wiatr we włosach.
Za uśmiech na twarzy.

Za Julię, Dagę i Bronka. Za synchroniczność zdarzeń.
Za przepływ.

Dziękuję, że jestem.

Kocham cię, Lulu.

Tak bardzo cię kocham.





23.02.2017

Mam szacunek i Miłość dla Ciebie, Twojej życiowej Drogi, Twojego Macierzyństwa, Twojej Kobiecości, Twojego Małżeństwa i jego kresu.


TAK CIĘ KOCHAM

Chodź, usiądź ze mną, Córeczko
Chcę chociaż przez chwilę być Twoją mateczką
Pozwól, niech chwycę w swoje, Twoje dłonie
Niech zetkną się na moment nasze ciepłe skronie

Pozwól na ten przepływ z myśli i od serca

Tak Cię Kocham
Tak Cię Kocham

Tak niewiele wiemy, co nam w duszy gra
Nie znamy emocji, które nas prowadzą
Ty masz swoje i swoje mam ja
Dwa światy, życia dwa

Chciałam lecz nie mogłam
Wiedzieć, co naprawdę przeżywasz
Prawa nie miałam by się wtrącać
Wszystko bym zrobiła
Lecz…

Nie mogłam
Nie mogłam

Tak pragnęłam, by się układało
A to było całkiem nie-możliwe
Ty masz swoją Drogę
I swoją musiałam iść ja

Niech popłynie energia
Niech otworzą się serca
Tak Cię Kocham
Tak Cię Kocham

A Miłość to jest Wolność
To uszanowanie
Szacunek dla życia, drogi i wyborów na niej

Tak Cię Kocham



Dla Dag














poniedziałek, 20 lutego 2017

OBRAZ ŚWIATA. DZIENNIKI – LUTY 2017






Dzienniki to zbiór przemyśleń, refleksji, obserwacji, wglądów, wizji. Mój intymny świat. moje rozumienie rzeczy w Tu i Teraz.

19.02.2017 niedziela


ŻADNE SPOTKANIE NIE JEST PRZYPADKOWE.
KAŻDE ZDARZENIE WYNIKA Z POTRZEBY JEGO ZAISTNIENIA.

Kolejne spotkanie. Kolejna rozmowa. Kobieta naprzeciwko mnie. Mówi. Opowiada. Uśmiecha się. Jest pewna siebie i swego celu. Obraz sytuacji odsłania częściowo. Pozostawia niedomówienia. Dają do myślenia.
Chodzi o pracę i jej warunki.

Dla mnie to kolejny element układanki do zbieranego przeze mnie OBRAZU ŚWIATA współczesnych relacji między ludźmi, w tym zależności pomiędzy pracę dającym, a pracę wykonującym. Obserwuję. Staram się zaglądać głębiej. Dostrzegać niuanse. Łapię szerszy obraz. Zaglądam także głęboko w oczy rozmówczyni. Nie mówię głośno o tym, co widzę i dostrzegam. Ale ONA czuje, w głębi siebie już wie. Wie, że rozpoznaję jej grę. Rozmowa toczy się dalej. Ona dużo mówi. Chociaż obie zdajemy już sobie sprawę z tego, że kontynuacja NIE nastąpi. Dlaczego? Ponieważ za dużo widzę. Za dużo rozumiem. Ponieważ dotykam głębi tematu, której ona nie jest świadoma… albo nie chce ujawnić tego, o czym dobrze wie..  Ukrywa. Przed samą sobą. Udaje, że tak jak jest, jest przecież OK. Takie czasy, Panie.

Zatem mam już dwa podstawowe aspekty i podłoża tego spotkania, tego zdarzenia – kawałki do mojej układanki. Moja praca zbieracza informacji o… Moja praca dotykacza tych, którym mają zacząć otwierać się oczy na…  przychodzę, aby nastąpiło zderzenie starej rzeczywistości z nową;  starych prawd z nowymi; wprowadzam nowe wartości, burzę dotychczasowy porządek.

To samo działo się w relacji z Rado.


BURZA. FALA. TAMA. CISZA.

CZY ONI, CI z którymi spotykam się , chcą tej burzy?
Ich osobowości z całą pewnością NIE. Bronią się. Lękają się stracić grunt pod nogami. Boją się rozpadu ścian, o które się opierają. To naturalny lęk przed utratą status quo. Przed totalnie nie-znanym. I koniecznością budowy NOWEGO. Jednakże ich Duch pcha  ku zmianie. Wewnętrzna Prawda prędzej czy później musi wypłynąć na wierzch – albo się w porę obudzisz, albo cię zaleje . Opór bywa silny, ale tylko przysparza więcej cierpienia. ZMIANY MUSZĄ NASTĄPIĆ. I NASTĘPUJĄ.


WIZJA: Pędzące na oślep stado rozbija się na rosnącej w siłę tamie. Tamie chroniącej przed samozagładą, przed wyrządzeniem jeszcze większych szkód.
Głos: - Zasypać czy nie zasypać? Zasypać czy nie zasypać?
Ja: - Zasypuj! Zasypuj!

Tama musi być usypana, ponieważ nic innego nie jest w stanie powstrzymać tego dzikiego, bezmyślnego pędu, który niszczy wszystko po drodze. Zwolnij więc. Zatrzymaj się. Wniknij, poczuj Głębię. Wejdź w Ciszę. Usłysz SWÓJ GŁOS.  To pozwoli ci ocalić samego siebie.



CZYSZCZENIE

Irek wczoraj powiedział, że tam gdzie On się pojawia następuje czyszczenie… coś się rozpada, ktoś się z  kimś rozstaje… Zamilkłam. Wewnętrznie uśmiechnęłam się. Podobnie jest ze mną i z moją rolą Tutaj,. I to jest łączący NAS element.  

Wchodzę w rolę tej,  która SZUKA pracy. A faktycznie WYKONUJĘ swoją rzeczywistą pracę. Zasiewam ziarenka Nowego. Kiedy wykiełkują? Potrzebują czasu…
Ja również. Aby wydobrzeć. Moje gardło odmawia współpracy. Właśnie następuje CZYSZCZENIE. Nadchodzący tydzień wydaje się być czasem podsumowań. Czasem na wglądy i pisanie. Kolejne rozmowy „o pracę” muszą poczekać, aż będę w stanie swobodnie mówić. Wykiełkuje to, co na to zasługuje. Wykiełkuje to, co najlepiej rokuje. Synchroniczność działa. Potrzeby są realizowane.

Zanim wyrośnie NOWE, STARE potrzebuje zastać oczyszczone.
Wymyte. Wypłukane. Spopielone.

Gdziekolwiek się pojawiam, jest to zdarzenie wynikające z potrzeby. Dotyczy to każdego z nas.
Spotykamy się na chwilę, na dwie. Mijamy się w korytarzu, na moment krzyżując wzrok. Przepływ. Wymiana informacji. Myślisz, że wszystko to bez znaczenia? Myślisz, że wszystko już wiesz?
Myślisz, że widzisz wszystkie zachodzące procesy i poza tym więcej nic nie ma?

To, co widzisz fizycznym wzrokiem, jest ułamkiem jednego procenta wszystkiego co we Wszechświecie istnieje.   Czyli prawie nic... A jednak TAK Wiele.







niedziela, 19 lutego 2017

UKRYTE SKARBY - Wieczór wspomnień






UKRYTE SKARBY

Przyglądałam się aktualnym wydarzeniom i w pewnym momencie pojawił się obraz widoczków. W zasadzie dlaczego? Hm… mały – wielki odkrywca. Zachwycanie się tym co małe, proste, naturalne i piękne. Dostrzeganie drugiego dna. Zebrało się na wspomnienia…


PODWÓRKO
Kiedy byłam małą dziewczynką….. bawiliśmy się na podwórku i było naprawdę fajnie. Nie było komputerów i sztucznych gier. Nie było monitoringu,  granic, zasiek między blokami i placami zabaw. Chyba, że dzieciaki same je sobie wyznaczały. Jakoś tak chyba sami trzymaliśmy się swojego rewiru. Był trzepak, guma, piłka, wrotki i… szkiełka. Kreda i gra w klasy. Fikołki na trzepaku słabo mi wychodziły. Takie mam ciało. W gumę grało się super, byle do kolana. Podobnie w zbijaka czy w „piłką o ścianę”, chociaż czasem bolało. Na wrotkach szło mi średnio z utrzymaniem równowagi. Kółka były dosyć toporne, ciężko ślizgały się po nawierzchni podwórkowej. Szyny przypięte paskami do bucików. Pamiętam jak tata mnie asekurował i chyba nieco się na mnie wkurzał… nie byłam dość dobra.
Lubiłam zaplatanie nitki na palcach i przekładnie z rąk do rąk. Ale najbardziej fascynujące były WIDOCZKI! Wiesz jak robi się widoczki w ziemi? Nie?
Szukasz przezroczystego szkiełka. Na pewno leży gdzieś, na podwórku. I zbierasz elementy kompozycji – listek, kwiatek, guziczek… wszystko zależy od Twojej inwencji twórczej.  Potem znajdujesz odpowiednie miejsce na trawniku lub gołej ziemi. Gdzieś, na podwórku. Oczywiście masz dobry patyk, którym wygrzebujesz dołek. Tam tworzysz kompozycję z tego,  co masz uzbierane. Kolorowy obrazek. Malutki. Na nim układasz szkiełko. Zielone, białe, niebieskie… przezroczyste szkło butelkowe. Najlepiej płaskie. Zachwycasz się jak pięknie ci wyszło. Gotowy widoczek zasypujesz ziemią. Pamiętaj, gdzie go masz! Następnie zachęcasz koleżanki i kolegów, aby szukali Twojego widoczku. Kiedy go odkryją, wszyscy się nim cieszycie! A potem ty odkrywasz kolejne skarby, ukryte przez twoich podwórkowych przyjaciół.
Mali odkrywcy.


SZERYFOWO
Krówka ciągutka, chleb z margaryną i cukrem , to moje najsłodsze wspomnienia z podwórka obok ukochanych widoczków pod szkiełkami – skarby dzieciństwa.
Jednak najwspanialsze cuda czekały na mnie u Dziadka Teofila. Nic nie zastąpi chwil, kiedy dziadziuś wysyłał mnie do kurnika podczas letnich wakacji, spędzanych u niego na wsi – idź, poszukaj jajeczek!

Kurnik był mały, z niskim stropem. Pachniało w nim sianem i kurzym gówienkiem. Zakradałam się ostrożnie.  Znajdowanie i wyjmowanie jajek z cieplutkiego gniazda było jak wyprawa po skarby!
Czasem jajko można było znaleźć gdzieś w trawie, w ogrodzie. Prezent od życia, tam gdzie wcale się nie spodziewasz.

Zachwycały mnie wyprawy z dziadkiem na motorze. On za kierownicą, ja za nim na siedzeniu, oplatając go mocno rączkami. Bardzo dumna z siebie pasażerka. Do lasu, na grzyby. Dziadek kochał przyrodę i naturalność. Był pedagogiem. Mówili na Niego – Szeryf.  Na grzybobraniu zawsze miał ze sobą kozik, aby starannie odcinać trzonki grzybów, z dbałością o ściółkę leśną.
Kochał brzozy. I ja je uwielbiam.
Poza tym był bardzo uparty. Jak to baran. To również mi się udzieliło…

A kiedy indziej wyprawy na rowerach, z ciotkami, do wsi, do sklepu po chleb. I cukierki. Jak tam słodko pachniało! Wciąż pamiętam ten specyficzny, karmelowy zapach…
A marmolady smażone przez Dziadzia? Cud! Pychota. Widzę Jego ręce trzymające wielki rondel, w którym smażył owoce. Aromatyczny czerwony agrest. A jesienią lub zimą zabierał mnie do piwniczki. Schodziliśmy – pamiętaj, powolutku! - po drewnianej drabince, do zimnej komórki, gdzie pachniało lekko wilgocią i ziemniakami w kopcach. A na półkach same skarby! Słoiczki z konfiturami, marmoladkami, ogóreczkami… i suszone w piecu jabłuszka, które dziadziuś sam kroił na plasterki, by później stanowiły wyśmienitą i zdrową przekąskę.

Rozkoszy związanej z zakradaniem się do piwnicznych półek, zastawionych słoikami z konfiturą, doznawałam później w domu, na Żoliborzu. Tam wyjadałam owoce z naszego warszawskiego ogrodu, z których cuda robiła moja mama – konfitury z morelek, ze śliwek, gruszki w zalewie… tata natomiast wytwarzał wspaniałe nalewki… nie ma to jak podjadać wiśnie z tatowego gąsiorka…

Elementem nieodłącznym letnich pobytów w Szeryfowie było wspólne z Kaśką pieczenie super-extra-pycha placka z wiśniami. Wiśnie oczywiście z ogrodu, prosto z drzewa. Wspinałam się najpierw na kurnik, później na dach drewutni, aby oberwać owoce z dorodnego drzewa.
Drylowanie. Mniej atrakcyjna część. Dopóki ciocia nie dorobiła się, w późniejszych latach, drylownicy.
Ucieranie ciasta w makutrze, na oleju. Drewnianym tłuczkiem do ziemniaków. To było super, choć wymagało silnych rąk. Kaśce szło zdecydowanie sprawniej. Potem pieczenie. Piec był stary, cudowny, z fajerkami. Elektryczny wynalazek w postaci prodiża przydał się jak znalazł do pieczenia ciast. 

I jeszcze słodziutkie renklody na koniec lata… żółciutkie, dojrzałe, na wysokich drzewach… oj, trzeba wysoko wchodzić, wdrapać się na drzewo albo na dach letniego domku… warto było!

Z dziadkiem oglądałam klasery z kolekcjami znaczków. Leżały w szufladzie, w małym pokoiku, w którym spałam na wakacjach. Klasery i pająki – dwa hasła określające moją ówczesną noclegownię. I jeszcze albumy ze starymi zdjęciami babci.
Nie mogłam zasnąć, kiedy na ścianach widziałam pająki. Krzyczałam, wołałam Dzidziusia na pomoc, aby je wszystkie powybijał… tak. Wtedy nie myślałam o tym, aby powynosić je na dwór. Cóż… muchy też się tłukło muchołapką.

Czasem, kiedy Kaśka była na wyjeździe poza domem, sypiałam na jej miejscu, w salonie. Wtedy, bywało, Dziadziuś przynosił dla mnie śniadanie do łóżka. Jajeczko ugotowane na miękko, chlebek z masełkiem, kiełbaska. Ciotka wściekała się, że mnie traktuje lepiej, „po pańsku”. A On wiedział, że mojej wrażliwej duszy potrzeba zaopiekowania. On dostrzegał wyjątkową wrażliwość swojej wnuczki.

Masło. Dziadek sam wyrabiał masło. Pamiętam go ze szklaną butelką po mleku, w której zamykał prawdziwą śmietanę od sąsiadów i siedząc, a może chodząc po izbie, potrząsał nią tak długo, aż wytrąciło się masło. Świeżutkie, pachnące. Potem leżało w naczynku wypełnionym zimną wodą, przechowywane w małej komórce przy kuchni. Doskonale sprawdzała się jako lodówka. Bez opcji zamrażania.

Pianino i skrzypce. Dziadek lubił, kiedy grałam. Nie wiem czy dało się tego naprawdę słuchać, ale zachęcał mnie zawsze do gry. W jego domu stało pianino. Skrzypce czasem przywoziliśmy z Warszawy. Grałam, aby sprawić dziadkowi przyjemność. Ale na pianinie sama lubiłam. Bardzo. Skrzypki pokochałam znacznie później, kiedy na grę było już za późno.

To są skarby dzieciństwa. Pozostają we mnie na zawsze.