czwartek, 20 lutego 2014

MOJA DROGA POŁUDNIE-PÓŁNOC - NA PODSUMOWANIE

Za zdjęcie dziękuję Zbyszkowi


28 września 2013
Za oknami pada deszcz, a ja siedzę w przytulnym pokoju, w domu u stóp lasu, kilkaset metrów od bezkresnego morza i rozmyślam nad zmianami, jakie zawirowały moim życiem w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Po dłuższym okresie zastoju nagle sprawy ruszyły z kopyta. Minione cztery tygodnie to dosłownie karuzela zdarzeń. Mam wrażenie, jakby Bóg popchnął jedną, kardynalną kostkę domina a inne ścielą się jedna za drugą, jako konsekwencja pierwszego wyboru. Podjęłam nieco ryzykowną i całkiem nieracjonalną decyzję – przyjęłam zaproszenie od obcego człowieka i pojechałam w nieznane. Najpierw długo wahałam się, rozpatrywałam rozumowo za i przeciw. W końcu posłuchałam głosu serca i duszy. Stwierdziłam, że to może być wspaniała przygoda oraz spełnienie marzeń o wyjeździe z zatłoczonego, zasmrodzonego miasta i spędzenia czasu blisko natury, tak jak chciałam…
Właściwie aż tak wiele nie ryzykowałam. Jednakże musiałam na ten moment postawić wszystko na jedną kartę. Odwołałam zaplanowane spotkania, mogące otworzyć mi drzwi do nowych możliwości i zarabiania pieniędzy. Uznałam, że mogą pojawić się inne propozycje, ale taka sposobność spontanicznego wyjazdu zdarza się raz na…
Czułam, że prowadzi mnie wu-wei. Poddałam się wydarzeniom, które same wytyczają moją Drogę.



DOBRO ZAWSZE POWRACA

Wszystko wydarzyło się w tak zawrotnym tempie i tak niespodziewanie, że właściwie każdego dnia swojej podróży na Południe, a później na Północ nadziwić się nie mogłam, że NAPRAWDĘ stąpam po tej ziemi, oddycham tym powietrzem, obcuję z TYMI ludźmi, że taka zmiana nastąpiła w moim życiu. Tak trudno było mi uwierzyć, że może mnie jeszcze spotkać tak wiele Dobra i bezinteresownej życzliwości.

Nigdy nie należy podupadać na Duchu ani tracić ufności w dobry los. Ciężkie chwile są przejściowe i choć czasem trwają zbyt długo, to zawsze dokładnie tyle, ile potrzeba. Jeżeli tylko postępujemy w życiu uczciwie, w zgodzie ze sobą, możemy być pewni że dobro powróci do nas. Trudne wydarzenia są najczęściej (jeśli nie zawsze) lekcją, a czasem egzaminem sprawdzającym czy już lekcja została przerobiona, czy jesteśmy gotowi aby pójść dalej.

Zatem stawiam kolejny krok i… do zobaczenia na Drodze!

Za zdjęcie dziękuję Zbyszkowi


piątek, 14 lutego 2014

Moja Droga na Północ - DZIEŃ CUDÓW







Ten wyjątkowy dzień opisałam na gorąco podczas pobytu nad morzem.


28 września 2013

DZIEŃ CUDÓW

Dzisiaj jest Dzień Cudów.
Oboje ze Zbyszkiem w tym samym czasie poczuliśmy chęć wyjścia na spacer. Właśnie rozpogodziło się niebo, chmury deszczowe odpłynęły pozwalając słońcu ukazać się w całej krasie. Zważywszy, że od rana co chwilę leje był to dobry moment, aby przewietrzyć się, pooddychać lasem i spotkać z morzem. Na plaży dmuchał silny wiatr. Szłam przed siebie. Chmury unosiły się w oddali, słońce ogrzewało moją twarz. Przyglądałam się mewom unoszącym się na falach, szybującym ponad nimi lub czatującym przy brzegu na świeżą rybkę. Przystanęłam, czekając na Zbyszka i obserwowałam fale na morzu. Cieszyłam się przestrzenią, powietrzem i wolnością.  W pewnym momencie zauważyłam na horyzoncie jakby wyłaniającą się z tafli morza, jasno świecącą tęczę, a właściwie zaledwie jej początek. Zaczęliśmy obserwować to piękne zjawisko. Chmury przesuwały się po niebie pod naporem wiatru. Z jednej strony jaśniało słońce, z drugiej wyraźnie widać było w oddali ścianę deszczu.

To już kolejny raz, w przeciągu ostatniego tygodnia, kiedy natura obdarza nas widokiem spektrum światła na niebie. Wczoraj zachwycaliśmy się tęczą nad kanałem w Gdańsku.
Ale dzisiaj… to było coś absolutnie wyjątkowego! Przyglądaliśmy się jej tworzeniu. A zaraz za pierwszą przenikała przez ciemne chmury kolejna, delikatniejsza, ledwo widoczna. Robiłam zdjęcia i piałam z zachwytu, kiedy tęcza rosła! Skakałam w górę, tupiąc butami po piasku jak mała dziewczynka, szczęśliwa i radosna, że udało się coś szczególnego. Jakbym dostała gwiazdkę z  nieba! A dostałam być może znacznie więcej. Śmiałam się w głos, szczerze i całą sobą. Dziękowałam Aniołom za ten przepiękny widok. A tęcza rosła. Aż połączyła Niebo, Ziemię i Morze. Osiągnęła Pełnię. Cudowna! Piszczałam urzeczona!  Myślę, że pierwszy raz w życiu dane mi było oglądanie takiego przedstawienia. Na żywo, na własne oczy cały proces wzrastania tego anielskiego mostu na otwartej nadmorskiej przestrzeni. To doprawdy magiczne doświadczenie.

Chmury zbliżały się do lądu w szybkim tempie, zwiastując nawałnicę – nawałnicę, która ostatecznie nie nastąpiła. I tu mnie olśniło! Tuż przed wyjazdem w Bieszczady miałam sen, mówiący o ruchu, pokonywaniu trudności i ucieczce przed burzą, która nie nastąpiła. I odkąd ruszyłam w podróż 30 sierpnia wciąż jestem w ruchu, nie raz przyszło mi pokonywać różnego rodzaju trudności, a dziś – na krótko przed zakończeniem całej Podróży - uciekałam przed burzą, która jednak  nie nastąpiła! To właśnie są znaki, jakie warto zauważać i dostrzegać, jak się realizują. Podążać swoją drogą swobodnie, bez wysiłku bądź spięcia, ufając życiu i poddając się jego przewodnictwu. Kiedy podchodzi się do spraw lekko, wszystko samo się układa.

Zatem - fotografowałam tak długo, jak się dało. Chmury przesuwały się bardzo szybko, niebo na północy pociemniało i wszystko wskazywało na rychłe oberwanie chmury, a może nawet gradobicie. A ja chciałam jeszcze uchwycić na zdjęciu kolejny moment zmian. Okręt na morzu dawno zniknął w ciemnościach, a ja biegłam przez plażę ku wyjściu do lasu. Czułam już na sobie pierwsze krople deszczu, gdy robiłam ostatnią fotografię. Przez las do domu mieliśmy ponad kilometr. Zmokliśmy, deszcz padał rzęsisty, chwilami całkiem mocny, jednak nawałnica nie nadeszła, przeszła widać bokiem. Wróciliśmy do domu mokrzy, trochę zziajani, ale szczęśliwi i podekscytowani tą przygodą. Złapawszy głębszy oddech zadumaliśmy się nad symboliką wydarzeń, jakie stawały się naszym udziałem.


Tęcza to symbol łączności pomiędzy Niebem a Ziemią. W kartach Osho Zen Tarot tęcze zastępują tradycyjne denary czyli monety. Zatem może to być synonim obfitości i szczęścia w ziemskim wymiarze.
Tęcza to spektrum światła.
Droga do Domu.













środa, 12 lutego 2014

Moja Droga na Północ – SPACEREM PO GDAŃSKU


GDAŃSK I JEGO SMACZNE MIEJSCA

Sobieszewski las obfitował w grzyby. Zbyszek co i rusz przynosił ich tyle, że mogliśmy nasycić się smakiem duszonych z cebulką maślaków, koźlarów, podgrzybków, a nawet prawdziwków. Jednak nie samymi grzybami człowiek żyje. Zatem postanowiliśmy sprawdzić co serwuje gdański bar wegański AVOCADO. Robiliśmy sobie kilkakrotnie wycieczki do Gdańska, aby pochodzić po Starym Mieście, zajrzeć tu i tam. Wówczas na obiad wybieraliśmy właśnie Avocado. Bardzo miłe miejsce, godne polecenia każdemu, a weganom i wegetarianom zwłaszcza. Usytuowane w ładnej starej kamienicy niedaleko Galerii Bałtyckiej. Wnętrze nieduże, jasne, przytulne, czyste i schludne. Miła obsługa, będąca „w temacie”. Smaczne i niedrogie dania, również bezglutenowe. Dla mnie pychotę stanowiły falafele oraz pakory z kalafiora. No i oczywiście – wegańskie ciasta! Deser zabieraliśmy ze sobą. A także pudełeczko z humusem.




W domu pijaliśmy kawę zbożową, zatem każdy wypad do Gdańska miał jako punkt wycieczki wizytę w kawiarni, aby zaspokoić mój apetyt ma prawdziwą kawę. Pierwszego dnia długo szukałam na Starym Mieście kawy z roślinnym mlekiem. W końcu ktoś polecił mi PIKAWĘ. Całkiem miłe miejsce. Kawa przyzwoita, no i mieli sojowe mleko. Ale odkąd intuicja zaprowadziła mnie do RETRO CAFE, nie szukaliśmy już innej kawiarni. To kolejne miejsce, do którego chcę wracać. Bardzo dobrze tam się czułam. Wystrój, klimat, atmosfera, muzyka… I kawa. Pyszna kawa. W różnych odsłonach. W wersji wegańskiej. I – ciasta. W RETRO CAFE bywają ciasta wegańskie! Ja trafiałam tylko na szarlotkę, ale ekologiczną orkiszową szarlotkę! Zapewniam, że warto.
Było mi TAAAK DOOBRZE. Błogo. Czułam się rozpieszczana przez Zbyszka. I wciąż dziękuję mu za to.







Co do rozpieszczania – zdarzyło się jeszcze kolejne miłe i magiczne poniekąd zdarzenie. Tym razem to Zbyszek wypatrzył pewne miejsce i właściwie zaciągnął mnie tam, bo początkowo nie miałam ochoty wchodzić. A okazało się, że jest na co popatrzeć. Mały sklepik z wyrobami z Ameryki Południowej, a także z Polski. Biżuteria. Jak tylko weszłam mój wzrok zatrzymał się na ważkach. Niebieskich ważkach. Pamiętacie historię z Sanoka? Piękny kolorowy tatuaż w kształcie ważki? No właśnie, teraz ważka powróciła do mnie. Obejrzałam prawie wszystko, co leżało w gablotach i mogłam wyjść. Ale Zbyszek chciał sprawić mi prezent. Miałam coś sobie wybrać. Srebrne kolczyki w kształcie ważki, inkrustowane ceramiką, rękodzieło z Południowej Ameryki nie miały konkurencji. Symbol przestrzeni i wolności ozdobił moje uszy…



SPACEREM PO GDAŃSKIM STARYM MIEŚCIE

Przyznam, że zarówno w Krakowie, jak i w Gdańsku, a także w Bydgoszczy lub Wrocławiu uwielbiam chodzić po Starym Mieście. Gdańską starówkę obeszłam więc minionego września kilka razy. Chłonęłam atmosferę, przyglądałam się kolorowym kamienicom, czasem ludziom. Duże wrażenie wywarło na mnie zagospodarowanie pięknej kamienicy przez hotel Radisson Blu przy Długim Targu. Usytuowany jest u zbiegu ulic i wejście do niego znajduje się z dwóch stron. Warto zatrzymać się i wejść, aby obejrzeć wnętrza.

Oktagonalny kształt witryny w podłodze, w hallu hotelu Radisson, na Starym Mieście w Gdańsku. 

Widok w górę, dokładnie ponad podłogową witryną.


Na każdej Starówce można spotkać ulicznych grajków. Jednak czasem trafia się na naprawdę dobrą muzykę i fajnych ludzi. Tak jak w Krakowie zasłuchałam się w dźwiękach fortepianu Arne Schmidta, tak w Gdańsku dłuższą chwilę przysłuchiwałam się rytmicznej muzyce młodych chłopaków i podrygiwałam sobie radośnie. To był dobry band.




Podczas pobytu nad morzem wielokrotnie towarzyszyła nam tęcza, a czasem nawet dwie. Spotkała nas przed domem, na plaży, a także w gdańskim porcie. W ogóle wciąż zachwycaliśmy się pięknem nieba, kształtem chmur i światłem przez nie przebijającym.





Spacer o zmierzchu, traktem przy kanale







NIEPOWTARZALNE CHWILE

W Gdańsku na Starym Mieście, niedaleko portu widziałam człowieka grającego na gitarze. Widok niezbyt osobliwy, wielu takich się spotyka. A jednak. W tym człowieku było coś wyjątkowego. Siedział na chodniku, przed nim otwarty futerał na gitarę. Śpiewał radosne piosenki. Przywodził mi na myśl wakacyjnych autostopowiczów, klimaty z „Podróży za jeden uśmiech”. Ujęło mnie jego śpiewanie pełne pogody ducha oraz uśmiechnięte jasnoniebieskie oczy. Nieco wyblakłe oczy dojrzałego człowieka, który już sporo przeszedł i wciąż zachowuje pozytywne nastawienie do życia. Niezależnie od… lub pomimo…
Człowiek z gitarą - nie ma nic, a jednak ma wszystko. JEST WOLNY.
Wlał słońce w moją duszę i serce. Słuchałam jego śpiewu i uśmiechałam się, odczuwając radosne rozpromienienie wnętrza. Wciąż widzę jego pogodną twarz, wesołe oczy wypełnione błękitem nieba i szczerą duszę.

Nie mam nic i mam wszystko.
Podzieliłam się z nim wszystkim, czym mogłam. Monetą, rozpromienieniem, błogosławieństwem i szczerym uśmiechem, gdy spotkały się nasze spojrzenia.
TO SĄ PIĘKNE CHWILE.





wtorek, 11 lutego 2014

Moja Droga na Północ – PRZYWITANIE Z MORZEM




POCZĄTEK DRUGIEJ FAZY WRZEŚNIOWEJ WYPRAWY

Minęła połowa września. Za nami Bieszczady, Ciężkowice i Kraków. Po kilkudniowym, z resztą dość intensywnym pobycie w Warszawie, wcześnie rano wyruszyliśmy pociągiem do Gdańska. Byłam podekscytowana nowym kierunkiem podróży, a w zasadzie samą Podróżą. I w zasadzie nie powinno mnie samej dziwić własne zamiłowanie do podróżowania różnego rodzaju, skoro zgodnie z Kalendarzem Majów urodziłam się na Fali Wędrowca…

Przed południem gościliśmy już u znajomych Zbyszka, na gdańskiej Morenie. Poznaję nowych ludzi i jak zwykle nie są to spotkania przypadkowe. Chociaż nie potrafię zobaczyć konkretnej historii, która nas łączy, czuję to i wiem, że ona istnieje. Poza jednym znanym nam tu i teraz faktem – również i oni pozostają w kontakcie z Janem Gabrielem. Przede wszystkim ze względu na chorobę naszego Gospodarza.

Po mile spędzonym dniu, wieczorem zajechaliśmy na Wyspę Sobieszewską, gdzie zarezerwowaliśmy domek pod samym lasem. Zależało nam na miejscu cichym, spokojnym, z dala od miasta, blisko natury, z dobrą komunikacją do samego Gdańska. Miało być przestronnie, wygodnie, domowo a nie hotelowo, z kuchnią i możliwością gotowania. Zależało nam na terenach na długie spacery do lasu i nad morze oczywiście. Mieliśmy też zmieścić się w ustalonej, sensownej kwocie. Wiedziałam, że znajdę dzięki Internetowi dokładnie to, czego potrzebujemy. I stało się tak szybciej, niż przypuszczałam. Decyzja zapadła natychmiast. Wystarczyły pozytywne opinie gości oraz bardzo miła rozmowa telefoniczna z właścicielką Amber Apartamentów. Dzięki temu, że było już po sezonie oraz deklarowanemu przez nas dłuższemu pobytowi wynegocjowałam korzystne stawki. Zbyszek – fundator pobytu – zaufał moim wyborom i był bardzo zadowolony. W domku mieliśmy wszystko, czego nam było potrzeba, a tuż obok lasy i piękną drogę do plaży. Ponieważ przyjechaliśmy nad morze zarówno dla odpoczynku, jak i dla pracy koncepcyjnej, potrzebowaliśmy do tego odpowiednich warunków. To było dla nas idealne miejsce.




PRZYWITANIE Z MORZEM


Jestem zachwycona miejscem, do którego przybyliśmy. Obiecany wysoki standard nie jest fikcją marketingową. Domek jest ładny, zadbany, wewnątrz czysto i miło. Jest kuchnia z wyposażeniem, jest stół do biesiadowania i do pracy. I sypialnia do mojej dyspozycji! No cóż, zaanektowałam ją natychmiast. Zbyszek musiał zadowolić się wersalką w dziennym pokoju. Nie wiem czy ktoś, kto sam tego nie doświadczył, jest w stanie zrozumieć mój zachwyt, moje szczęście i wdzięczność spowodowane łóżkiem. Tak, łóżkiem. Długim, szerokim, wygodnym, a na nim cieplutka miękka kołdra i poduszka. Dla mnie to było wspaniałe! Kiedy jeszcze miałam własny dom, byłam przyzwyczajona do spania w takich warunkach. A potem to się zmieniło i przyszło mi dostosować się do tego, co było tam, gdzie akurat „wylądowałam”. Zaakceptowałam legowiska takimi, jakie były mi dostępne i cieszyłam się, że są. Teraz przyszło mi poczuć różnicę, podobnie jak wcześniej u Jana oraz w Krakowie.

Tam, blisko lasu i morza najczęściej spało mi się świetnie. Kiedy budziłam się rano było mi tak dobrze, że nie miałam ochoty opuszczać pościeli. Mogłam czuć się swobodnie, nic mnie nie poganiało, poza własną chęcią, aby znaleźć się na świeżym powietrzu lub usiąść do pisania.


Nie wiem czy potrafię opisać, jak wielkim duchowym przeżyciem stało się dla mnie  moje przywitanie z morzem, z tą niekończącą się przestrzenią i wolnością, do której bardzo tęskniłam. Sama nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo, dopóki tam się nie znalazłam.
Wybrałam się na samotny spacer przez las, w stronę plaży, aby móc swobodnie celebrować te wyjątkowe dla mnie chwile. Szłam pomiędzy wielkimi drzewami. Im bardziej zbliżałam się do celu, tym głośniejszy słyszałam odgłos morza a moje wzruszenie przybierało na sile. Być może dla Ciebie zabrzmi to śmiesznie (i zdaję sobie sprawę, że trudno to zrozumieć nie mając takich przeżyć), jednak czułam się trochę jak żołnierze z polskich filmów o czasach wojny, którzy po długiej wędrówce wbiegali na nadmorski piasek, padając na kolana ze łzami w oczach. Ze mną było bardzo podobnie.
Przybyłam jako strudzony Wędrowiec, który nie raz tracił nadzieję, że dożyje TEGO MOMENTU. Przepełniało mnie wzruszenie, doznawałam wewnętrznych uniesień, przeżywałam zachwyt, niedowierzanie, radość nie do opisania. Śmiałam się i płakałam. Z sercem przepełnionym Wdzięcznością padłam na kolana, dotykając piasku. Wiatr mnie owiewał, a ja ściągnęłam buty i bosymi stopami szłam brzegiem morza, mocząc je w zimnej wodzie. To była prawdziwa komunia z morzem.
DZIĘKUJĘ TOBIE Zbyszku, że mogłam tego doświadczyć.

Chociaż podczas mojej długiej wędrówki bywały chwile zwątpienia i pojawiało się poczucie bezsilności, to jednak w głębi siebie, w zakotwiczonej we mnie Istocie Miłości zawsze obecna była UFNOŚĆ. I nie wiara, ani nie nadzieja, a właśnie UFNOŚĆ prowadziła mnie i pozwalała pokonać lęki i poddać się Prowadzeniu. Natomiast uwierzyć, a może właściwiej – poczuć i przekonać się – musiałam o tym, że JA WIEM. Wewnątrz siebie WIEM, co jest dla mnie słuszne, dobre i właściwe, i tego postanowiłam się trzymać. Robić to, do czego mam przekonanie i już nigdy nie działać wbrew sobie. Jednak nie uniknęłam trudnych wyborów, kiedy przychodziło mi mocno wyważać racje... albo kiedy trzeba było puścić wszystko, wszelkie przekonania... ale to już inna historia.






SARNY I JELENIE

Kolejny dzień również obdarował mnie wyjątkowym wydarzeniem. Kiedy chodziłam po lesie rozglądając się za grzybami, nagle całkiem z zaskoczenia zza moich pleców, tuż obok mnie wyskoczyła piękna, duża sarna, a może to był daniel… Oniemiałam. Szum morza był na tyle głośny, że nie mogłam wcześniej usłyszeć nadbiegającego zwierzęcia. Widziałam jak zgrabnymi susami oddala się spokojnie, pozwalając jeszcze przez chwilę się obserwować. Jakieś trzy miesiące wcześniej podobna sytuacja spotkała mnie w Lesie Kabackim, na obrzeżach Warszawy. Było to również niecodzienne wydarzenie. Znajdowałam się blisko ludzkich siedlisk. Szłam wówczas drogą, na której co chwilę kogoś spotykałam – utarty szlak. W pewnym momencie byłam zupełnie sama, a w odległości może 150 metrów ode mnie niespiesznym krokiem przeszedł przez tę ścieżkę wspaniały jeleń. Spokojnie przemieścił się na drugą stronę. Mogłam się jemu swobodnie przyglądać i widziałam go jeszcze pomiędzy drzewami, kiedy osłupiała stałam starając się zrozumieć, co właśnie mnie spotyka. Rozglądałam się wokoło, ale byłam tam tylko ja. I to dostojne zwierzę o wspaniałym porożu. Znajomi mieszkający w pobliżu przyznali, że miałam wyjątkowe szczęście, aby w biały dzień tak blisko domostw spotkać się z królem lasu. I chyba coś w tym jest, ponieważ później wielokrotnie chodziłam po kabackim lesie, a taka sytuacja już się nie powtórzyła.



WOLNOŚĆ

Pogoda naprawdę była dla nas łaskawa. Przez większą część naszego pobytu było ciepło i słonecznie. Bywało też zmiennie – słońce nagle chowało się za chmurami, zrywał się wiatr, padał deszcz, a nawet grad. Po czym znowu wychodziło piękne słońce. Grzyby w lesie miały dobre warunki wzrostu. A ja miałam wręcz wspaniałe warunki, aby czuć WOLNOŚĆ.
Kiedy szłam lub biegłam przez las, wdychałam jego zapach, chłonęłam energię drzew i zieleń. Kiedy wychodziłam na nadmorski piasek, otwierała się przede mną wielka przestrzeń, wielki błękit. Oddychałam tą nieograniczoną przestrzenią, otwierałam się na powiewy wiatru, łykałam wolność i tętniące energią życie wypełniało mnie całą. Dźwięki fal uderzających o brzeg wprowadzały mnie w rodzaj uspokajającego transu. Ale również odczuwałam napływy ekstatycznej radości. Cieszyłam się jak dziecko, czułam w sobie wolną Istotę. A słowo „DZIĘKUJĘ” stale było obecne w mojej głowie.

Pamiętam moment, kiedy chodząc boso po tonącej w słońcu plaży śmiałam się w głos, podskakiwałam, unosiłam w górę ręce w geście wdzięczności, a mój umysł przywołał obraz Mapy Marzeń, jaką wykonałam kilka lat wstecz. Umieściłam na niej zdjęcie kobiety, do której tam na plaży, w tym właśnie momencie byłam łudząco podobna. Co ciekawe – tworząc mapę byłam długowłosą blondynką i zdjęcia takich kobiet zamieściłam na mapie. Tylko jedno było inne. Z jakiegoś powodu wówczas przyciągnęło moją uwagę. Kobieta na nim miała krótkie ciemne włosy, w jasnym lekkim stroju stała nad brzegiem morza, roześmiana unosiła ręce ku słońcu… Dostrzegłam w tej fotografii, a raczej w tej scenie - siebie. To ja po transformacji. Nowa ja. Inna. Radosna, szczęśliwa, wolna. Moje marzenia stopniowo realizują  się. Pora na następne.

Za zdjęcie dziękuję Zbyszkowi.



poniedziałek, 10 lutego 2014

GRAM W ZIELONE – SZEJK z Bio-KIWI i SPIRULINĄ




Poczułam wiosnę. Topniejący śnieg i radosny świergot ptaków wyzwoliły we mnie apetyt na zieloność. W okolicznym sklepie chwyciłam paczkę szpinaku, ekologiczne kiwi oraz kiść bananów. Z zaprzyjaźnionego sklepu na Żoliborzu przywiozłam pyszne ekologiczne jabłka z polskiego gospodarstwa oraz hawajską Bio-Spirulinę.
No to – do dzieła!
A raczej – do kuchni i blendera!

Na dzisiejsze przedpołudnie zarządziłam gęsty zielony szejk. Moje szejki to w zasadzie musy. Lubię się nimi nasycić. Jeśli masz ochotę na rzadszą konsystencję, wystarczy dolać wody lub roślinnego mleka – wedle uznania.



Co wzięłam:

- garść szpinaku – umyty i osuszony
- 1 jabłko – umyte, wydrążone i wraz ze skórką pokrojone
- 1 kiwi – umyte, obrane, przekrojone
- 2 banany – umyte, obrane
- 2 tabletki spiruliny
- 2 łyżki mielonych nasion bio-lnu (siemię lniane kupuję całe i mielę w domu; świeżość zachowuje 3-5 dni przechowywane w słoiku w lodówce)
- plasterek świeżego imbiru
- trochę świeżego soku z cytryny
- trochę mleka roślinnego waniliowego



Wszystkie składniki zmiksowałam ręcznym blenderem i przełożyłam do szklanki.
Do drugiej szklanki nalałam wodę z sokiem wyciśniętym z cytryny.
Nasyciłam się i napoiłam. Dobrze mi.
Na zdrowie!