czwartek, 30 stycznia 2014

Moja Droga na Południe - KRAKÓW i jego wyjątkowe miejsca

Dziękuję za zdjęcie Zbyszkowi.


Za oknami siarczysty mróz, a ja wracam wspomnieniami do wrześniowej Podróży na Południe, aby kontynuować swoją opowieść. Zatem jesteśmy w Krakowie…

Kraków przywitał nas deszczową aurą, miasto oczyszczało się. Po chwili odpoczynku przy domowej kawie i rozgoszczeniu się w mieszkaniu Ani, wybraliśmy się „na miasto”.
Spaceruję po Krakowie! To nic, że pada! To zupełnie w niczym nie przeszkadza!
Kiedy przez długi czas bardzo chcesz znaleźć się „gdzieś”, w innym odległym miejscu i nagle twoje marzenie realizuje się – i jesteś właśnie w TYM MIEJSCU, to aż trudno uwierzyć, że to dzieje się NAPRAWDĘ. Deszcz sobie popaduje, a ja chłonę atmosferę krakowskiego Starego Miasta.





W międzyczasie zdążyłam zebrać informacje na temat krakowskich wege-jadłodajni, do których warto zajrzeć. Jedna z nich mieści się na ulicy Krupniczej. Kiedy poczuliśmy apetyt na kolację, podążyliśmy w tamtym kierunku. Okazało się jednak, że to polecane miejsce (chyba VEGA) akurat było nieczynne. Wracaliśmy więc z powrotem w stronę Plant, a ja rozglądałam się dookoła i nagle… wykonałam kilka kroków wstecz. Zatrzymał mnie ciekawy szyld oraz napis „Nie tylko dla wegetarian”. I to był strzał w 10! Byłam i jestem zadziwiona, że nikt nie polecił mi właśnie tego miejsca. Ja POLECAM KAŻDEMU Restaurację POD NORENAMI!



To bardzo klimatyczne miejsce, w którym dobrze poczują się weganie, wegetarianie i każda inna osoba, lubiąca zjeść dobrze, smacznie, zdrowo, a nawet wykwintnie. Miejsce na poziomie, ale bez zadęcia. Ciekawy wystrój, kompetentna obsługa. I bardzo bogata karta dań! Dań wegetariańskich oraz wegańskich, które są wyraźnie oznaczone w karcie literką „V”.
Restauracja Pod Norenami sama siebie określa, jako wegetariańską dalekowschodnią z lekką nutą wschodnią i europejską. W menu znajdziemy więc wspaniałe zestawy sushi (tak marzyło mi się wegańskie sushi!), azjatyckie zupy, dania na bazie tofu i sejtanu (zdecydowanie nie dla bezglutenowców, a osobiście w ogóle nie pojmuję spożywania sejtanu, czyli wyekstrahowanego z pszenicy glutenu mającego zastępować mięso…), pierożki, tarty, tajskie curry, oczywiście sałatki i wiele innych, nie mówiąc o deserach. Do tego pyszne zielone herbaty oraz karta win.





Zbyszek odpłynął całkowicie i chyba pozostawał w jakimś medytacyjnym stanie, kiedy począł smakować danie o pięknej nazwie „LOHAN CAI – Smażone warzywa buddyjskiego zakonnika”. Ja z kolei rozpływałam się w uniesieniach kubków smakowych nad wegańskim zestawem sushi, no było cudowne… Kiedy już ochłonęłam i nasyciłam się, poczułam łakomstwo na coś słodkiego. Wegański serowiec z orzechów nerkowca całkowicie spełnił moje oczekiwania. Nie jestem już w stanie opisać go dokładnie – wiem, że był pyszny. Zbyszek na deser zamówił puchar lodów o naprawdę wyjątkowych smakach – herbaciane, sezamowe i fasolowe – czyli Tercet Egzotyczny. Wyglądały pięknie, były bardzo kremowe i ponoć smakowite. Pod Norenami gościliśmy dwukrotnie i wychodziliśmy urzeczeni miejscem. Cóż mogę dodać – bardzo chcę tam wrócić i ponownie porozpieszczać swoje podniebienie.








Następnego dnia obudziłam się w ciepłej, przytulnej pościeli, w przyjaznych wnętrzach. Leżałam w łóżku i myślałam sobie – co się w ogóle dzieje? To koło zmian tak szybko się kręci. Czułam się jak Lilou Mace – wciąż w nowym miejscu.
Za oknami witał mnie mleczny Kraków o świcie. Każde miejsce jest moim DOMEM. Wokół mnie są życzliwi, przyjaźni i pomocni ludzie. A we mnie jest UFNOŚĆ.
POCZUŁAM SIĘ SPOKOJNA. PRZESTAŁAM SIĘ BAĆ. O SIEBIE I O PRZYSZŁOŚĆ.

Wtorek okazał się być słonecznym i ciepłym dniem. Sprzyjał naszym wędrówkom po Krakowie. Odwiedziliśmy Wawel, poszliśmy nad Wisłę, byliśmy oczywiście na Starym Mieście. Wawel tonął w promieniach słońca i w różnobarwnych kwiatach. Połowa września rozpieszczała nas bardzo wakacyjną pogodą. Otaczało nas mnóstwo turystów, głównie obcokrajowców, którym życzliwie co i rusz pstrykałam zdjęcia, aby uwiecznić ich radosne chwile w Polsce.





Po krótkim odpoczynku na nadwiślańskiej ławce poczuliśmy gotowość na obiad. Tego dnia zaplanowaliśmy stołowanie się w polecanym przez wegan barze MOMO. Zatem kierunek – Kazimierz, ulica Dietla. MOMO Bar określa siebie jako „vegetarian organic” , oferując w większości dania wegańskie, bazujące na naturalnych produktach, bez użycia żywności chemicznie konserwowanej. Tutaj nie używa się w ogóle jajek oraz nie stosuje  kuchenek mikrofalowych.
I wszystkie ciasta są wegańskie! Chociaż już niekoniecznie bezglutenowe… Przyznaję się bez bicia, łakomstwo wzięło nade mną górę. Byłam zafascynowana możliwością rozkoszowania się pysznymi, całkiem jak domowymi, w pełni wegańskimi ciastami i dałam sobie dyspensę, odsyłając w tymczasowe zapomnienie swoją bezglutenową dietę. Jabłecznik z MOMO jadłam z rozkoszą i wracałam po więcej.






Jednak zanim nadeszła pora na łasuchowanie, smakowany był obiad. Wybrałam dla siebie danie firmowe – pierożki MOMO. Takich smakołyków na co dzień nie jadam, o pierogach dawno zapomniałam, ale wschodnie pierożki wyrabiane z reguły na mące ryżowej przyciągnęły mnie od razu. Były pikantne i naprawdę dobre. Chociaż porcja wydawała się niewielka, nasyciłam się wystarczająco. Deser zabrałam do domu, na podwieczorek.


MOMO to naprawdę fajne miejsce. Jest tam miło, schludnie, smacznie i niedrogo. Nie da się go porównać z Pod Norenami – jedno to bar, drugie restauracja. W moim odczuciu MOMO to lepsza wersja warszawskiej Vegi (na tyłach kina Femina).





Kiedy spacerujesz bez wyznaczonego celu po krakowskim rynku, z pewnością spotka cię coś ciekawego. Tam chyba zawsze coś się dzieje. Mnie, w tej wrześniowej aurze, przyciągnęło wydarzenie niecodzienne. A właściwie przyciągnęły mnie dźwięki muzyki, odgłos fortepianu. Fortepian na Rynku Starego Miasta? Ano właśnie. Owszem, tak. Nie uniknę kolejnego powtarzania, że spotykały mnie wyjątkowe, ciekawe, niecodzienne, magiczne, synchroniczne wydarzenia. I prawdopodobnie odnoszą się one do każdego z Was. Rzecz w tym jedynie, aby je dostrzegać i cieszyć się nimi.
Zatem co wydarzyło się tego dnia? Otóż przy samych sukiennicach moim oczom ukazał się piękny, błyszczący w słońcu fortepian. Muzyka płynęła… dźwięki łagodne, lekkie, radosne, energetyczne, nostalgiczne… wpadały w ucho i znacznie głębiej. Zatrzymałam się i zasłuchałam. Zafascynował mnie człowiek, który jeździ po świecie ze swoim fortepianem i dzieli się swoją muzyką. Możecie o nim poczytać w Internecie, znajdziecie go na facebook’u. Ten człowiek to Arne Schmidt.



Ostatniego dnia pobytu w Krakowie nie mieliśmy specjalnych planów. Właściwie wyszliśmy w miasto całkiem spontanicznie. W zasadzie, to ja poprowadziłam nas, początkowo sama nie wiedząc po co, ale z pełnym przekonaniem, że PO COŚ. Pamiętałam, że kiedyś na Starowiślnej byłam w jakimś wyjątkowym miejscu, ale nie bardzo pamiętałam co to było. Czułam jednak, że dzisiejszy kierunek to właśnie Starowiślna. Wiedziałam, że COŚ tam znajdę. Szliśmy więc i szliśmy, rozglądając się ciekawie wokoło. Przeszliśmy prawie całą Starowiślną, aż stwierdziłam, że nie ma sensu iść dalej, ponieważ tam już nic nie znajdziemy. Zawróciliśmy. Chwilę później mój wzrok zatrzymał się na wystawie jednego ze sklepów. I już WIEDZIAŁAM, że chcę tam wejść oraz – że wyjdę stamtąd Z CZYMŚ.


Na wystawie rozłożone były różne ŁADNE RZECZY. Drobiazgi, dodatki, podusie… natychmiast pomyślałam o zbliżających się urodzinach Julii. Bardzo chciałam podarować jej jakiś drobiazg, coś nietuzinkowego. Poza kolorowymi i ładnymi rzeczami, na wystawie zwróciłam uwagę na nazwę –  La Lilu. Przeczytawszy ją nie wahałam się ani chwili. To był dla mnie sygnał, że trafiłam we właściwe miejsce, właśnie tutaj szłam. Dlaczego? Chodzi o siłę skojarzeń i grę słów. Jedni mówią do mnie zamiast Luiza – Lui, inni – Lu. A mój mały wnuczek – Lulu.

 No to chyba już wszystko jasne.
Chciałam więc kupić coś La Lilu. Wnętrze sklepiku niewielkie, przytulne, a atmosfera wręcz rodzinna. Piękne polskie wyroby dla dzieci i mam. Dookoła kolorowo. Bardzo miła rozmowa z właścicielką. Okazało się, że to całkiem nowe miejsce. Rozglądałam się i cieszyłam oczy. Miałam chęć wyjść stamtąd z kilkoma prezentami. Jednak tym razem mogłam pozwolić sobie tylko na drobiazg. I wypatrzyłam coś wyjątkowego, uroczego i w sam raz dla Julii.

Wchodząc tam nie zdawałam sobie nawet sprawy, jak nazywa się sam sklep. A nazywa się pięknie – Mammooni. Czyli – Mamuni. Miejsce dla mamy i dziecka. I tam właśnie ja – Mamunia, kupiłam coś dla Niej – Córuni. Uwielbiam takie sytuacje!

Tego dnia miejsca same pojawiały się na mojej Drodze. Podobnie jak Starowiślną, poprowadziłam nas później po Starym Mieście. Chodziliśmy tak po prostu, podziwiając kamienice, aż zaczął padać deszcz. I właśnie w strugach deszczu niemalże wpadłam na kolejne magiczne miejsce! Nazywa się ono LULU! No cóż za koincydencja zdarzeń! Oczywiście nie mogłam tam nie wejść. Piękna kamienica, urokliwe miejsce, dwa poziomy i tyle pięknych i wyjątkowych rzeczy! Bardzo długo zabawiliśmy w tych wnętrzach. Oglądałam i nie mogłam przestać. Miałam chęć zabrać ze sobą i to, i tamto. Skończyło się głównie na nasyceniu oczu, ale nie tylko…  Z LULU po prostu MUSIAŁAM wyjść z upominkiem od Lulu dla tak wołającego na mnie wnuczka! I wśród wielu zagranicznych drobiazgów, wypatrzyłam małego drewnianego, malowanego ręcznie konika, wykonanego przez polskiego artystę bądź rzemieślnika. Przyznam, że do takich miejsc chce się wracać.







Jednak nam czas był już wracać po nasze rzeczy i kierować się w stronę Dworca Głównego. Późnym popołudniem trzeciego dnia wizyty w Krakowie odjeżdżaliśmy pociągiem do Warszawy. W moim plecaku wiozłam coś od La Lilou, coś od Lulu oraz płytę z muzyką Arne Schmidta. Nie bardzo miałam chęć na powrót do stolicy, jednak radością wypełniała mnie myśl, że już za kilka dni wyruszę na północ, aby spotkać się z morzem





niedziela, 19 stycznia 2014

DZIEŃ MANTRY GAYATRI

Za oknem wieje wiatr i sypie śnieg. Przyszła piękna, biała zima. Kiedy obudziłam się rano, otworzyłam oczy i zaczęłam intonować Gayatri Mantrę. Wcale nie miałam ochoty wychodzić z ciepłego łóżka. Zawinęłam się w kołdrę, wtuliłam w poduszkę, przymknęłam oczy i ... śpiewałam. Śpiewałam i śpiewałam. Dawno tego nie robiłam, a przecież tak kocham muzykę. Kiedy mieszkałam sama, często śpiewałam mantry i głośno słuchałam ich z płyt. Jednak przez ostatnie półtora roku zdarzało mi się to sporadycznie - nie było sprzyjających warunków. A dzisiaj mantrowanie zadziało się spontanicznie, samo i popłynęło ze mnie czysto, lekko, radośnie, wlewając w ciało i duszę światło i radość właśnie.

Zatem dzielę się tym nastrojem i energią, ogłaszając dzisiejszy dzień DNIEM MANTRY GAYATRI.

Om Bhur Bhuvah Svah
Tat Savitur Varenyam
Bhargo Devasya Dhimahi
Dhiyo Yonah Prachodayat
Om Swaha

Śpiewanie tej mantry z głębi serca, łączy ze Źródłem wszelkiego Istnienia, wypełnia miłością, radością, wdzięcznością, spokojem, harmonią.

Jest to hinduistyczna, starożytna mantra, zapisana w sanskrycie.
Zobaczmy, co na jej temat można dowiedzieć się z Wikipedii:

Zapis w Dewanagari:
ॐ भूर्भुवः स्वः ।
तत् सवितुर्वरेण्यं ।
भर्गो देवस्य धीमहि ।
धियो यो नः प्रचोदयात् ॥
Transliteracja w IAST:
oṃ bhūr bhuvaḥ svaḥ
tat savitur vareṇyaṃ
bhargo devasya dhīmahi
dhiyo yo naḥ pracodayāt

Stanowi ona modlitwę do Sawitara (postaci Boga opiekującej się Słońcem), akcentujące medytację nad jego doskonałym światłem z prośbą o oświecenie intelektu. Istnieje wiele dobrych przekładów znaczenia, które się uzupełniają lub zawierają dodatkowe objasnienia. Jeden z typowych przekładów to:
"Oto Światłość ogarniamy (przenikamy); Cali światłością niebios przeniknięci; Światłem wszystko umacniamy!"

Mantra Gajatrī jest uważana za jedną z najświętszych mantr, czyli różańcowych modlitw hinduizmu. Hinduiści wierzą, że ma moc niweczenia karmy. Jest to praktyka codzienna wszystkich uczniów bramińskich w Indiach, recytowana trzy razy dziennie (sandhya) po 108 razy z użyciem mali (różańca).
Nazwa Gāyatrī ma podwójne znaczenie, raz jest to miara rytmu mająca 24 sylaby (tutaj 16 plus 8), nie licząc początku przed sylabą Tat, który jest dodatkiem. Dwa, Gāyatrī to Bogini Matka Ziemia, od którego to imienia zresztą pochodzi greckie słowo "Gaia". Bogini Gāyatrī żywi się promieniami wszystkoożywiającego aspektu słonecznego Boga, zwanego Sawitar. Jest też częścią Bogini Słońca Sawitri, czyli umiłowaną przez solarne Bóstwo. W potocznym rozumieniu jest to zasadnicza dla tradycji hinduistycznych modlitwa o światło, zrozumienie i wyzwolenie. Hinduscy guru (mistrzowie) uważają wręcz, że ktoś kto nie praktykuje Gāyatrī Mantry nie może być wyzwolony. Nie jest to pogląd odosobniony, a doktrynalne spory z buddystami dotyczą także konieczności praktykowania tej mantry dla wyzwolenia. Nawiązując do miary rytmu 24 sylab, zasada ta może dotyczyć praktykowania wszystkich mantr Rygwedy o takim metrum.

Tyle Wikipedia.
Osobiście nie wyznaję żadnej religii, natomiast chętnie czerpię z różnych systemów filozoficznych bądź religijnych to, co czuję jako odpowiednie i dobre na ten moment. Najważniejsza jest Intencja.

Zetknęłam się z wieloma wersjami wykonania Mantry GAYATRI.
Poniższa jest bardzo radosna, energetyczna, pobudzająca. Doskonała na rozpoczęcie dnia. I z nią właśnie rozpoczęłam dzisiejszy:



Bardzo lubię słuchać mantr w wykonaniu DEVY PREMAL.
Dzisiaj wybrałam dwie wersje GAYATRI Mantry, pierwsza w koncertowym wykonaniu Devy, Mittena i Manose, który przepięknie gra na flecie:



Druga z płyty THE ESSENCE:




piątek, 17 stycznia 2014

Moja Droga na Południe – KIERUNEK KRAKÓW



Po intensywnie spędzonej niedzieli spałam mocno głębokim snem. Poniedziałek obudził mnie słońcem zaglądającym przez firankę. Zbyszek zdążył już pobiec do pobliskiego sklepu po świeże bułki i jogurt, a ja zaparzywszy zbożową kawę wyciągnęłam pojemniczek z jaglanką, ugotowaną wczoraj w kuchni u Jana i Bożenki. Leniwy poranek i śniadanie przed domem wśród kwiatów dobiegał końca. Trzeba było ekspresowo się spakować i stawić na umówione spotkanie z Anią i Januszem.  Zatem żegnamy Pokoje pod Różą w Ciężkowicach i… witamy kolejne przygody!
Tym razem podróżujemy komfortowym samochodem i przede wszystkim – w doborowym towarzystwie. W drodze do Krakowa zatrzymujemy się w Lusławicach. To wyjątkowa okazja, by obejrzeć nowoczesne centrum koncertowe, o którym wcześniej nie miałam pojęcia. Okazuje się, że Małopolska może poszczycić się  nowym ośrodkiem kulturalnym. Jest nim Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach, gdzie w 2013 roku odbywał się festiwal muzyki „Emanacje”, z okazji Jubileuszu Krzysztofa Pendereckiego. Architektura prosta i nowoczesna, wewnątrz wszystko jeszcze pachnie nowością. Budynek usytuowany jest praktycznie w szczerym polu i przynajmniej dla mnie, jego pojawienie się na horyzoncie było zaskakujące.

Pobyt w Krakowie rozpoczynamy od krótkiej wizyty w hotelu na Starym Mieście, gdzie nasi gospodarze potrzebowali załatwić swoje sprawy. W zasadzie nic takiego, gdyby nie fakt, że był to skądinąd znany mi i wyjątkowy – Hotel Pod Różą. Cóż za zbieg okoliczności – Rose, rose w mojej głowie u Jana, Pokoje pod Różą w Ciężkowicach, Hotel Pod Różą na powitanie w Krakowie… później były jeszcze kolejne, przyciągające nas miejsca z różą w nazwie. Cokolwiek życie chciało nam przez to powiedzieć, trudno było te zdarzenia zignorować i oboje zwróciliśmy na nie uwagę. I właściwie nie powinnam się temu dziwić, ponieważ róża jest dla mnie symbolem duszy, a cała ta podróż miała zdecydowanie wymiar duchowy.

Tak więc przywitaliśmy się z miastem Kraka, rzec można – luksusowo. Ciekawy przeskok od bieszczadzkiej drewnianej chałupy bez prądu, do europejskiej klasy pomieszczeń Likusów. Stare Miasto w Krakowie w ogóle ma swój specyficzny urok (jak zapewne każde inne Stare Miasto w różnych pięknych miejscach naszego kraju…) i czuję się tam, tak jakoś… „wyżej”. Cudownym zbiegiem okoliczności mieszkanie Ani znajduje się dwa kroki od Rynku Starego Miasta, przy samych Plantach, w starej kamienicy, na ostatnim piętrze. Jest przestronne, klimatyczne, zapraszające. Poczułam się w nim tak… DOBRZE. Gościnność Ani i Janusza była w pełni szczera, naturalna, płynąca z serca. Wlali w moje serce i duszę tyle ciepła. Poczułam się w tym domu niesamowicie miękko, jakby potraktowano mnie znowu jak księżniczkę i podarowano coś znacznie cenniejszego niż pałac. Po tym wszystkim, co stało się moim udziałem przez ostatni rok-dwa, te bieżące wydarzenia stanowiły dla mnie cudowny balsam, magiczną odmianę i nagrodę od losu. Teraz, odświeżając w pamięci tamten czas wciąż czuję się obdarowana i głęboko wdzięczna. To wszystko było całkiem niespodziewane, zaskakujące i być może dlatego właśnie TAKIE WSPANIAŁE.




- Korzystajcie z czego chcecie. Czujcie się jak w domu. – Takie słowa usłyszeliśmy od Ani. Po czym niemalże w ułamku sekundy chwyciła zaparzacz, aby jeszcze nastawić dla nas kawę i oboje z Januszem uściskali nas serdecznie, odwiesili klucz na gwoździu i zniknęli za drzwiami. TACY LUDZIE to SKARB. DZIĘKUJĘ WAM!





W tym mieszkaniu naprawdę czułam się jak w domu, a zwłaszcza w kuchni pełnej filiżanek, kubeczków, talerzyków i innej ceramiki. Widać było kobiecą rękę i zamiłowanie do detali. W jadalni stał przepiękny drewniany stół, z grubych desek, które ponoć Ania odzyskała ze starych schodów i zleciła przerobić na stół.
Znowu mogłam wyspać się w szerokim, długim, wygodnym łóżku i miękkiej pościeli.
I kąpiel! Od przeszło trzech lat nie mam dostępu do wanny i korzystam ze skądinąd wygodnych natrysków. Ale wanna, możliwość położenia się w gorącej wodzie z pianką – to takie odprężające i potrzebne, zarówno dla ciała jak i dla zmysłów.







czwartek, 16 stycznia 2014

INSPIRACJE z własnego dziennika i SEN O PRZEBUDZENIU


Te najbardziej oczywiste nauki, wskazówki, rady czy stwierdzenia, potrzebują częstego wracania do nich, przypominania sobie i powtarzania ich. Mają niestety tendencję do zanikania w naszej pamięci, bądź rozpływania się w natłoku codzienności.
Zajrzałam do swojego zeszłorocznego dziennika – zeszytu, w którym zapisywałam niektóre wydarzenia, swoje przemyślenia, odczucia, sny, stany emocjonalne oraz inspiracje.
Wypadła z niego kartka, z takimi zapiskami:

MÓWIĘ  ŻYCIU TAK, a ono obficie wyposaża mnie we wszystko, czego potrzebuję.

Przestać się ukrywać, żyć swoją Prawdą, żyć szczęśliwie.
Porzucić wszystko, co czyni Cię nieszczęśliwym.
Przestać uwiązywać się do czegokolwiek – do myśli, planów, rzeczy, pieniędzy, ludzi, miejsc.

Uwolnić się od przywiązania.

Przestać się martwić o to, co będzie jutro. I wyjść z systemu, który wysysa z ciebie energię, który więzi. Zmienić sposób myślenia.
Szanować siebie takim, jakim się jest. Być szczerym wobec siebie. Być NA TAK z życiem.
Dostrzegać możliwości, zamiast problemów.
Przestać oskarżać samego siebie i przestać siebie krytykować – to jest krzywdzenie siebie.

Dostrzegać drugą stroną monety – inne aspekty danej sytuacji.

Przestań żyć nieszczęśliwym życiem, którego nie lubisz i w którym nie akceptujesz siebie!
Zdecyduj, że chcesz żyć swoim własnym życiem, swoją Prawdą, być wdzięcznym za wszystko, czego doświadczyłeś. I szanuj to, kim jesteś.

NAJŁATWIEJ JEST, KIEDY SĄ PIENIĄDZE.
Nie trzeba szukać specjalnych rozwiązań. Kupujesz to, czego potrzebujesz.

Kiedy nie masz pieniędzy – uruchamiasz swoją kreatywność, dostrzegasz możliwości jakich w innej sytuacji nie widziałbyś, ponieważ nie potrzebowałbyś tego.

Niech twoje doświadczenia będą tym, co obserwujesz i wyciągasz wnioski, a  nie tym, co ciebie kontroluje.
Obserwuj przepływające wydarzenia – bądź OBSERWATOREM.
Przyglądaj się im, zachowuj uważność i bądź świadom tego, co się wydarza, zachowując wewnętrzną równowagę. Jeśli pozostajesz stale w teraźniejszym momencie, w chwili obecnej – jedynej jaka istnieje naprawdę – te wydarzenia nie wpływają na ciebie, nie mogą wytrącić cię ze stanu równowagi, bo widzisz jak wszystko przepływa.

Ty jesteś nieskończonym Duchem, Świadomością.
Doświadczasz, czujesz, obserwujesz, ale nie jesteś kontrolowany przez to, czego doświadczasz.

WSZYSCY INSPIRUJEMY SIEBIE NAWZAJEM.

Kiedy poddajesz się strachowi i lękom – tracisz połączenie z Tu i Teraz, ze Świadomością. Zewnętrzna iluzja przejmuje nad tobą kontrolę.
Przejmij stery, decyduj sam co chcesz robić i jak chcesz żyć. Zachowuj świadomość, wyjdź z kontrolującego umysłu. Rób to, co TY wybierasz. Dostrzegaj intencje swojej duszy.

Jeśli patrzysz tylko na zewnętrzne środowisko nie widzisz tego, co najważniejsze.
Dbaj o własne środowisko wewnętrzne – INNER EKOLOGIA!

Na nic zdadzą się pro-ekologiczne działania człowieka, którego środowisko wewnętrzne jest zatrute, a on sam zionie toksynami na otaczający go świat.

Potrzebuję realizować swój najwyższy potencjał.
Pragnę i potrzebuję realizować potencjał swojej Duszy.



SEN O PRZEBUDZENIU

Sny odgrywają ważną rolę, jeśli jest się na nie otwartym i rozróżnia się marzenia senne od przekazów i wizji. Moje doświadczenie obserwowania, zapisywania i interpretowania snów jest więcej niż 6-letnie. Z jednej strony dużo, z drugiej prawie nic. W tym wypadku istotny jest nie tyle staż, ile intensywność pracy ze snami i ich znaczeniem. Moje sny wielokrotnie miały swoje odzwierciedlenie w realnym życiu i wydarzeniach. Bywały ostrzeżeniem lub zapowiedzią. Część z nich nadal czeka na właściwą interpretację. Zawsze dają do myślenia i skłaniają do refleksji. Wracam do nich nawet po długim czasie i wciąż na nowo mnie inspirują. Wiem, że mogą też inspirować innych.

Przewracając kartki swojego dziennika zatrzymałam się na takim ubiegłorocznym śnie:

„Uśmiechnięty mężczyzna, gospodarz domu w którym mieszkam, zagląda do mojego pokoju – teraz, rano – mówiąc „PUK, PUK”. Bardzo chciałam obudzić się i podnieść z łóżka, aby odpowiedzieć na jego radosne powitanie, ale nie byłam w stanie. Zamknęłam oczy i zapadłam z powrotem w głęboki sen.
Jeszcze przez chwilę widziałam dzieci, które przyszły razem z mężczyzną.
Jakaś dziewczynka podśpiewując kręciła się w kolorowej spódnicy.

Potem nastąpił przeskok w drugi sen.
Jestem z moim byłym partnerem. Jesteśmy razem. Jest radośnie, beztrosko, łączy nas zmysłowość. Ważne w tej sytuacji jest to, że nie jestem sama. Jestem z NIM i dobrze się czuję. Jest pożądanie i jest poczucie ciepła i bezpieczeństwa.”

Pod opisem snu zapisałam nasuwające się wówczas wnioski:
1. Część pierwsza – pierwszy sen – kiedy puka mój gospodarz była NIEZWYKLE REALNA. Aż chciałam zapytać go, czy przychodził do mnie rano…
To było PUKANIE, abym się OBUDZIŁA.
A ja nie byłam w stanie pokonać senności, sen dosłownie wciągnął mnie.

2. Część druga – drugi sen – z byłym partnerem, to wyraz moich pragnień i tęsknot do mężczyzny, do zmysłowości, czucia że jestem kobietą, do bycia pożądaną oraz otoczoną opieką.

3. PUK PUK – OBUDŹ SIĘ!
Czyżbym tkwiła w jakimś nierealnym śnie?


Teraz ponownie weszłam w głębię tego snu i popłynęły refleksje:

Przestać myśleć o jakimś ONYM, który pojawi się w moim życiu i o mnie zadba, zapewni mi poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego i emocjonalnego.
To ja sama, w mojej obecnej rzeczywistości, mam zadbać o siebie, zająć się sobą, zatroszczyć się o to, żeby było mi dobrze, ciepło i to ja sama mam dać sobie poczucie bezpieczeństwa. Mam czuć się bezpieczna sama ze sobą. Mam przestać czekać i marzyć, że ktoś zrobi to za mnie. Mam żyć swoim życiem, a ono dostarczy mi to, co NAPRAWDĘ jest mi POTRZEBNE.

Ten sen pokazał mi bardzo jasno i wyraźnie, że wciąż silne są we mnie UKRYTE PRAGNIENIA. I one okazują się być silniejsze niż moje szczere i mocne chcenie, aby wstać i odnaleźć się w bieżącym, realnym życiu.

W pierwszej, tak realnej części snu bardzo chciałam wstać. I de facto odpowiedziałam na to pukanie - PUK,PUK! Otworzyłam oczy, zaczęłam się podnosić, zobaczyłam kto przyszedł i chciałam wyjść z łóżka, jednak SEN-MARZENIE był silniejszy, pociągnął mnie w dół , ponieważ tam czekała na mnie urocza ILUZJA. Bardzo miła i zmysłowa, ale tylko iluzja. I ja doskonale wiem, że dobrze byłoby mi do pewnego momentu i trwało by to dość krótko. Dlaczego? Ponieważ szybko poczułabym, że nie jestem wolna, że jestem uzależniona. Nasyciłabym się tym kuszącym nektarem, a później poczułabym pustkę. I nie chodzi o to, że tylko sama mogę być szczęśliwa. Nie. Chodzi o to, że świadomie chcę spotkać tę PRAWDZIWĄ MIŁOŚĆ, która jest WOLNOŚCIĄ, jest MIŁOŚCIĄ BEZ WARUNKÓW, BEZ OCZEKIWAŃ. I TAKĄ MIŁOŚĆ chcę DAWAĆ.
A moje głęboko ukryte pragnienia, aby to ktoś dał mi bezpieczeństwo przeczą temu, ponieważ są oczekiwaniami. One z kolei prowadzą do zniewolenia i cierpienia.
I co ciekawe – akurat ten mężczyzna, ten konkretny były partner wcale nie dawał mi poczucia bezpieczeństwa, a związek z nim był wyjątkowo toksyczny i oparty głównie na seksie i pożądaniu. Można rzec, że stanowił narkotyczny lek na samotność i niskie poczucie własnej wartości…

Mój sen stanowi wezwanie do przebudzenia. I jest dla mnie samej zaskoczeniem.
Owszem, byłam świadoma tych pragnień, jednak myślałam, że mam nad nimi kontrolę. Nie przypuszczałam, że są na tyle silne, aby z powrotem wciągnąć mnie w sen, w świat iluzji, z którego już dawno postanowiłam się obudzić.

I ostatnia refleksja – kto i jak mnie budzi?
Przyszedł do mnie uśmiechnięty mężczyzna - ojciec rodziny, a wraz z nim dzieci. Dziewczynka podśpiewuje i kręci się w kolorowej spódnicy.
Myślę, że jest to sposób, aby zwrócić moją uwagę na ludzi wokół  mnie. Abym wyraźniej zauważała ludzi uśmiechniętych, radosnych i życzliwych. Dzieci symbolizują swoistą niewinność i mądrość, beztroskę nawet oraz kolorowe, wesołe życie. I warto to wszystko docenić.



środa, 15 stycznia 2014

Dzisiejsze inspiracje – Jestem na swojej Drodze i opowiadam, co na niej widzę.


Dr Wayne Dyer inspiruje mnie od dawna. Uwielbiam słuchać jego wykładów. Jest w nim tyle radości, lekkości, uśmiechu i taka swoista  miękkość. Jego książka „Pokochaj siebie”, którą pierwszy raz wzięłam do ręki w 2004 roku, właściwie zrewolucjonizowała moje życie. Dała mi to, czego tak bardzo potrzebowałam – potwierdzenie, że wcale nie musi być tak, jak uczono mnie od małego i że dbanie o siebie, poczucie swojej wartości i kochanie siebie jest czymś naturalnym, na co zasługuję i co warto w sobie budować. Kilka lat wcześniej równie silnie wpłynęła na mnie książka Paulo Coehlo „Alchemik”, która pomogła mi wskrzesić w sobie odwagę, by podążać za głosem swego serca i spełniać własne marzenia.

Dziś Dr Wayne Dyer przyszedł do mnie z takimi słowami:
„IF YOU HAVE A CHOICE BETWEEN RIGHT OR KIND, CHOOSE KIND.”

Czasami jeszcze mnie korci... bywa, że przez chwilę ulegam… a jednak - świadomie odpuszczam udowadnianie swoich racji. Idę swoją drogą i tylko opowiadam, co na niej widzę.

Źródło: Internet




Nicola Tesla pojawił się z takimi słowami:
„MY BRAIN IS ONLY A RECEIVER. IN THE UNIVERSE THERE IS A CORE FROM WICH WE OBTAIN KNOWLEDGE, STRENGHT AND INSPIRATION. I HAVE NOT PENETRATED INTO THE SECRETS OF THIS CORE, BUT I KNOW THAT IT EXISTS.”

Źródło: Internet


Mój mózg to jedynie odbiornik fal – wibracji - informacji, a przecież we Wszechświecie istnieje Źródło/Rdzeń/Pole energetyczne czy morficzne/BÓG – to tylko słowa, określające to samo miejsce/PRZESTRZEŃ KREACJI, bez którego nie byłoby nas tutaj. To z niego otrzymujemy wiedzę, siłę i inspirację. Ja również nie przeniknęłam wszelkich tajemnic tego Źródła, ale czuję i WIEM, że ono istnieje. Że JEST. Trzeba się tylko do niego dostroić. I to bywa najtrudniejsze, ponieważ wymaga pozbycia się dotychczasowego zaprogramowania i zwrócenia się do wnętrza. I zaufania, że to poprzez swój wewnętrzny świat potrafimy połączyć się z całym wszechświatem.
A potem już nie tyle zaufania, co pewności, WIEDZENIA. I działania, zamiast próbowania.
Tak jak mówił Morfeusz do Neo:
- Don’t think you are. You know you are.
- Stop trying to hit me and hit me!



Jak powtarzał jeden z moich Nauczycieli – BĄDŹ W PUNKCIE.
I bądź OBSERWATOREM.
Pozostawanie W PUNKCIE, to pozostawanie w STANIE NEUTRALNYM, niezależnie od wydarzeń. To NIE poddawanie się emocjom. BYCIE POZA EMOCJAMI.  To przede wszystkim uwolnienie tak silnych na Ziemi emocji strachu, gniewu, nienawiści, ale także tych leżących na przeciwnym biegunie, jak popadanie w euforię która jest jak narkotyk, bądź w miłość warunkową, toksyczną będącą najczęściej wynikiem lęków i braku poczucia własnej wartości.

A chodzi o to, żeby połączyć serce i umysł i dostroić się do uniwersalnego źródła we Wszechświecie, aby przyjmować zeń strumień życiodajnej energii - siłę, inspirację i wiedzę. Przejść z mózgu do serca…

Być w PUNKCIE, w ZERZE, w Tu i Teraz. Nie gromadzić wiedzy. Odbierać to, co potrzebne jest w tej chwili. Pozwolić na Przepływ. Swobodny przepływ informacji. Pozostawać w stanie, jaki pozwala zawsze, w każdym momencie mieć dostęp do źródła informacji. Nie potrzeba gromadzić wiedzy, bo po co? Kiedy pozostaję w łączności z tą uniwersalną wiedzą, to wystarczy że pomyślę, iż czegoś teraz potrzebuję, na przykład wiedzieć JAK COŚ ZROBIĆ, jak coś zbudować, jak coś uzyskać lub skąd – kiedy pozostaję w tym przepływie, właściwa potrzebna teraz informacja sama do mnie dociera i już WIEM. Nie trzeba gromadzić instrukcji obsługi do wszystkiego, ponieważ one zawsze są „w zasięgu ręki”, to jak sięganie odruchowo po właściwą książkę, tę jedną z miliona w ogromnej bibliotece. To POZWALANIE, aby spływała na mnie INSPIRACJA.

Pozostawać w kontakcie ze sobą samym, ze swoim CENTRUM wewnętrznym oraz pozostawać w łączności ze ŹRÓDŁEM, z twórczą energią Wszechświata, z polem powszechnej wiedzy, dostępnej dla każdego, kto pozostaje w stanie pozwalającym z tej wiedzy korzystać dla DOBRA własnego i innych.

Odnoszę wrażenie, że aby taki stan osiągnąć, niezbędne jest wyzbycie się napięć, uwolnienie od nacisków i presji (zewnętrznych i wewnętrznych), nabranie wewnętrznej miękkości i łagodności, nie wymuszanie niczego, nie wysilanie się, a po prostu BYCIE i POZWALANIE, aby swobodnie działo się to, co dziać się ma. Myślę też, że aby to było skuteczne oraz bezpieczne, niezbędne jest wyklarowanie własnych intencji oraz nabranie umiejętności trafnego rozróżniania CO JEST CZYM, aby nie dać się wypuścić na manowce umysłu lub iluzje tworzone przez różne pasożyty energetyczne. Tak więc wymaga to nieustannej pracy nad sobą, ukierunkowania na odbieranie i czynienie dobra. Niezbędne jest konsekwentne podążanie obraną drogą i pamiętanie, że zawsze mogą pojawić się pułapki, w postaci kuszenia łatwiejszą drogą, na której jednak ceną jest oddanie swej wolności.

Wolność wymaga zdecydowania, konsekwencji i odwagi.

Wciąż się uczę. Badam, odkrywam, praktykuję, potykam się, uczę się.


ZERWIJ SIĘ KU WOLNOŚCI…

Źródło: Internet





niedziela, 12 stycznia 2014

MALINOWA ZIMA - czekoladowy szejk z malinami




Maliny zimą? O, tak! Nie świeże, nie mrożone – suszone!

Dostałam w prezencie pyszne suszone maliny i wpadłam na pomysł, aby urozmaicić zimowy jadłospis smakiem lata. Czekolada i maliny są, jak dla mnie, smakowitym połączeniem. A kiedy bazę stanowią słodkie daktyle i dojrzałe banany robi się i pysznie i zdrowo. Zwłaszcza, że czekoladowość uzyskałam dodając dwie łyżeczki surowego kakao, które zachowuje wartościowe składniki odżywcze, zawarte w ziarnach kakaowca. Smak oraz odżywczość szejku wzbogaciłam poprzez użycie włoskich orzechów, które między innymi są dobrym źródłem korzystnych dla zdrowia kwasów tłuszczowych. Orzechy najpierw zalewam wrzątkiem i odlewam tę wodę, aby je oczyścić oraz pozbawić goryczki, po czym zalewam ponownie i namaczam przynajmniej pół godziny, zlewając i tę wodą, w której również zawarta jest gorycz. Taka jest moja wypróbowana metoda. Ale z pewnością ani najlepsza, ani jedyna. Używam składników ekologicznych, jeśli tylko mam do nich dostęp. Zwłaszcza dotyczy do suszonych owoców i wiórków kokosowych, które w wydaniu konwencjonalnym zawierają siarkę i inne dodatki. Mleka roślinne zawsze stosuję BIO.

Zatem do konkretów:
- 2 dojrzałe banany
- 4 namoczone daktyle
- 1 łyżka suszonych malin
- garść sparzonych i namoczonych włoskich orzechów
- 1 łyżka wiórków kokosowych
- 2 łyżeczki surowego kakao
- cynamon i kardamon mielony do smaku
- mleko owsiane lub sojowe – ilość zależna od konsystencji, jaką chce się uzyskać (można użyć wodę zamiast mleka)

Wszystkie składniki miksujemy. Wystarczy do tego ręczny blender, tzw. żyrafka i wysoki pojemnik. W zależności od możliwości blendera oraz upodobań można uzyskać całkowicie gładką konsystencję lub lekko ziarnistą, gdzie wyczuwalne pozostają drobinki malin, kokosa i orzechów. SMACZNEGO I NA ZDROWIE!




czwartek, 9 stycznia 2014

SPIRULINA oraz aktywna forma Wit. B12



Na początek kilka słów przypomnienia cóż to takiego, ta spirulina:

„Spirulina to niebiesko-zielona mikroalga, która od wieków była stałym elementem jadłospisu wielu kultur na świecie. Obecnie uprawia się ją na farmach ekologicznych w ciepłym i łagodnym klimacie Hawajów. Jeśli zostaje zachowana metoda ostrożnego suszenia rozpyłowego, w niskiej temperaturze, do postaci proszku, wówczas zachowane zostają wszystkie składniki odżywcze.

Hawajska spirulina jest jednym z najbardziej wartościowych, wysokiej jakości pokarmów roślinnych świata. Można nazwać ją kompleksowym środkiem spożywczym, gdyż jest multiwitaminowym naturalnym produktem, udostępniającym duże ilości organicznych minerałów, pierwiastków śladowych, enzymów i pigmentów, a także doskonale przyswajalne białko, którego zawartość w spirulinie jest trzy razy większa aniżeli w porównywalnej ilości mięsa. Fascynująca jest doskonała biodostępność odżywczych składników w spirulinie, zapewniająca właściwe wchłanianie i włączenie ich w proces przemiany materii. Już 6 tabletek hawajskiej spiruliny dziennie jest optymalną podstawą zdrowego odżywiania komórek naszego ciała.”

"Niebiesko-zielona mikroalga spirulina jest cyjanobakterią, należącą do grupy bakterii właściwych. Z kolei zielona alga chlorella jest rośliną eukariotyczną. Obie bogate w składniki odżywcze, uzupełniają się w swoim oddziaływaniu na organizm człowieka. Jorg Ullmann (dyplomowany biolog) i Dr Martin Ecke (dyplomowany chemik) tak podają w swojej publikacji „Chlorella, AFA, Spirulina”:

„Chlorella jest najlepiej zbadaną rośliną na świecie i była używana przez ponad 100 lat jako modelowy organizm do badań botanicznych. Jej oddziaływanie na organizm człowieka było obiektem studiów przez około 80 lat. Nie może więc budzić kontrowersji twierdzenie, że chlorella uprawiana w czystym środowisku, może być używana jako zdrowa żywność. Właściwości czystej spiruliny, która była od wieków stałym elementem jadłospisu wielu kultur na świecie, zostały w przybliżeniu tak samo dobrze zbadane. Wysoka zawartość protein, jak również nienasyconych kwasów tłuszczowych i wielu witamin i minerałów, sprawia że chlorella i spirulina są wartościowym suplementem ludzkiej diety. Co więcej, ostatnie naukowe badania wskazują, że różne składniki tych alg wykazały immunomodulacyjne właściwości, które podnoszą ich atrakcyjność w obszarze zastosowań medycznych.”

Źródło: Energy of Life


Ponieważ temat witaminy B12 oraz jej aktywnej bądź nie aktywnej formy wywołał dyskusję, postanowiłam dotrzeć do – wg mnie – wiarygodnego źródła i sprawdzić jak to jest.
Otóż mam przed sobą ulotkę informacyjną, dotyczącą spiruliny hawajskiej importowanej i dystrybuowanej przez niemiecką firmę IVARSSON’S. Właśnie tę spirulinę osobiście stosuję od przeszło roku i mogę potwierdzić jej wysoką jakość, a także wyraźnie zauważalny pozytywny wpływ na stan mojego organizmu (większa witalność, wzmocnione twarde paznokcie, które wcześniej były słabe i cienkie oraz mocniejsze i gęstsze włosy – to konkrety „od ręki”).

Jeżeli chodzi o wiarygodność danych, przekazywanych przez firmę IVARSSON’S, to dla mnie – ale oczywiście nie znaczy to, że również dla innych – pewną gwarancją jest osoba założyciela i właściciela tej firmy. Otóż Pan Ivarsson jest człowiekiem kompetentnym i zaangażowanym osobiście w tematykę działań związanych z dbałością o witalność i zdrowie organizmu człowieka. Przewertowałam informacje dotyczące zarówno firmy, jak i jej szefa. Rozmawiałam z polskim importerem jego produktów, który osobiście poznał Pana Ronalda i ma o Nim jak najlepsze zdanie. Produkty tej firmy stosowane są przez wielu sportowców, również polskich, którzy chwalą sobie ich efektywność.

Zacytuję informacje ze strony polskiego importera, firmy Energy of Life:
„Założyciel firmy, Ronald Ivarsson, jest wykształconym lekarzem medycyny. Przez wiele lat prowadził praktykę lekarską. Zafascynowany działaniem ludzkiego organizmu badał zachodzące w nim procesy. Obecnie Pan Ivarsson rozpowszechnia wiedzę dotyczącą zdrowia ludzi oraz dostarcza na rynek naturalne produkty, zawsze dbając o ich najwyższą jakość. Od wielu lat jest wiodącym dostawcą certyfikowanej organicznej spiruliny (US Standard) w Europie.”
http://www.energyoflife.pl/ivarsson/ivarsson.html



Wygląda na to, że Pan Ivarsson wie o czym mówi, a działalność biznesową prowadzi w oparciu o własne zaangażowanie oraz wiedzę zdobytą przez lata praktyki w zawodzie lekarskim.

A więc jak to jest z tą witaminą B12 w spirulinie?
Przytoczę dane z oryginalnej, niemieckiej ulotki informacyjnej IVARSSON’S, dotyczące istotnych składników spiruliny hawajskiej i ich wpływu na zdrowie:

„WITAMINA B12 służy utrzymaniu zdrowia naszych komórek nerwowych.
Spirulina jest jedną z niewielu roślin, które tę witaminę zawierają w aktywnej formie.”

Zatem – na zdrowie!

I przypomnę jeszcze, że mikroalga spirulina jest cyjanobakterią, należącą do grupy bakterii właściwych, a to właśnie bakterie posiadają zdolność wytwarzania aktywnej formy witaminy B12.

A jeśli ktoś zechce drążyć dalej i dowiedzieć się na jakiej podstawie Pan Ivarsson zawarł taką informację w ulotce, odsyłam na stronę https://esovita.de/info/mein-kontakt.html
Dla mnie osobiście takie drążenie jest zbędne. Ważniejsze jest dla mnie uważne słuchanie własnego organizmu, aby czuć i wiedzieć co mi służy, a co nie i czego w tym momencie potrzebuję. Nikogo do niczego nie namawiam, mówię tylko jaką drogę obrałam, podkreślając, że każdy swoją drogę ma.

Jeżeli ktoś uważa i przekonuje, że jakaś witamina w przyrodzie nie występuje i rośliny jej nie zawierają, to mam chęć zapytać po co w ogóle jej szukać, a zwłaszcza suplementować ją za pomocą syntetycznych tabletek, z których organizm przyswoi znikomą ilość, natomiast straci energię na oczyszczenie się z wszelkich substancji dodatkowych i wypełniaczy. Polecam ku rozwadze. I niech każdy robi, co mu serce/rozum/intuicja dyktuje, bo też każdy sam za siebie i swoje decyzje odpowiada.



poniedziałek, 6 stycznia 2014

Moja Droga na Południe - WSZYSTKO UKŁADA SIĘ NA WŁAŚCIWE MIEJSCE I SPEŁNIAJĄ SIĘ MARZENIA




Doprawdy im mniej planuję, tym więcej się wydarza. Im mniej oczekuję, tym większa obfitość na mnie spływa. Synchroniczność wszechświata dba o przepływ i harmonię. Potrzeby są realizowane.

W sobotę późnym wieczorem Jan odwiózł nas do pensjonatu Pokoje Pod Różą, przy Rynku w Ciężkowicach. Rozgościliśmy się i przed zaśnięciem jeszcze chwilę spędziliśmy w ogrodzie przed domem, wdychając świeżość wieczornego powietrza, pachnącego aromatem letnich kwiatów.

Niedziela. Małe miasteczko staje się ciche. Ciszę przerywają dźwięki muzyki. Nasłuchuję… Czyżby i tutaj orkiestra grała na ulicach? Wychodzimy na wycieczkę do Kamiennego Miasta. Idziemy, a ja rozglądam się za źródłem muzyki. Po drodze okazuje się, że w remizie strażackiej odbywa się próba orkiestry. Dzień jest ciepły, słońce zalewa okolicę światłem. Jest tak radośnie, lekko, wakacyjnie. Ta wycieczka nie jest jednak długa. Choć leśny, urozmaicony teren zachęcał do łazikowania a głazy i kamienie wydawały się ciekawe i intrygujące, źle poczułam się w tym miejscu i chciałam je czym prędzej opuścić.
Kiedy wracamy z Kamiennego Miasta próba orkiestry wciąż trwa. Muzyka nas prowadzi.
Prowadzą nas również wydarzenia. Okazuje się bowiem, że w Pokoju Pod Różą możemy zostać jeszcze tylko jedną noc, a nie – jak planowaliśmy – dwie, o czym zawiadomiła nas właścicielka. Na razie nie wiemy co dalej, ale wygląda na to, że powrót do Warszawy zamiast we wtorek, może nastąpić już w poniedziałek.



Ale póki co jest niedziela i postanawiamy zrobić sobie wycieczkę w górę, do wyżej położonych siedlisk Ciężkowic. Chcemy pójść do lasu na grzyby i odwiedzić przyjaciół Zbyszka. Przed nami kilka kilometrów drogą pod górę. Pogoda dopisuje i robi się coraz cieplej. Nie jestem wprawnym piechurem, jednak trzymam się dzielnie. Tego dnia zrobię w sumie jakieś piętnaście kilometrów. Dla mnie to radosne osiągnięcie. Jeszcze całkiem niedawno obawiałam się, że już nie będę w stanie biegać, a tym bardziej wspinać się pod górę. Po moich przejściach zdrowotnych i stanach wyczerpania tak silnego, że przygotowanie sobie śniadania stanowiło wyzwanie, a przez pół doby ciało potrzebowało spać, momentami nie wierzyłam, że jeszcze coś ze mnie będzie. A jednak. Chodzę, truchtam i to coraz lepiej. Przekonałam się już kilkakrotnie, że to stany umysłu zawiadują moim samopoczuciem i kondycją organizmu, a główną przyczynę chorób stanowią emocje i kiepski stan psychiczny. Kiedy przebywam wśród odpowiednich ludzi, w przyjaznym mi otoczeniu, a zwłaszcza gdy mam przestrzeń i bliskość Natury, wówczas moja kondycja poprawia się, czuję w sobie witalną energię i zwyczajnie CHCE MI SIĘ ŻYĆ!


Grzybów znaleźliśmy zaledwie garść, ale w nagrodę trafiliśmy na leśną jabłonkę, która obrodziła tak obficie, że jej gałęzie aż się uginały. Zebraliśmy całą torbę smakowitych owoców i udaliśmy się z wizytą do Ani i Janusza. Ich gospodarstwo jest malowniczo położone i czułam się tam wspaniale. Spotkałam się z serdeczną gościną ludzi o otwartych sercach. Mieliśmy tam zajrzeć dosłownie na chwilę, a zabawiliśmy dobrych kilka godzin. CUDOWNIE JEST SPOTYKAĆ TAKICH LUDZI. I już do nich tęsknię!


Czułam się, jakbym odwiedziła starych znajomych. Rozmawialiśmy swobodnie na różne tematy, zwłaszcza te które szczególnie mnie interesują, a które rzadko znajdują zainteresowanie i zrozumienie u innych. Trafiłam do ludzi żyjących blisko Natury, którym sprawy duchowe i – nazwijmy to - kosmiczne, są bliskie. W trakcie rozmowy w naturalny sposób pojawiła się kwestia naszego noclegu w pensjonacie i konieczności wcześniejszego powrotu. I cóż się okazało? Otóż całkiem „przypadkiem” Ania i Janusz wybierali się następnego dnia do Krakowa. Zaproponowali, że nas zabiorą ze sobą samochodem, a z Krakowa do Warszawy wygodnie możemy pojechać pociągiem.
Och jej! Moje oczy rozbłysły radosnymi iskierkami! Kraków! Tak długo marzył mi się pobyt w Krakowie! A tu taka koincydencja! Popatrzyłam na Zbyszka i bez wahania zapytałam, czy w takiej sytuacji moglibyśmy choć na dzień-dwa zatrzymać się i pochodzić po Krakowie!?
Zbyszek nie wzbraniał się, ale właściwie nie zdążył za wiele odpowiedzieć, ponieważ Ania zaraz zaproponowała:
- Możecie zatrzymać się w naszym mieszkaniu w Krakowie. Akurat nikogo tam nie ma, jest wolne do końca tygodnia. I przy samych Plantach.
Gdyby ktoś mógł w tym momencie sfotografować moją twarz, moją minę, mój zachwyt i moje pytające spojrzenie skierowane na Zbyszka… I tak wielkie NIEDOWIERZANIE. Czy to DZIEJE SIĘ NAPRAWDĘ, czy może ja śnię?!
Taka synchroniczność zdarzeń, która znowu się powtarza. Czy to nie jest Cu-do-wne?
Zbyszek bez wahania przyjął to, co życie samo podsuwało.

Za zdjęcie dziękuję Zbyszkowi.


Tymczasem słońce chyliło się ku zachodowi. Żegnaliśmy się wiedząc już,  że nazajutrz spotkamy się ponownie i wyruszymy we wspólną podróż do Krakowa. Jednak ten dzień jeszcze się nie skończył. Chociaż powoli zapadał wieczór, my podążaliśmy z wizytą do Jana Gabriela i Bożenki. Zawitaliśmy do ich ciepłego domu, gdzie mogłam ugotować kolację. Jana grzybobranie okazało się udane. W piecu dogasał ogień, po sieni roznosił się aromat suszonych grzybów. Dobrze było usiąść przy stole i odczuwać tuż obok wibrującą energię, przepływającą przez Jana. Nieoczekiwana życzliwość i ciepło spłynęły na mnie również ze strony goszczącej tam właśnie mamy Bożenki. To wszystko naprawdę było niesamowite. Poczułam się dotknięta przez dwie na swój sposób wyjątkowo bliskie mi dusze.
Kiedy opuszczaliśmy dom Jana, na zewnątrz panowała już noc. Przed nami kilka kilometrów marszu. W całkowitych ciemnościach szliśmy przez las. Było tak ciemno, że nie widziałam gdzie stąpam. Nadałam jednak takie tempo, że mało nóg nie pogubiłam. Dookoła las, zapewne pełen dzikich zwierząt i nie wiadomo czego jeszcze… trzymałam Zbyszka za rękę i kazałam mu oświetlać ścieżkę komórką… i cały czas coś gadałam, żeby tylko przypadkiem nie usłyszeć jakichś tajemniczych odgłosów z lasu… Umysł usiłował podsuwać mi obrazy, wywołujące strach, jednak nie pozwoliłam im się rozwijać. Odczuwałam pewien niepokój, ale równocześnie wiedziałam, że nic złego stać się nam nie może oraz czułam, że przechodzę coś w rodzaju testu… cóż, w rzeczy samej cała ta podróż – wpierw na południe, później na północ – była z jednej strony magicznym spełnianiem marzeń, lecz z drugiej wystawianiem mnie na próby i ciągłym pokonywaniem trudności; byłam obdarowywana niespodziankami i prezentami, a równolegle wykonywałam konkretną wewnętrzną, duchową pracę.

To był wspaniały, wyjątkowy a także intensywny dzień.
Tak naprawdę każdy dzień jest wyjątkowy.
Synchroniczność działa w życiu każdego, jeśli tylko jest się otwartym i gotowym, aby ją przyjmować.
Cuda dzieją się każdego dnia – wystarczy je dostrzec.




piątek, 3 stycznia 2014

Moja Droga na Południe - W DOMU JANA





RÓŻA I TĘCZA

Przed dziewiątą rano pożegnaliśmy drewniany bieszczadzki dom i objuczeni tobołami schodziliśmy z górki w dół, do szosy, aby lokalnym autobusem dojechać do Sanoka. Ostatnia szansa na podziwianie bieszczadzkich widoków. W Sanoku trzeba było poczekać około trzech godzin na autobus do Tarnowa. Szczęśliwie się złożyło, ponieważ w tym czasie zdążyłam odebrać gotowe, nowiutkie okulary oraz zrobić małe sprawunki. Po kilku godzinach jazdy mieliśmy postój na dworcu w Tarnowie, skąd kolejnym autobusem dojechaliśmy do Ciężkowic. Tam czekała już na nas Beata i zapakowawszy się do jej samochodu zostaliśmy dowiezieni bezpośrednio do siedliska Jana – do domu na górze. Mieliśmy tam spędzić pierwszą noc i dzień, a kolejne trzy noce w pensjonacie przy Rynku, w Ciężkowicach. Zajechaliśmy pod wieczór. Jan serdecznie nas przywitał razem ze zwierzęcą świtą. Byliśmy mocno zmęczeni całodzienną podróżą, więc po krótkich pogaduszkach przy herbacie z rozkoszą wskoczyłam pod prysznic z ciepłą bieżącą (!) wodą i udałam się na piętro do przytulnego, gościnnego pokoju. Tutaj czekała mnie kolejna rozkosz – szerokie, wygodne łóżko i miękka, cieplutka pościel. Otuliłam się kołdrą, buzię wtuliłam w poduszkę i zapadłam w głęboki, spokojny sen. Czułam się taka bezpieczna, jak u Ojca w Niebie. W tym ciepłym, puchatym łóżku spałam jak niemowlę. Kiedy obudziłam się rano, w mojej głowie wyraźnie wybrzmiewały słowa: ROSE, Rose…




Dzienne światło pozwoliło podziwiać wnętrze i otoczenie domu w całej okazałości. Przyglądałam się drewnianym ścianom i detalom wykończenia, o które dbał sam Jan. Prawdziwy piec w dolnym pomieszczeniu tworzy wyjątkowy klimat. Chłonęłam atmosferę tego miejsca i czułam się jak w rodzinnym domu. Odkąd się obudziłam odczuwałam wewnętrzną Błogość. Coś, czego nie sposób właściwie przełożyć na słowa, ponieważ jest to własne, wyjątkowe doświadczenie. To Mój Powrót do Domu. Wyszłam na podwórko i podzieliłam się z Janem swoimi odczuciami. Wtedy pamięć przywołała wizję, jaką otrzymałam kilka lat wcześniej – zobaczyłam przed sobą tęczę, wszystkie barwy tęczy… dłonie w zapraszającym geście i głos mówiący:
- OTO DROGA DO DOMU.



KIEDY SERCE ROŚNIE, RÓŻA ROZKWITA

Możliwość przygotowania posiłków w kuchni TEGO domu było dla mnie wielką przyjemnością i wydarzeniem. Śniadanie zjedliśmy ze Zbyszkiem w altance, na świeżym powietrzu. Zakochałam się w filiżankach z kredensu Bożenki.





Kiedy panowie wzięli się za stawianie nowej szklarni, ja poszłam na spacer, zachłysnąć się przestrzenią tego miejsca i wspaniałym krajobrazem. Siedziałam na zboczu góry, wdychałam zapach łąkowych ziół i patrzyłam w dal oraz w głąb… w głąb siebie i wydarzeń, jakie ostatnio stały się moim udziałem. Łzy napływały mi do oczu, wzruszenie przepełniało serce, a wdzięczność mieszała się z niedowierzaniem, że to wszystko dzieje się naprawdę. Boże, kimkolwiek i gdziekolwiek jesteś – dziękuję za te chwile, za tę cudowną odmianę, za TYCH ludzi i TO miejsce. Dziękuję, że odnalazłam Dom. Odnalazłam go w swojej duszy.


Wiem, że Jan jest wyjątkową osobą w moim życiu. Wiem, że nasze dusze są sobie bliskie. Tutaj zaznałam ukojenia duszy. I wiem to z całą pewnością – MIAŁAM TUTAJ PRZYBYĆ.

Kolejną noc spędzimy w… Pokojach Pod RÓŻĄ.