niedziela, 15 grudnia 2013

WSZYSCY JESTEŚMY W DRODZE - uwalnianie napięć, akceptacja i spokój

Ostatnio na stronie "Listy do Przyjaciół" podzieliłam się swoim snem sprzed kilku lat. Był to sen o Drodze... Ta Droga, to Życie przede mną. Droga jest stale w trakcie budowy. Podążając nią każdego dnia układam kostki pod swoimi stopami. Nie ma tutaj jakiegoś dalekosiężnego celu, ponieważ to ONA sama jest celem, każdy krok, podążanie i doświadczanie. Właściwie - to nie Życie przede mną, ale bycie TU i TERAZ.

TAO te king, rozdział 48:
"Uczeń pracując, osiąga codzienny postęp,
Lecz Drogę można osiągnąć
Jedynie przez codzienne straty:
Stracić tu, nie zdążyć tam...
Aż przychodzi spokój.

Wszystkiemu, co istnieje, potrzebna jest swoboda.
Cały świat należy do tych, którzy pozwalają mu
Płynąć lekko, zgodnie z naturalnym porządkiem,
Ale jeśli ktoś się wysila i pozostaje
W nieustannym napięciu,
Świat wydaje się niezwyciężony."

Powyższy rozdział TAO te king towarzyszy mi w sposób szczególny.
Wracam do niego co jakiś czas, wczytuję się w brzmienie słów i tego, co jest pomiędzy słowami. Codzienne straty, jak wielu z nas,  miałam sposobność odczuć mocno i wyraźnie. Podążając Drogą swego istnienia uczyłam się i uczę nadal akceptować straty. Właściwie przestałam myśleć w kategoriach „straty”. Uwolniłam ze swego życia naprawdę dużo ciężarów, cały balast pozostawiłam za sobą. Zaakceptowałam konsekwencje moich decyzji o radykalnych zmianach, a łączyły się one ze sporymi, namacalnymi stratami – materialnymi, takimi jak pozbycie się samochodu, mieszkania, wielu przedmiotów; dotyczącymi tak zwanej pozycji w środowisku zawodowym i wiążącym się z tym uznaniem i akceptacją otoczenia; utratą poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego; a także dotyczącymi ludzi w moim życiu.

Jednak żadna nauka nie jest dana raz na zawsze. Kiedyś wydawało mi się, że jak już coś osiągnę, zdobędę pewną umiejętność, to będę mogła ją „odhaczyć” i tak już pozostanie. A to nie tak. Każdego dnia weryfikuję siebie samą na nowo. Każda sytuacja jest nowa, inna. Wszystko ulega zmianie. Również ludzie wokół mnie. Trzeba stale zachowywać uważność, czujność i dokonywać wewnętrznego wglądu. Jednak bez napięcia, bez wysilania się. Impuls przychodzi we właściwym momencie. Wciąż jestem w drodze, codziennie buduję kolejny jej odcinek, przyglądam się i badam. I poczułam nie raz, jak faktycznie w końcu przychodzi spokój…
„Stracić tu, nie zdążyć tam...
Aż przychodzi spokój.”
Trzeba przestać się bać straty, przestać obawiać się zmian, zaakceptować fakt, że nic co materialne nie jest stałe, że ludzie również odchodzą z mojego życia.

Im mniej mam, tym mniejsze są moje potrzeby. Jeśli czuję się pogodzona z tym, odczuwam spokój. Najpierw zmniejszają się, a później znikają lęki związane z koniecznością zabezpieczenia tych potrzeb. Wymaga to ode mnie akceptacji tego co jest, tego co przychodzi oraz ufności, że Życie o mnie dba i wszystko JEST DOBRZE, układa się tak, jak trzeba. Przekonałam się wielokrotnie, że moje wyobrażenia o tym, jak powinno wyglądać moje życie, co powinno się właśnie teraz wydarzyć i czego tak bardzo mi potrzeba, wcale nie stanowiły najlepszych rozwiązań. Kiedy usilnie chciałam wprowadzać własne wizje i realizować moje scenariusze zdarzeń, zaliczałam „porażki”, szło jak po grudzie, doznawałam rozczarowań i związanego z tym bólu. Kiedy jednak akceptowałam TO CO JEST i pozwalałam na swobodny przepływ, poddawałam się nurtowi wydarzeń, przestawałam się wysilać i ufałam, że naprawdę, BÓG WIE CO ROBI i ma dla mnie dobry plan – sprawy zaczynały stopniowo układać się na właściwe miejsce, a ja dostrzegałam w tym wszystkim głębszy sens. Również w każdym swoim potknięciu, upadku, nabitych siniakach, które dzięki przyglądaniu się im, dawały mi cenne doświadczenie.

Wiosną tego roku wielokrotnie powtarzałam poniższy tekst, kontemplując go. Z powodu tak zwanych przeciwności losu było mi trudno i nie widziałam przed sobą perspektyw, które bardzo widzieć chciałam. Kolorowymi mazakami wypisałam słowa z TAO te king na zwykłej kartce i przyczepiłam do półki. Miałam ją wciąż przed oczami. Pomogło mi to wlać w siebie przesłanie tych słów i poddać się naturalnemu porządkowi rzeczy.

„Wszystkiemu, co istnieje, potrzebna jest swoboda.
Cały świat należy do tych, którzy pozwalają mu
Płynąć lekko, zgodnie z naturalnym porządkiem,
Ale jeśli ktoś się wysila i pozostaje
W nieustannym napięciu,
Świat wydaje się niezwyciężony."

Tak to już jest, że wszelkie zmiany należy zacząć od siebie, a konkretnie we własnym wnętrzu.
Jeżeli w świecie wewnętrznym dokonuję porządków, wprowadzam weń harmonię i spokój - w świecie wokół mnie wszystko stopniowo zaczyna układać się na swoje miejsce, zaczynam odczuwać otaczający mnie spokój. To oczywiście jest nieustający proces. Każdego dnia pojawiają się czynniki - zdarzenia czy emocje - mogące ten spokój zburzyć. I niejednokrotnie zdarza mi się, dać się ponieść emocjom. W porządku, jestem człowiekiem. Rzecz w tym, że jestem ich świadoma, przyglądam się im i wciąż uczę się siebie. Dzięki temu, całkiem  niedawno rozpoznałam tkwiące jeszcze we mnie poczucie zagrożenia. Myliłam je z zakorzenionym poczuciem winy. Pewne sytuacje pozwoliły mi odczuć, o co tak naprawdę chodzi. Uświadomiłam to sobie, zrozumiałam i od razu zrobiło mi się lżej! Dzięki temu zamiast konfrontować się z ludźmi, skonfrontowałam się z samą sobą, a do kolejnych sytuacji podeszłam ze spokojem, otwartym umysłem i pełnym poczuciem bezpieczeństwa. Pamiętając przy tym, że nie odpowiadam za decyzje innych, lecz tylko za swoje.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz