poniedziałek, 14 października 2013

SUROWY KREM SZARLOTKOWY


Wymyśliłam sobie mniamuśne, słodkie i sycące śniadanie.
Rozejrzawszy się po stanie posiadania w strefie kuchennej, wzięłam co następuje:

- 2 średnie, miękkie jabłka
- 2 dojrzałe banany
- 4 daktyle (niesiarkowane!)
- 2 łyżki mielonych nasion lnu
- 2 łyżki sezamu nieoczyszczonego czyli pełnoziarnistego
- cynamon (sporo)
- mleko ryżowe waniliowe, niewiele (wlałam jeden mały chlust z kartonu)

Owoce umyłam. Daktyle sparzyłam i namoczyłam. Banany obrałam i pokroiłam na kawałki. Jabłka, po wykrojeniu gniazd nasiennych, pokroiłam na cienkie plasterki, aby mój ręczny blender dał sobie z nimi radę. Jabłek nie obierałam ze skórki.
Nasiona sezamu uprażyłam na suchej patelni. Z reguły prażę większą ilość i przechowuję w słoiku.
Wszystkie składniki umieściłam w kielichu blendera i zmiksowałam.
Można dodać sok z cytryny i dodatkowe przyprawy (kardamon, imbir, goździki), w zależności od tego, na jaki smak ma się akurat ochotę.
Wyszło naprawdę pycha!










niedziela, 13 października 2013

Kiedy słota za oknem - SOCZEWICA Z WARZYWAMI


Za oknami pogoda słotna, jesienna, pada pada pada… zimno.
Po sporej dawce filozoficznych rozważań poczułam apetyt na ciepłą, rozgrzewającą kolację.
Chce mi się soczewicy!
Czerwona soczewica gotuje się szybciutko, wystarczy jej 15-20 minut.
Dobrze wypłukana, zalana wrzątkiem, wzbogacona aromatyczną kurkumą, kozieradką, pikantną masalą, imbirem. Trochę różowej soli himalajskiej. Na koniec wrzucam drobno utartą marchewkę i sok z cytryny. Wymieszane i odstawione na bok.
W drugim garnku lądują kawałki słodkiego ziemniaka i różyczki kalafiora. Podlewam wrzątkiem i duszę na malutkim ogniu. Dodaję troszkę kurkumy, gałki muszkatołowej, posypuję zielonym lubczykiem, nasionami czarnuszki (uwielbiam ją!) i kryształkami soli. Warzywa mają zachować jędrność, więc szybko są gotowe. Wrzucam jeszcze cienkie pół-plasterki zielonej cukinii, wymieszam całość, przykrywam pokrywką i zostawiam na kilka minut. Cukinia blanszuje się, będzie na wpół surowa, chrupiąca i smakowita, jednocześnie zachowa swoje wartości. W tym czasie obieram i kroję sparzonego wcześniej pomidora, opłukuję listki bazylii i rozmarynu. Świeże zioła są mocno aromatyczne, pyszne i zdrowe. Zawierają cenne olejki eteryczne wspomagające trawienie. Rozmaryn siekam drobno i posypuję soczewicę, jeszcze w garnku. Zostawiam pod pokrywką. Aromat rozpłynie się w potrawie, a olejki eteryczne zachowają swoją moc.

Dobrze, pora nakładać.                                
Na talerzu lądują warzywa, soczewica, pokrojony pomidor.
Teraz chwila dla fotoreportera. W porządku. Chyba coś widać.






Porcja w sam raz na kolację. Mmmmm…. Pycha. A jak pachnie! Rozgryzam ziarenka czarnuszki, smakuję powoli. A rozmaryn! Pełnia lata i zielnik na talerzu! Kalafior taki chrupiący, choć miękki. Mniaaammm. Brzuszek cieszy się. Ależ ja lubię jeść. W garnku jeszcze coś zostało. Pora na dokładkę. Uwielbiam dokładki!




REFLEKSJE: Czy bezinteresowność w Kosmosie w ogóle jest możliwa?



Tak naprawdę wszystko, cokolwiek robimy – robimy dla siebie. Dla swojego rozwoju. Ktoś w jakimś celu wmówił nam na przestrzeni wieków, że robienie dobrych rzeczy dla samego siebie jest egoistyczne, złe i niegodne. Zaszczepiono nam poczucie winy, które jest uczuciem potwornie niszczącym i odbierającym wewnętrzną moc. Podobnie jak ciągły strach, kiedy nieustannie widzi się dookoła zagrożenie, kiedy ulega się wpajanej przez otoczenie propagandzie strachu.

Wchodzenie w interakcje z innymi istotami – na przykład poprzez pomaganie im – stanowi dla nas sposobność przerobienia potrzebnych lekcji, nabycia nowych umiejętności lub rozwijania posiadanych. Dzielenie się swoją wiedzą, doświadczeniem i umiejętnościami dla dobra ogólnego, to także w gruncie rzeczy coś, co robimy dla własnego dobra, dla treningu, dla poszerzania horyzontów myślowych i pogłębiania świadomości oraz dla współkreacji, z efektów której sami również korzystamy. We Wszechświecie trwa nieustanna wymiana, a równowaga musi być zachowana. Jeśli na jakimś obszarze będziemy więcej brać, prędzej czy później będziemy musieli to oddać. I odwrotnie – jeśli dajemy z siebie więcej niż otrzymujemy, przyjdzie pora, aby inni oddali nam to, co wzięli. Takie zobowiązania tworzymy w bieżącym życiu i wielokrotnie w trakcie jego trwania wyrównujemy je. Tworzą się także długi inkarnacyjne, nazywane karmicznymi, których zbalansowanie następuje dopiero w kolejnych wcieleniach. Opisuję to na podstawie własnych doświadczeń i odczuć.

Oczywiście najlepiej na bieżąco dbać o równowagę w dawaniu i przyjmowaniu. Jednak bywa to trudne, a czasem niemożliwe. Warto uważać, aby rozbieżności nie stały się przytłaczające dla jednej ze stron. Kiedy dajemy z siebie zdecydowanie więcej, niż druga strona oczekuje i jest w stanie przyjąć, może to się kończyć jej wycofaniem albo nawet atakiem i agresywnością. Tak jak zdarzyło się pomiędzy mną a moim ojcem, o czym wspominałam wcześniej. Tak jak dzieje się, kiedy z nadmiaru miłości człowiek potrafi „zagłaskać króliczka na śmierć”. Dla mnie osobiście przyjmowanie tego, czym dzieli się ze mną druga osoba jest w gruncie rzeczy naturalne, jeżeli wyczuwam szczerość i otwarte serce. Kiedy jednak dostrzegam maski hipokryzji, kiedy „coś mi nie gra” zamykam się, dążąc do separacji. I jest to naturalna reakcja, aby zadbać o własną przestrzeń.

Przy tych wszystkich rozważaniach wciąż powraca kwestia introspekcji, ponieważ umiejętność wewnętrznego wglądu jest niezwykle ważna i cenna. Wewnętrzna uważność prowadzi do obserwowania własnych myśli i odczuć oraz do zrozumienia, co jest przyczyną obecnego stanu rzeczy i wyciągnięcia wniosków. Głębokie odczuwanie rozumiane jako intuicja, głos wewnętrzny, ostatecznie może prowadzić ku podejmowaniu właściwych decyzji. Chodzi o to, aby samemu wiedzieć (poprzez to wewnętrzne odczuwanie) CO JEST DLA MNIE DOBRE. Nikt tego nie wie lepiej ode mnie. Nikt lepiej od ciebie nie wie, co najlepsze jest właśnie dla ciebie. Każdy ma tę wiedzę głęboko w sobie. Sztuka polega na tym , aby umieć do niej dotrzeć i robić to. Ale najpierw niezbędne jest nabranie zaufania do siebie samego, co idzie w parze ze zdrowym poczuciem własnej wartości, a więc – uwolnienie się od poczucia winy oraz wielu zaprogramowanych lęków. Wówczas przekonamy się, że cokolwiek robimy – robimy dla siebie. Czyniąc dobro bądź zło innym – wyrządzamy je samym sobie, ponieważ wszystko jest ze sobą połączone i wszystko w końcu do nas powraca. Każdy uczynek buduje naszą przyszłość.


Należy pamiętać, że każde zagadnienie ma wiele aspektów, żyjemy w świecie wielowymiarowym i w wielu rzeczywistościach równolegle, więc kiedy opisuję dane kwestie to poruszam jedynie część zagadnienia. Zawsze istnieje jeszcze inne spojrzenie, bo tak naprawdę tutaj wszystko jest względne, każdy z nas filtruje odbiór rzeczywistości poprzez własne postrzeganie, wynikające z wielu uwarunkowań, programów i stopnia rozwoju świadomości.







Zatem - jak to jest z tą bezinteresownością?

Odnoszę wrażenie, że teoretycznie i pozornie - istnieje. Jednak w praktyce i kiedy spojrzy się na to z wyższej perspektywy - nie ma jej, ponieważ wszystkim istotom zależy na rozwoju i do niego dążą. A ponieważ jesteśmy połączeni - rozwój jednych, wspiera rozwój drugich.

No chyba, że ktoś pogrąża się w destrukcji...



Moja Droga na Południe - JESTEŚ OTOCZONA BEZWARUNKOWĄ MIŁOŚCIĄ



Życie szlifowało mnie jak jubiler diament, musiałam się zahartować. Odczuwałam samotność, niedostatek, brak domu. Trudno było mi czuć się księżniczką. A jednak pakując się w Bieszczady uprzedziłam Zbyszka, że jedzie do niego KSIĘŻNICZKA, aby przygotował się na osobę wymagającą i lubiącą wygody. Była to przewrotność z mojej strony, ponieważ pomimo zamiłowania do komfortu, potrafię przystosować się do różnorodnych warunków, a w tym momencie tęskniłam do bycia blisko natury. Ale Zbyszek podchwycił żart i od tego momentu tak właśnie do mnie się zwracał: Księżniczko. I było to nad wyraz miłe, uprzejme i połączone z dbałością o mnie.
Jednak absolutnie bezcenne były powtarzane przez niego słowa:
„JESTEŚ OTOCZONA BEZWARUNKOWĄ MIŁOŚCIĄ”
Powtarzał je, zapewniając mnie, że jestem bezpieczna.

Myślałam, że umiem przyjmować Dobro, jakie na mnie spływa. Przyszło mi skonfrontować moje „wydaje mi się” z realnymi sytuacjami i okazało się, że nie jest to takie oczywiste.






Tak długo byłam zdana sama na siebie, że odzwyczaiłam się od stałej obecności przy mnie drugiego człowieka – człowieka, który jest mi życzliwy i bezinteresownie dzieli się sobą i tym, co ma. Przekonałam się, że chociaż jestem otwarta i tak bardzo potrzebuję być otoczona ciepłem i troskliwością, to z trudem przychodzi mi przyjmowanie. Życie postawiło mnie w sytuacjach, pozwalających mi weryfikować własną gotowość i otwartość. Wyłoniły się moje obawy i zahamowania. Do głosu zaczęła dochodzić moja stara osobowość „Zosi-Samosi”, która chce sama sobie radzić ze wszystkim i pokazuje, jaka jest silna i zaradna. Ale do czasu… aż osłabnie. A wtedy wpada we frustrację i niezadowolenie, że wszystko musi robić sama. Tak było kiedyś. Postanowiłam to zmienić i wydawało mi się, że tak się stało. Zastanawiałam się jakie mechanizmy sprawiły, że reagowałam oporem na szczodrość i opiekuńczość, jakimi obdarzał mnie Zbyszek już od pierwszych chwil mojego pobytu w Bieszczadach. Być może bałam się zobowiązania, późniejszych oczekiwań, jakich mogłabym  nie mieć ochoty spełniać. Być może nauczona przez twarde życiowe realia, że MUSZĘ radzić sobie sama, podświadomie bałam się utracić kontrolę. A może… nie potrafiłam UWIERZYĆ, że może jeszcze spływać na mnie TAKIE BEZINTERESOWNE DOBRO ze strony drugiego człowieka. Miałam już do czynienia z ludźmi oferującymi chęć pomocy i wsparcia, którzy kreowali się na bardzo życzliwych, pełnych zrozumienia, a po jakimś czasie ich bezinteresowność okazywała się pozorna, na jaw wychodziły ukryte oczekiwania. Myślę, że takie doświadczenia wyczuliły mnie, każąc powstrzymać naiwne przyjmowanie wszystkiego za dobrą monetę, czego efektem mógł stać się mur sceptycyzmu.

W efekcie godziłam w sobie dwa aspekty – zachowywałam pewien dystans, dbając o swoją przestrzeń, równocześnie cieszyłam się każdą chwilą i z wdzięcznością przyjmowałam to, co do mnie przychodziło. A chodząc po bieszczadzkich łąkach, oddychając tamtym powietrzem czułam wyraźną opiekę sił wyższych i otaczającą mnie Wszech-Miłość. To uczucie nasiliło się w dalszej części mojej Podróży.



sobota, 12 października 2013

REFLEKSJE nad RÓWNOWAGĄ pomiędzy DAWANIEM a PRZYJMOWANIEM



Życie przenosi mnie w inne wymiary – wewnętrzne i zewnętrzne. Za transformacją wewnętrzną podążają zmiany na zewnątrz, a zewnętrzne zdarzenia i sytuacje wpływają na wewnętrzną przemianę.

Moje pragnienia i intencje przyciągają w moje życie harmonizujące z nimi sytuacje.
Okoliczności, w jakich przychodzi mi się odnaleźć inicjują wielokrotnie pracę nad sobą, introspekcję, analizę cudzych i własnych zachowań. Zaczynam weryfikować swoje przekonania i wiedzę, a także teorię z praktyką.
Doświadczam nowych wymiarów życia i przestrzeni.
Towarzyszą mi zachwyt, wzruszenia, radość, głęboki oddech i nieustannie - WDZIĘCZNOŚĆ.
Uczę się na nowo przyjmowania tego, co oferuje mi drugi człowiek. Łatwiej mi to przychodzi, kiedy następuje wymiana doświadczeń i przeżywanych emocji.
Trudności pojawiają się podczas przyjmowania materii.

Wielokrotnie w swoim życiu dzieliłam się z innymi tym, co miałam. Przyjemności dostarczało mi dawanie, obdarowywanie, zapraszanie przyjaciół i regulowanie rachunków za wspólne biesiadowanie. Odczuwałam radość i wolność, a zwłaszcza niezależność. Nie musiałam zdawać się na innego człowieka, kiedy chciałam sprawić przyjemność sobie lub bliskim, coś kupić czy pójść na kawę lub wspólny obiad w knajpie. Byłam niezależna finansowo i uwiązana emocjonalnie. Życie jednak postawiło mnie w całkiem odwróconej sytuacji. Wypracowałam w sobie niezależność emocjonalną, większą pewność siebie i wewnętrzne ugruntowanie. Równocześnie utraciłam stabilność ekonomiczną, stałam się uzależniona od pomocy ludzi, nauczyłam się więc prosić i wyciągać rękę po pomoc. To zaprawdę ważna lekcja. Dlaczego? Ponieważ dawanie przychodziło mi z łatwością, a brać nie potrafiłam. Kiedyś zdarzało mi się nawet odczuwać z tego powodu upokorzenie. Poniekąd zrozumiałam, o czym swego czasu mówił mój ojciec, kiedy wykrzyczał mi w twarz, że czuł się jak żebrak, gdy przyjeżdżałam do niego z bagażnikiem pełnym prezentów. A ja tylko chciałam dzielić się obfitością jaka była mi dana, wiedząc że nie każdego spotyka takie szczęście i że bywa ono ulotne… a więc w jakimś stopniu zrozumiałam, co czuł ojciec i nabierałam pokory w przyjmowaniu. Szczęśliwie wyzbyłam się poczucia upokorzenia. Zrozumiałam, że KAŻDY Z NAS może znaleźć się w sytuacji podobnej do mojej, ponieważ ŻADNA MATERIA NIE JEST TRWAŁA. I jak w swojej książce pisał Eckhart Tolle: „WSZYSTKIE KONSTRUKCJE SĄ NIESTABILNE”.
Życiowe warunki potrafią zmieniać się dynamicznie. Wczoraj bogaczem, dziś możesz być żebrakiem zależnym od innych. Prosić o pomoc to żaden wstyd. Myślę, że raczej wymaga to odwagi oraz okiełznania własnej dumy i pychy.  Czasem wynika to z determinacji.

Chociaż nauczyłam się prosić o potrzebną mi pomoc nie oznacza to jeszcze, że już potrafię przyjmować to, co drugi człowiek hojną ręką daje mi sam z siebie.
W Bieszczadach czekała na mnie kolejna lekcja.


piątek, 11 października 2013

ŚNIADANIA warszawskie – SZEJKI



ZIELONY SZEJK Z PRAŻONYM SEZAMEM


Z racji wyjazdu miałam dłuższą przerwę w raczeniu się musami zwanymi szejkami i ostatnio postanowiłam to zmienić. Jako że kupiłam sporo świeżego szpinaku, zdecydowałam wykorzystać jego część do sporządzenia szejka w wersji zielonej, na bazie bananów.

Większa część szpinaku posłużyła mi już na wczorajszą kolację. Blanszowałam go krótko w przyprawach i świeżym imbirze, dodając dwa świeże pomidory oraz namoczone włoskie orzechy. Wyłożony na kukurydziany makaron okrasiłam śmietanką sojową i posypałam mielonymi nasionami lnu. Było pyszne!



Wracając do porannego szejka:
Pełną garść umytych i odciśniętych, świeżych, dużych liści szpinaku (rozdrobnionych)
oraz dwa małe dojrzałe banany (umyte i obrane),
trzy łyżki prażonego sezamu niełuszczonego,
kawałek pokrojonego świeżego imbiru,
trzy namoczone daktyle
i nieco mleka roślinnego (powiedzmy, że 100 ml - nigdy nie odmierzam) - zmiksowałam w ręcznym blenderze. I gotowe!
Gęste, smaczne i pożywne pierwsze śniadanie.

Sezam podczas prażenia staje się chrupiący i – o czym słusznie przypomniała mi Julia – łatwiej daje się pogryźć oraz strawić. Poza tym uwalnia się z ziaren cudowny aromat, charakterystyczny dla oleju tłoczonego właśnie z prażonego sezamu.


SZEJK ANANASOWO-KOKOSOWY


Kupiłam świeżego ananasa i miałam apetyt na iście karaibskie smaki. Zatem – szejk tropikalny jesienią.



- Świeży ananas umyty, obrany i pokrojony na kawałki (w zależności od wielkości dzielę go na dwie, trzy lub cztery części; jedna na jeden szejk);
- banan umyty, obrany i pokrojony;
- mleko ryżowe waniliowe (lub inne) w ilości zależnej od pożądanej gęstości;
- 2 łyżki prażonego sezamu niełuszczonego (tylko niełuszczony czyli pełnoziarnisty sezam zachowuje wszystkie cenne wartości, przede wszystkim wysoką zawartość łatwo przyswajalnego wapnia)
- wiórki kokosowe (bez siarki!)
- cynamon

Wszystkie składniki (najlepiej bio) miksujemy w blenderze, wykładamy do wysokiej szklanki i delektujemy się ze smakiem i uśmiechem na twarzy.


RÓŻOWY SZEJK


Dojrzały, różowy grejpfrut wspaniale smakuje, orzeźwia i dostarcza organizmowi wartościowe enzymy i składniki mineralne. Aby nasz szejk naprawdę działał na rzecz naszego zdrowia, warto zapewnić sobie owoce z plantacji ekologicznych, na których nie stosuje się chemicznych nawozów i  zachowuje dbałość o bioróżnorodność (dzięki czemu zdrowie zachowuje także gleba). Kiedy do grejpfruta dodamy gruszkę i banana, uzyskamy ciekawą mieszankę smaków. Warto spróbować!

- Różowy grejpfrut
- Banan
- Gruszka
- Trochę roślinnego mleka, np. ryżowego waniliowego dla dodatkowego aromatu
- Cynamon
- Wiórki kokosowe niesiarkowane

Owoce myjemy, banana i grejpfruta obieramy ze skórki, kroimy na mniejsze kawałki, z gruszki wykrawamy gniazdo nasienne, wszystko umieszczamy w kielichu do blendera dodając pozostałe składniki, miksujemy i raczymy się ze smakiem.



ŚNIADANIA warszawskie – SURÓWKI i SAŁATY



SURÓWKA Z KAPUSTY PEKIŃSKIEJ I MARCHEWKI


Na drugie śniadanie przygotowałam dziś smakowitą i prostą surówkę.

3 liście kapusty pekińskiej dokładnie opłukałam, odsączyłam i drobno posiekałam w cienkie paseczki;
2 marchewki umyte, obrane starłam na tarce, na drobnych i nieco większych oczkach;
Warzywa dobrze wymieszałam w salaterce, dodając  sok z cytryny, olej zimnotłoczony z lnianki, trochę soli ziołowej, posiekaną natkę pietruszki oraz prażone nasiona sezamu (niełuszczonego). Sezam nadaje wspaniały smak, aromat i jest doskonałym źródłem łatwo przyswajalnego wapnia.

Dwie uwagi:
- surówkę dobrze jest przygotować ok. 30 minut przed spożyciem, aby warzywa puściły sok i się „przegryzły”;
- wszystkie składniki najlepiej stosować z upraw ekologicznych, a już zwłaszcza warzywa korzeniowe, takie jak marchewka, które mocno ciągną z ziemi zanieczyszczenia i chemiczne nawozy.



SURÓWKA Z BIAŁEJ RZODKWI, Z MARYNOWANYM TOFU


Również prosta i szybka w przygotowaniu. Oczywiście można zrobić bez tofu, a dodać na przykład prażone nasiona słonecznika.

Korzeń białej rzodkwi po obraniu starłam na tarce. Wymieszałam z sokiem z cytryny i oliwą extra virgin.
Czerwoną słodką paprykę pokroiłam w cienkie paseczki,
zieloną pietruszkę posiekałam i dodałam do surówki.
Na wierzch wyłożyłam kawałki marynowanego tofu.

Doskonała sama w sobie, można ją również smakować z kaszą lub ryżem.






SAŁATA Z ORZECHAMI I CZARNUSZKĄ


Uwielbiam rukolę i włoskie orzechy, więc dość często goszczą na moim stole.
Rukola świetnie komponuje się z pomidorami, makaronem i sałatami.
Oto propozycja jednej z kombinacji składników na smakowitą sałatkę:

- świeża, opłukana i osuszona rukola
- sałata masłowa lub lodowa, umyta i porwana
- pomidory dowolnie pokrojone
- biała papryka pokrojona w paski
- zielone oliwki, pokrojone lub w całości
- orzechy włoskie, sparzone i namoczone wcześniej
- trochę makaronu kukurydzianego świderki, który być może został z poprzedniego dnia.

Wszystkie składniki mieszamy w salaterce, dodając sok świeżo wyciśnięty z cytryny, oliwę extra virgin oraz nasiona czarnuszki.  Można dodać odrobinę soli.
Smacznego!


ŚNIADANIA warszawskie – PASTY i DIPY



Wspomnienie bieszczadzkich śniadań skłoniło mnie, aby na chwilę przerwać opowieść o podróży i podzielić się moimi bieżącymi inspiracjami kulinarnymi.
Po powrocie do Warszawy wróciłam także do sporządzania past, szejków i innych pyszności. Korzystając z obfitości darów jesieni przyrządzam surówki oraz ciepłe dania warzywne.

Dziś podrzucam kilka inspiracji śniadaniowych.

Ponieważ wciąż dogadzam sobie grzankami – chyba uzależniłam się od nich i przyjdzie niedługo pora to zmienić – przygotowuję co i rusz jakieś do nich smarowidło.
Czy to będzie pasta z orzechów i nasion, na bazie serka tofu czy pyszny humus z ciecierzycy, zawsze stanowi wspaniałe uzupełnienie dań warzywnych, nie tylko tostów.
Na przykład humus doskonale komponował się z duszonymi jarzynami – cebulka, marchewka, buraczki. Pasuje również jako dodatek, podany do sałat lub gotowanej kaszy jaglanej. 


 RAW PASTA Z RUKOLĄ NA NASIONACH



 


Właśnie nakarmiłam siebie grzankami z pastą, którą przygotowałam wczoraj wieczorem.
Podstawowe składniki:
pół kubka opłukanych orzechów nerkowca,
pół kubka zielonych pestek dyni
namoczyłam przez klika godzin.

Odsączone nasiona przełożyłam do blendera z większym nożem w kształcie S (chopper).
Dodałam sok z  ćwiartki cytryny, trochę oliwy z oliwek extra virgin, odrobinę soli himalajskiej, odrobinę suszonego chilli oraz
garść opłukanej i odciśniętej świeżej rukoli.

Wszystkie składniki bardzo dokładnie miksowałam, do uzyskania gładkiej masy.
Gotową pastę przełożyłam do słoika.


Jak zwykle raczej nie podaję dokładnych proporcji, ponieważ praktykuję kuchnię intuicyjną. Dodaję to, co mam, na co mam ochotę, co właśnie teraz mi pasuje. Proporcje zmieniam i często działam na wyczucie. Dzięki temu zawsze wychodzi mniej lub bardziej INACZEJ.

 


DIP Z AWOKADO NA JAGŁACH


Zaraz po powrocie do Warszawy sporządziłam pastę na bazie kaszy jaglanej i awokado. Zrobiłam wersję nieco mniej zwartą, dobrą do świeżych warzyw, dlatego użyłam nazwy DIP



Kaszę jaglaną (około kubka ugotowanej) umieściłam w blenderze dodając:
połówkę obranego awokado,
sparzone i namoczone wcześniej nasiona słonecznika i dyni (w sumie około pół kubka, może więcej),
natkę pietruszki,
sok z cytryny, oliwę z oliwek, trochę soli i mleko roślinne stosownie do konsystencji.
Wszystko zmiksowałam.
Gotowy dip użyłam jako dodatek do świeżych warzyw oraz jako pastę na pieczywo.



Słoiczek odłożyłam dla przyjaciela, aby dzieląc się – pomnażać.





MASŁO Z AWOKADO „Od ręki”

 

 


Wyjmuję połówkę dojrzałego awokado. Jestem bardzo głodna i nie mam ochoty miksować dipów. Drewnianą łopatką do masła ugniatam miąższ awokado wewnątrz skorupki, trzymając ją w ręce. Jest mięciutki i łatwo poddaje się moim zabiegom. Dodaję trochę suszonego czosnku niedźwiedziego oraz prażony sezam (z reguły prażę na zapas i trzymam w słoiczku gotowy do użycia). I gotowe! Można skropić cytryną lub odrobinę posolić, ale nie trzeba. Zwłaszcza, jeśli ma się dobre kwaszone ogórki, najlepiej takie na solance kołobrzeskiej.


czwartek, 10 października 2013

Moja Droga na Południe - Bieszczadzkie ŚNIADANIE





 

Cóż może być wspanialszego, jak świeżo zebrane owoce podane na śniadanie?
Bieszczady przywitały mnie obfitością dojrzałych jeżyn. O mój pierwszy posiłek zatroszczył się Zbyszek, przynosząc z samego rana pojemnik napełniony prawie czarnymi owocami. Jej, jakie to miłe, kiedy ten drugi KTOŚ pomyśli o tobie, nazbiera, przyniesie, zadba…



Stałym elementem śniadaniowym stała się kasza jaglana, którą uwielbiam i którą łatwo i szybko można ugotować. Zbyszek zadbał o zapas suszonych daktyli i rodzynek oraz migdałów. Po namoczeniu dodawałam je do kaszy. Ale pierwszego dnia prym wiodły jeżyny! Bieszczadzkie, w pełni ekologiczne, prosto z krzaczka!                         
             

Pierwszym śniadaniem bieszczadzkim delektowałam się na świeżym powietrzu, w promieniach porannego słońca, siedząc na pieńku za domem. Oddychałam lekkimi powiewami wiatru, całą sobą chłonęłam otaczającą mnie przestrzeń. Kasza jaglana z jeżynami wspaniale mnie nasyciła.


Około południa wybraliśmy się wspólnie na jeżynobranie. Zbyszek dał mi posmakować jeżyn łąkowych, po czym zaprowadził mnie wyżej, pod las, gdzie zbieraliśmy jeżyny leśne. Miał rację, były słodsze i większe. Zbiory były dosłownie OWOCNE, zatem wiadomo już było co kuchnia poda na drugie śniadanie.

Jeżyny w towarzystwie bezglutenowych grzanek dla mnie.




Druga porcja - jeżyny na makaronie. Posiłek ponownie na powietrzu, ale tym razem na tarasie z widokiem na sąsiednie łąki.




Kiedy jeżynowe krzaczki przerzedziły się, a z Sanoka dojechały świeże zapasy, pojawiła się nowa wersja kaszy śniadaniowej: ugotowane proso zalane ciepłym sojowym mlekiem, dojrzałe brzoskwinie oraz bakalie.
Zatem - gumiaki na nogi, miska w rękę i - na powietrze!






Moja Droga na Południe - PIERWSZA NOC W BIESZCZADACH




Z dala od cywilizacji

W nowym miejscu zostałam otoczona ciepłem światła, ognia i ludzkich serc. Tak szybko przeniosłam się w całkiem nową rzeczywistość, że wciąż miałam wrażenie, jakbym oglądała film. Atmosfera była magiczna. Sceneria nocna - większość szczegółów spowijał rozproszony mrok. W domu rozchodził się zapach palonych świec i drewna w kominku.

Przyszedł moment na sprawy bardziej prozaiczne, jak potrzeba skorzystania z toalety. W domu nie ma bieżącej wody ani ubikacji. Trzeba więc było wyjść na zewnątrz. A tam -ciemnooo… Nie wiem gdzie, nie wiem jak, w dodatku NIC nie widzę! Nie było innej opcji – Zbyszek musiał pójść ze mną. Okazało się, że tak zwana Sławojka, czyli Domek z Serduszkiem (zwany też Wychodkiem) znajduje się nieco dalej i trzeba dostać się tam wąską ścieżką, pomiędzy krzakami, w zupełnych ciemnościach. Zbyszek w jednej ręce trzymał oświetlenie, w drugiej moją rękę i – wciąż sprawdzając czy uważnie stąpam – prowadził mnie przez chaszcze do celu.  Potykając się kilka razy po drodze i odrobinę trzęsąc z zimna dotarłam na miejsce. Powiedziałam Zbyszkowi aby stanął z tyłu i świecił tak, żebym widziała światło oraz by mówił do mnie… żebym się nie bała… Tak, tak, możecie się śmiać, ale to były BIESZCZADY! Wilków w prawdzie, ponoć, w najbliższej okolicy nie ma, ale już niedźwiedzie i owszem. Nie mówiąc o innych, niezidentyfikowanych stworach. Dzięki obecności Zbyszka byłam bezpieczna, uratowana i szczęśliwie wróciłam do domu.

Łazienka. Kolej na mycie. Pani Mieszczce przyszło przestawić się na nowy sposób funkcjonowania. W sumie z nostalgią przypominałam sobie łazienkowo-kuchenne działania w starym domu na Mazurach, kiedy mój ojciec nabył tam siedlisko. Zanim postawił nowy dom z wygodami, mieszkało się „po staremu”. Woda noszona była ze studni, mycie odchodziło w miskach, a siusianie w Sławojce z wyciętym serduszkiem, przez które patrzyło się na jezioro. Cudnie było. Zatem odświeżyłam wspomnienia i zastosowałam w praktyce. W domu Henia łazienka jest, razem z umywalką i brodzikiem. Woda w kranie również, zimna. Istnieje specjalny system dostarczania wody do kranów w kuchni i łazience. Z wielkiej beczki, znajdującej się na zewnątrz, cienkimi rurkami woda przepływa do rur. Ale wpierw trzeba przetransportować tę wodę ze strumienia, w pięciolitrowych baniakach. Początkowo wydaje się to utrudnieniem, a noszenie wody żmudnym zajęciem. Jednak to pozory. W rzeczywistości to jest fantastyczne. Ale o tym innym razem.
Na razie jestem początkującą domowniczką bieszczadzką i grzeję w czajniku wodę na mycie!












Szlaban na ścieżce do sławojki:
"ZAJĘTE"





 

 

 

 

 

 

 "WOLNE"

 

 

 

 

Energie wibrują

Wszyscy byli już zmęczeni, pora spać.
Na strychu czekało na mnie posłanie. Zapakowana w dwa śpiwory i koc starałam się nie myśleć o temperaturze powietrza. Na zewnątrz oscylowała w nocy w okolicach zera, w pomieszczeniu pod dachem było niewiele więcej. Mój troskliwy Opiekun opatulił mnie dodatkowym kocem. Poczułam się jak w dzieciństwie, u Dziadziusia. On zawsze o mnie dbał.

Zasypiałam z trudem, jak zwykle w nowym miejscu. Tyle wrażeń, umysł pomimo zmęczenia utrzymywał aktywność. Wreszcie poddał się i przysnęłam. Nagle ze snu wyrwało mnie drżenie ciała. Czułam, jak prąd przepływa przez mięśnie, wywołując lekkie drgawki. Przepływ nasilał się. Pozwalałam, aby energia swobodnie płynęła i poddawałam się temu, co się działo. Znam TEN stan. Wiem, że najgorsze to blokować. A czasem strach powoduje napięcie. Ja byłam od niego wolna. Wiedziałam, że przez moje kanały energetyczne przepływa energia o wysokiej częstotliwości, moje ciało doświadczało wysokich wibracji. To było jak masaż od wewnątrz. Doświadczałam podobnych stanów podczas medytacji.

Nie byłam zaskoczona, że spotyka mnie to właśnie TUTAJ i Teraz. Wiedziałam, że kilka dni wstecz gościł u Henia Jan Gabriel. Spałam na Jego posłaniu. Zbyszek mówił, że to miejsce „uświęcone przez Jana”. Ja mam do takich stwierdzeń dystans. Jednak niewątpliwie Jan funkcjonuje na wysokich wibracjach i pozostaje w kontakcie z wymiarami, do których większość z nas ma zablokowany dostęp, o ile w ogóle dopuszcza możliwość ich istnienia. Czy ktoś w to wierzy czy nie, one po prostu SĄ. Żyjemy w świecie wielowymiarowym, a nie płaskim. Równoległe rzeczywistości są tuż obok i można w nie wejrzeć. Kiedy człowiek oczyszcza swoje ciało, oczyszcza też umysł. Kiedy oczyszcza umysł, zaczyna czuć potrzebę oczyszczenia ciała. Dlatego Jan przestał jeść. Dzięki temu nie zanieczyszcza swojego ciała i umysłu, może w wyjątkowy sposób pogłębiać swoją świadomość i docierać do wyższych wymiarów istnienia, gdzie energie są rozrzedzone, obraz pełniejszy, a światło wiedzy i mądrości wpływa w Jego Duszę. I w tym znaczeniu Jan JEST Mistrzem i JEST Błogosławiony. Bretarianizm jest wyjątkową drogą, niewielu jest w stanie nią kroczyć i też niewielu taki ma cel w TYM życiu. Weganizm jest także drogą oczyszczenia, według mnie dostępną dla każdego kto tylko tego chce i nieuchronną dla tych, którzy NAPRAWDĘ pogłębiają świadomość swego Ducha. WEGANIZM to SPOSÓB MYŚLENIA i POSTRZEGANIA. I całkiem nieoczekiwanie ten temat zaczął rozwijać się podczas mojego pobytu w Bieszczadach, docierając z coraz silniejszym przekazem do świadomości mojego nowego Przyjaciela. Ale to oddzielny temat.

Póki co przeżywałam swoją pierwszą, tak bardzo wyjątkową noc w Bieszczadach i w całej mojej niesamowitej Podróży, która stała się pasmem spełniania Marzeń.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, choć przeczuwałam, jak szybko przyjdzie mi spotkać Mistrza osobiście.


ZAAKCEPTOWAĆ NIEZNANE



A CO, JEŚLI...?

Człowiek generalnie boi się tego, czego nie zna i chętnie trzyma się tego, co już zbadał. To daje mu poczucie bezpieczeństwa.
Aby nauczyć się akceptować podążanie w nieznane musiałam przejść bolesną drogę, na której z trudem przełamywałam wewnętrzne opory i strach. Podejmowałam radykalne, acz nie racjonalne decyzje, zamykając usta rozumowi pytającemu „A CO, JEŚLI…???” Co, jeśli się nie uda, czekają tam na mnie problemy, trudności, brak akceptacji, a przede wszystkim – JEŚLI SOBIE NIE PORADZĘ! Droga w nieznane, bez większych planów i bez zabezpieczenia wymaga poddania się biegowi wydarzeń i podążania w ufności, zgodnie z wewnętrznym odczuwaniem. Trzeba otworzyć serce, zaufać swojemu instynktowi i przestać racjonalizować. Trwało to dość długo (choć tak naprawdę tyle, ile należało), ponieważ mój głos wewnętrzny był stłamszony i zagłuszony przez brak poczucia własnej wartości, przez NIE-wiarę w siebie, przez ciągłe podważanie siebie. Zatem całymi latami zdawałam się na opinie zewnętrzne. Chociaż nie tak całkowicie. W rzeczywistości oczekiwałam, że usłyszę od innych to, co czułam w środku. Potrzebowałam potwierdzenia. Nie przyjmowałam od razu wszystkiego, co sprzeczne było z moim odczuwaniem.

Uwalniać lęki, kasować stare programy

Hamowały mnie lęki, blokowały mi dostęp do wewnętrznej wiedzy i mądrości. Uniemożliwiały rozwój, którego tak pragnęła moja dusza. Wydarzenia w moim życiu przyniosły mnóstwo sytuacji, wywołujących u mnie skrajne stany lękowe. Jednak siła ducha, determinacja i wytrwałość pomogły stawić czoło własnemu - niekiedy dosłownie paraliżującemu - strachowi, spojrzeć mu w oczy, poczuć go, wręcz wejść w niego, a następnie wyjść i pójść dalej… To umożliwiło kwantowe skoki w pogłębianiu świadomości i rozwój wewnętrzny; dzięki stopniowemu odblokowywaniu własnego potencjału, poprzez uwalnianie się od zakotwiczonych programów. Wiem, że te blokady mają swoje podłoże częściowo w dzieciństwie, jednak wiele z nich przyniosłam ze sobą, razem z doświadczeniem duszy zbieranym przez liczne wcielenia.

Dzielenie pomnaża

Aby uwolnienie stało się możliwe potrzebowałam nie tylko własnej wytrwałości w dążeniach, ale także pomocy ze strony odpowiednich Nauczycieli, których los stawiał przede mną we właściwym momencie. Za każdego z nich jestem bardzo wdzięczna. Bez ich pomocy nie dałabym rady. Jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni, aby dzieląc się wzrastać. Ostatnio spotkałam kolejnego Mistrza na mojej Drodze. Ale o Janie za chwilę.


środa, 9 października 2013

Moja Droga na Południe - PODRÓŻ W NIEZNANE - Kierunek: Bieszczady

 


Kiedy fortuna zakręciła kołem, zaczął się nowy początek. A zaraz potem - podróż w nieznane...
Czy znasz to uczucie, kiedy usypiasz swój rozum i podkręcasz słyszalność głosu własnego serca? Poddajesz się biegowi spraw, ruszasz w nieznane ufając jak dziecko, bo w głębi siebie czujesz, że wszystko dzieje się tak jak trzeba. I już wiesz, że wielkie zmiany stają się twoim udziałem i nic nie będzie tak jak wcześniej. Synchroniczność Wszechświata dostrzegasz co krok i toniesz w zachwycie, bo cuda dzieją się każdego dnia, a ty je dostrzegasz.
Oto kawałek prawdziwego życia, ku inspiracji. Podróż rozpoczęła się...



JESTEM!

Ciemną nocą przybyłam do małej miejscowości w Bieszczadach.
Spędziłam w podróży dobrych 13 godzin. Im bardziej oddalałam się od Warszawy, tym większa radość wlewała się w moje serce. Siedziałam w autokarze, patrząc jak za oknem migają coraz to nowe obrazki i trudno mi było uwierzyć, że oddalam się od zatłoczonego, zasmrodzonego miasta, w którym przez długie miesiące spotykało mnie tyle trudności do pokonania. W Sanoku przesiadłam się w lokalny autobus i rozpoczęłam ostatni – no właściwie to przed-ostatni odcinek podróży tego dnia. Usiadłam przy kierowcy, aby podziwiać widoki i nie przegapić swojego przystanku. Słońce zachodziło za horyzont, a ja pozostawałam w zachwycie, ciesząc oczy rozpościerającymi się krajobrazami. Wijące się drogi, góry i doliny zapierały mi dech w piersiach nie mniej, niż ciągłe niedowierzanie, że JA WŁAŚNIE TUTAJ JESTEM! Tak długo czekałam, aby zrealizowała się moja „Podróż w Nieznane”. Tyle lat zdążyło upłynąć, odkąd ostatni raz odwiedzałam góry. Warto było czekać.



Moja Dusza kocha przygodę

Zatem jechałam bez planu, z ufnością że dzieje się to, co ma się dziać.
Jedyny wstępny plan był taki, że przyjeżdżam na tydzień. Jedyne znane…. Może tama nad Soliną, którą widziałam jako nastolatka… tyle że do Soliny jest stąd całkiem niezły kawał drogi. W przypadku osoby o wrodzonym usposobieniu koziorożca, lubiącej co do zasady życie ułożone, przewidywalne, bezpieczne – to doprawdy wielka odmiana! W gruncie rzeczy ostatnie dwa lata mojego życia to ciągła „jazda bez trzymanki”. Praktyczną naukę poddawania się biegowi wydarzeń przyjmuję od dobrych sześciu lat…

Pomimo zamiłowania do planowania Życie prowadziło mnie od samego początku według swoich wytycznych. Moje scenariusze, jakich tworzyłam wiele, rzadko się sprawdzały, jeśli w ogóle. Kiedy z dystansem patrzę wstecz dostrzegam i czuję, że tak naprawdę spontaniczność i przygoda są tym, co moja dusza kocha. Jednak z jakichś powodów te naturalne dla mnie potrzeby zostały zablokowane i zduszone w okowach głębokich lęków. Tym bardziej czuję się szczęśliwa, mogąc bez obaw poddać się temu, co życie mi podsuwa i wreszcie poczuć się wolną!



Wśród starych przyjaciół

Zatem dojeżdżałam do celu mojej podróży. Zmierzch już zapadł i niebo przybrało piękny odcień granatu. Na pustej drodze czekał na mnie Zbyszek. Przez otwarte drzwi autobusu odebrał ode mnie bagaż i podał mi rękę. Wysiadłam i przywitałam go serdecznym uściskiem. Było tak ciemno, że nawet nie mogłam przyjrzeć się dobrze jego twarzy. Szliśmy asfaltową ulicą. Zatrzymywałam się kilka razy, aby utopić wzrok w rozgwieżdżonym niebie. Zachwycająco!
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaki odcinek drogi przyjdzie mi pokonać. Ostatnia prosta wiodła stromo pod górę. Ciemno, nawet księżyc nie rozjaśniał nam ścieżki. Jeszcze kawałek, między drzewami, potem kilka schodków w dół pokonanych dzięki wskazówkom Zbyszka, trzymającego mnie za rękę abym się nie potknęła i… weszliśmy do domu, rozświetlonego ogniem świec i drzewa palącego się w kominku. Zostałam przywitana przez serdecznego gospodarza, który rozpalił dziesiątki świeczek na mój przyjazd. Dom bez prądu ma swoje zalety… Usiedliśmy przy drewnianym stole i poczułam się jak w gronie starych przyjaciół.
Tak dobrze, ciepło, bezpiecznie, cicho. Drewniane ściany, drewno pod stopami i gałęzie trzaskające w kominku. Brakowało tylko butelki czerwonego wina. – Chcesz wina? - Zapytał Henio. Wstał i po chwili w kieliszkach roztaczał się owocowy aromat domowego trunku. Cudownie jest spotykać nowych ludzi i rozmawiać, jakbyśmy znali się od dawna. Ta otwartość, życzliwość i zaufanie, kiedy ludzie dobrze czują się w swoim towarzystwie, niezależnie od różnicy wieku i przeszłych doświadczeń -  to są prawdziwe wartości, zdające się zanikać we współczesnym, zapędzonym świecie. Jednak znają je ci, którzy przełączają tempo życia na SLOW.



NIE MA PRZYPADKÓW

Do spotkania naszej Trójki doprowadziła swoista koincydencja zdarzeń.
Spontaniczna propozycja Zbyszka, abym przyjechała w Bieszczady poprzedzona była jego spotkaniem z Heniem. Poznali się zaledwie przed dwoma tygodniami, na bieszczadzkiej drodze. Los zetknął ich ze sobą i dom Henia stał się dla Zbyszka tymczasową przystanią. Okazało się, że możemy zostać w nim nawet na trzy – cztery tygodnie. Podobnej otwartości i ufności sama doświadczyłam również dwa tygodnie wcześniej od życzliwych ludzi, którzy udostępnili mi w swoim domu mały pokoik na poddaszu. Ledwie mnie poznali, pomogli mi w przeprowadzce i zostawili samą na ich gospodarstwie, udając się z dziećmi na wakacje. Zostałam obdarzona wielkim zaufaniem. To prawdziwe szczęście i błogosławieństwo, kiedy spotyka się TAKICH ludzi.

Tymczasem przede mną - pierwsza noc w Bieszczadach. Noc pełna wrażeń.



wtorek, 8 października 2013

FORTUNA KOŁEM SIĘ TOCZY - Nowy Początek



 
Całkiem niespodziewanie cztery tygodnie byłam poza domem. A właściwie – co to znaczy DOM? W moim przypadku mój DOM jest tam, gdzie ja jestem, gdzie aktualnie przebywam. Jestem trochę jak ślimak, noszący swój dobytek na grzbiecie.
Zatem, cztery tygodnie spędziłam poza swoim rodzinnym miastem.
Przez przeszło miesiąc trzymałam się z dala od internetu. To doprawdy dobrze czyni głowie. Byłam w różnych miejscach, poznałam wspaniałych ludzi, doświadczałam i uczyłam się. Postanowiłam podzielić się wrażeniami.


A zaczęło się… właściwie od łańcuszka ludzi dobrej woli.
W ubiegłym roku przyjaciel opowiadał o wyjątkowym człowieku, mieszkającym na południu Polski. To bretarianin, który przed dziesięciu laty postanowił żyć bez jedzenia.  Uaktywniły się w  nim szczególne umiejętności, w tym dar uzdrawiania. Leczy ludzi poprzez przekazywanie energii. Moje kiepskie samopoczucie sprawiło, że w lot podchwyciłam temat i niebawem byłam już w kontakcie z Janem Gabrielem. Kiedy kilka miesięcy później szukając wsparcia opowiadałam Janowi o swojej skomplikowanej sytuacji, wspomniał o człowieku z Warszawy, który mógłby mi pomóc w  znalezieniu pracy. Los jednak chciał, by nasza rozmowa doszła do skutku dopiero dobrych kilka tygodni później, kiedy zmienne koleje życia wepchnęły mnie w mroczny wir. Niespodziewanie zadzwonił telefon, a głos Jana Gabriela ponaglił do natychmiastowego kontaktu. I tak usłyszałam i poznałam via telefon Zbyszka. Temat zatrudnienia jakoś sam się oddalił, natomiast szybko otrzymałam tak wówczas potrzebne duchowe wsparcie. Jak do tej pory z większością spraw potrafiłam uporać się samodzielnie -  zorganizować, załatwić, porozmawiać nie stanowiło dla mnie problemu jeśli tylko miałam dość sił. Jednak w wielu sytuacjach czułam się silniejsza dzięki obecności bliskiej osoby. Kiedy przyszło mi żyć w pojedynkę, na duchu podtrzymywała mnie świadomość, że gdzieś tam jest życzliwy mi człowiek. I takich ludzi na swojej drodze spotykam. Wspieramy się wzajemnie poprzez rozmowę, myśl, dobre słowo i przekazaną energię. Tego lata Zbyszek stał się jednym z nich. Pomógł mi przetrwać czas, kiedy otaczała mnie ciemność i uwierzyć, że dam radę i już wkrótce sytuacja się odmieni. Rozmawialiśmy przez telefon, a do mnie przepływała kojąca atmosfera czystych i pełnych przestrzeni Bieszczad. Mój rozmówca był wolny od miejskiego zgiełku i związanych z tym zakłóceń, co pozytywnie wpłynęło na mnie. Ani się obejrzałam, jak przyjęłam zaproszenie do drewnianej chaty na górze, gdzie czas się niejako zatrzymał.