piątek, 30 sierpnia 2013

WSZYSCY JESTEŚMY ŚWIATEM - Moje rozmowy z Bogiem



Wielokrotnie rozmawiałam z Bogiem o moim życiu, o tym jak ono wygląda, z czym jest mi trudno i jakiego życia pragnę.

Żeby było jasne – dla mnie Bóg to słowo odnoszące się do Potęgi Życia, Stwórczej Iskry, Energii czy też Esencji Stworzenia. Bóg to Wszystko Co Jest – Koniec i Początek. Bóg to TAO. Kosmos, Wszechświat, Natura; pyłek, ziarnko piasku, galaktyka i inne wszechświaty – to wszystko jest Bogiem. Ja i Ty również. Kiedyś pogniewałam się na słowo „BÓG”, ze względu na jego religijne sponiewieranie. Jednak zdążyłam się już z nim przeprosić. Zatem to słowo jest symbolem ABSOLUTU, którego ludzki umysł raczej nie jest w stanie pojąć.

Zatem – rozmawiałam z Bogiem i nieraz prosiłam o pomoc, o dodanie sił i wytrwałość w pokonywaniu trudności. Ufność w opiekę Opatrzności, podążanie w Duchu Tao i przełamywanie wewnętrznych oporów pozwoliły mi przejść przez wiele dramatycznych sytuacji. Upadałam i podnosiłam się. Były momenty kiedy kompletnie opadałam z sił, zdarzyło się że przed sobą widziałam już tylko ścianę. Zawsze jednak pojawiały się rozwiązania.

Całkiem niedawno, pomimo przejścia już tak długiej drogi i wydawało się – wychodzenia na prostą, uległam słabości i poczuciu beznadziei, załamałam się.

Ponownie porozmawiałam z Bogiem o moim życiu. O tym, że nie chcę już tego życia żyć, skoro pomimo starań i wysiłków nadal stoję w bezruchu. Moje działania nie przynoszą efektów, a ja czuję że marnuję swój potencjał. Powiedziałam, że jeśli moje życie ma dalej wyglądać tak jak obecnie, to ja już dziękuję, nie chcę i proszę mnie oddelegować w inne rejony, gdzie będzie ze mnie jakiś pożytek. Powiedziałam, że mam serdecznie dość życia wśród toksycznych ludzi, jacy ni jak ze mną nie harmonizują; że nie chcę wciąż martwić się o swój byt i o to, gdzie będę mieszkać; że mam dość bezdomności, samotności, łez i walki; że sytuacja przytłacza mnie i już więcej nie czuję się na siłach, by jej w pojedynkę podołać. Powiedziałam, że się poddaję i niech się dzieje co chce! Chciałam umrzeć. Oddałam się w ręce Stwórcy.

I stało się tak, że z tą decyzją w sobie szłam przez zalane wiosennym słońcem miasto. Rozglądałam się wokoło. Zauważałam, jak dużo piękna mnie otacza. Moje serce miękło. Czułam, że tak naprawdę w głębi siebie nie chcę tego opuszczać. Kolejny raz zrozumiałam, jak bardzo KOCHAM ŻYCIE! Stopniowo odpuszczałam podjętą z pełną zaciętością decyzję. Właściwie – decydowałam się oddalić ją w czasie, odsunąć na później. Dać szansę życiu i Bogu.

Zaczęłam ponownie werbalizować kształt mojego życia, jakim go CHCĘ.
Życie powinno być ciekawe, kreatywne, pełne ruchu. Soczyste i energetyczne – jak dojrzała pomarańcza. Wymarzyłam sobie pomarańczowe życie. Wizualizowałam je. Poczułam w sobie mocno. Wytworzyłam we własnym umyśle nowy wzorzec. I porozmawiałam o tym z Bogiem.

Właściwie – ponownie oddałam się Bogu. Postanowiłam przestać się wysilać i wciąż starać. Pozwoliłam, aby Życie o mnie zadbało. A ja popłynę z prądem. Do mnie należy pozostawanie w uważności, odbieranie sygnałów i znaków. Przyglądanie się temu, co dzieje się wokół mnie oraz wsłuchiwanie się w głos wewnętrzny i rozwijanie własnej Intuicji. Oraz – podejmowanie decyzji. Każdego dnia dokonuję wyborów i ponoszę ich konsekwencje. Zrozumiałam też, że - jak zwykle - każde wydarzenie ma sens i to co pozornie mi się nie udawało, w rzeczywistości działało na moją korzyść, abym w rezultacie zrozumiała czego NAPRAWDĘ chcę. Niekiedy potrzebuję jeszcze wyzbyć się ciągłego „A CO, JEŚLI…” i – zaryzykować.

No i właśnie nastał TEN moment – podejmuję na pozór ryzykowną decyzję. Wszystko dalej – będzie jej konsekwencją. Wygląda na to, że koło fortuny mocno się zakręciło.
Półtora miesiąca wstecz byłam przytłoczona własną sytuacją, mieszkając w warunkach jakie trudno mi było znieść, otoczona ciężkimi wibracjami myślałam, że nie wytrzymam. Przyjaciele podtrzymywali mnie na duchu. Rozmowy i świadomość, że „gdzieś, tam” jest ktoś życzliwy niezwykle pomagały. Miałam momenty poddawania się wewnętrznej rezygnacji, ale szczęśliwie potrafiłam z nich wyjść. Mówiłam o swoich trudnościach i potrzebach. Energia krążyła. Informacje przepływały i dotarły tam, gdzie powinny. Trafiłam do właściwych ludzi. WSZYSTKO JEST POŁĄCZONE, A MY WSZYSCY STANOWIMY ŚWIAT.

Jednego dnia siedziałam w ciemnej przestrzeni, następnego otworzyłam oczy i widziałam nad sobą jasne niebo. Sytuacja odmieniła się tak szybko i nagle, wprawiając mnie samą w radosne zdumienie. Przetrwałam burzę i zostałam wyprowadzona na zielone łąki. Trafiłam do pięknego domu, przyjęta przez życzliwych, otwartych ludzi. Z betonowego blokowiska do domu pod lasem. Ze ściskającej umysł atmosfery dysharmonii i konfliktu, do przestrzeni spokoju i wyciszenia.
Tak właśnie dzieje się, kiedy pomimo zawirowań i piętrzących się trudności człowiek potrafi nieść w sobie ufność i poddaje się biegowi wydarzeń. Jestem wdzięczna. Bardzo, bardzo wdzięczna losowi oraz ludziom na mojej drodze.

I oto -  kolejny zwrot!
Marzyły mi się podróże, wyjazd gdzieś hen, gdzie żyje się inaczej – dzieje się!
Nie mam pieniędzy ani swojego domu, a okazuje się że pomimo tego moje marzenia stopniowo realizują się!
Zaraz wyjeżdżam! Dzięki przyjaznym, życzliwym ludziom dostaję bilet na podróż i zaproszenie w dzikie Bieszczady! Witaj Przygodo!




czwartek, 29 sierpnia 2013

Owocowa sałata


 
W przerwie pomiędzy filozoficzno-życiowymi rozmyślaniami dobrze jest posilić się czymś smacznym i energetycznym. Sałatkę przygotować może każdy. Dobór składników zależy od indywidualnych upodobań oraz tego, co aktualnie mam w kuchni, w ogrodzie, pod ręką…

Oto wersja letniej sałaty z owocami i orzechami.

Na lodowej, chrupiącej sałacie rozłożyłam kostki świeżego ananasa, cienkie paseczki zielonej słodkiej papryki, ćwiarteczki moreli, dojrzałe borówki amerykańskie (choć tak naprawdę to polskie) oraz namoczone wcześniej włoskie orzechy (…też polskie…). Kompozycję dopełniły kiełki lucerny oraz listki świeżej mięty ogrodowej. Lubię węglowodany, więc dla zwiększenia sytości oraz dla smaku uzupełniłam danie słodkim ryżem, który miałam już wcześniej ugotowany. Tym sposobem w krótkim czasie przygotowałam kolorowe, lekkie, smakowite i pożywne danie pełne obfitości. Smacznego!


Kilka Mądrości w Duchu TAO



PŁYŃ LEKKO, Z NURTEM ŻYCIA. BĄDŹ NA TAK!

Im silniejszy opór, tym więcej cierpienia.
Poddanie się spontanicznemu działaniu sprawia, że wszystko dzieje się we właściwym momencie i w najlepszy możliwy sposób.

ZAMIAST UMYSŁU I ROZMYŚLANIA – DUCH I ŚWIADOMOŚĆ.
NIE WIOSŁUJ – ŻEGLUJ.
PORUSZAJ SIĘ WRAZ Z TWÓRCZYMI ENERGIAMI RZECZYWISTOŚCI.

Energia tworzenia jest wszędzie, otacza nas i wypełnia. Wystarczy poczuć ją i skupić na niej swoją uwagę. I tworzyć świat, w jakim naprawdę chce się żyć.

DROGA TO HARMONIZOWANIE Z DUCHEM.

Kiedy dostrajam się do energii Życia, Droga sama mnie prowadzi.

POWSTRZYMAJ PRZEJMOWANIE INICJATYWY.

Usilne przejmowanie inicjatywy, notoryczne wyręczanie innych często wynika z niepokoju, strachu, gniewu lub pychy. Biegnę, by zrobić coś za kogoś – podnieść, podtrzymać, załatwić chociaż nikt mnie o to nie prosi - bo boję się być źle ocenioną i walczę o akceptację lub kieruje mną przekonanie, że to ja znam najlepszy sposób lub najlepiej wiem, co i jak należy. A sposobów działania jest wiele, każdy ma znaleźć odpowiedni dla siebie.

Z UFNOŚCIĄ CZEKAM NA WIATR W MOJE ŻAGLE.

I cieszę się życiem!




Ćwiczenie czyni Mistrza



Kontrola ze strony umysłu zawsze była u mnie silna, więc zasadniczo stale mam nad czym pracować, bo umysł łatwo nie odpuszcza.

Jak wiadomo „Ćwiczenie czyni Mistrza”, zatem sukcesywnie to ja przejmuję kontrolę nad umysłem, czyniąc z niego wspaniałe narzędzie kreowania własnej rzeczywistości.

Zmiana jest procesem i tak naprawdę nigdy się nie kończy. Przechodzę tylko z jednego etapu na drugi. Kiedy czuję że  wychodzę z tunelu, natychmiast pojawia się kolejny. Pomiędzy nimi łapię głęboki oddech.

A ODDECH to ŻYCIE.

TAOistyczna zasada WU-WEI




Lao Tsy i jego rozprawa filozoficzna „TAO te king” ("Droga") inspirują mnie od dawna. Dzięki temu zapoznałam się z taoistyczną zasadą Wu-Wei, która stała się mi bliska. Praktykuję ją z coraz lepszym skutkiem, co wprowadza w moje życie więcej spokoju i harmonii. Zainspirowana przez różne opisy poczułam w sobie krążącą energię tao i usiadłam do pisania, aby ułożyć własne myśli i odczucia.

Jak ja odczuwam TAO i wu-wei?

TAO nie jest do rozumienia – TAO się odczuwa.
Wu-Wei to być jak jin-jang, gdzie jeden biegun nieustannie wpływa w drugi, są w ciągłym ruchu i uzupełniają się – żadne nie może istnieć bez drugiego. Przepływ jest harmonijny, swobodny, toczy się jak koło życia.

Wu-Wei oznacza działać spontanicznie, naturalnie, bez przymuszania się.
Powstrzymywać działania sztuczne, nawykowe, zaprogramowane a pojawią się spontanicznie działania naturalne, twórcze, wywodzące się z Ducha. Przestać żyć „na automatycznym pilocie”. Obserwować siebie i swoje uwarunkowania.

Naturalne duchowe działania nie potrzebują przymuszania się i czynione są bez wysiłku. BEZ WYSIŁKU. Płyną – jak woda w rzece. Po co pchać rzekę czyli wymuszać zmianę?
Zmian nie trzeba, a nawet nie należy wymuszać. Trzeba wczuć się we własny rytm i podążać w zgodzie z nim.

Duchowa rzeczywistość (Duch, Kosmos, Życie, Wszechświat) dostraja materialną rzeczywistość w najlepszy możliwy na ten moment sposób. Moje życie potwierdza działanie tej zasady i wielokrotnie wprowadza mnie w stan wielkiego zadziwienia i zachwytu, jak cudownie potrafi działać synchroniczność Wszechświata, jeśli tylko dam na to pozwolenie, jeśli przestanę blokować poprzez opór w swoim sposobie myślenia lub usilne wymuszone działania, aby koniecznie już teraz zrobić cokolwiek, co uwolni mnie od poczucia winy, że nie robię nic. Najczęściej robienie „czegokolwiek” wynikało z presji otoczenia (lub wewnętrznej), bo „należy”, bo "ktoś tego oczekuje”, a w efekcie wpadałam w jakieś błędne koło pozornych, wyczerpujących działań wbrew sobie, które do niczego konstruktywnego nie prowadziły poza odbieraniem mi sił. A czasami najlepsze co mogę dla siebie uczynić, to nie robić NIC.
Nie robić NIC oznacza dla mnie podążanie z nurtem wydarzeń, wykazywanie się cierpliwością (wszystko w swoim czasie), ufnością wobec Życia oraz zajmowanie się zwykłymi, codziennymi zajęciami pozwalając, aby sprawy ułożyły się jak należy. Oznacza to też podejmowanie aktywnych działań spontanicznie, kiedy wewnętrzny impuls skłania mnie ku czemuś. Kiedy jednak impuls do działania nie pojawia się i czuję, że jedyne czym mam się zająć teraz to wyspać się, pójść na spacer, ugotować posiłek albo usiąść spokojnie i zagłębić się w sobie – tak czynię. Jeśli mam zaplanowane rutynowe działania według rozkładu zajęć – zwyczajnie robię swoje. Tu chodzi o sytuację, w której oczekuję konkretnych zmian, spodziewam się jakichś wydarzeń. I o to, aby nie wywierać nacisku lecz działać w naturalny, spontaniczny sposób. A także umieć cierpliwie czekać.

Trzeba umieć wyczuć sytuację i moment obecny. Dostrzegać kiedy czas sprzyja aktywności, a kiedy bierności. Cierpliwie pozwalać, aby efekty pojawiły się w zgodzie z rytmem kosmosu – czasem natychmiast, czasem znacznie później.
Na wszystko jest właściwy czas i miejsce. Wszystko realizuje się tak jak trzeba i wtedy, kiedy trzeba. O ile ufam, pozwalam, płynę lekko - bez wysiłku.

Kiedy dostrajam się do wyższego planu, do duchowej rzeczywistości, synchronicznego działania kosmosu, to kontrola poprzez umysł jest zbędna! Rzeczy po prostu dzieją się!
Kiedy uczę uwarunkowany umysł, aby zaprzestał kontrolowania sytuacji i poddał się biegowi wydarzeń, mogę dostroić się do rytmu wszechświata. Zachowuję uważność i czujność, ego przestaje mnie kontrolować, zyskuję przepływ, spokój i harmonię ze wszystkim co mnie otacza.
Pozostając w głębokiej ufności, że życie prowadzi mnie najlepszą z dróg, wszystko dzieje się dla najwyższego dobra wszystkich w to włączonych oraz w zgodzie z wyższym planem, osiągam wewnętrzną równowagę, zdolność panowania nad emocjami i tworzę swoje życie poprzez to, co mnie buduje, wzmacnia i rozwija, zamiast niszczyć i zatruwać. Przyjmuję TO CO JEST z wdzięcznością i cieszę się każdą chwilą, budując w efekcie radosne życie.

Ufam, że zawsze mam wszystko czego potrzebuję i wszystko JEST DOBRZE.

Ta ufność zmienia mój obraz rzeczywistości i przenosi mnie w rejony, w jakich naprawdę chcę żyć.
Kiedy jednak poprzez swój uwarunkowany umysł (ego) chcę panować nad swoim życiem i kontrolować jego przebieg, uniemożliwiam siłom duchowym działanie synchroniczne z kosmosem. Stawiam opór i w efekcie doznaję cierpienia.

Im silniejszy opór, tym więcej cierpienia.

Podążając Drogą pozwalam spontanicznie przejawiać się swojej Naturze. Spontanicznie reaguję na pojawiające się potrzeby.
W praktyce może to oznaczać, że nawet jeśli czynię plany, to zawsze traktuję je bardzo elastycznie, dostosowując się do bieżącej sytuacji. Mogę wieczorem z góry założyć, że rano wypiję kawę, ale kiedy ranek nastąpi wpierw sprawdzę w sobie czy faktycznie na kawę mam ochotę. Lepiej jednak kiedy niczego takiego nie zakładam, a rano pytam siebie: - Kawa czy herbata? A może – woda?


 

Kiedy podążam Drogą, zawsze pozostaję w świetle.




środa, 28 sierpnia 2013

GDZIE ZACZYNA SIĘ ZMIANA?




Gdzie zaczyna się zmiana? Otóż zaczyna się ona w Tobie.

Moja matka wielokrotnie dawała mi do zrozumienia, jak ważna w życiu jest ciężka praca. Powoływała się nawet na jakiegoś znanego profesora, głoszącego zasadę „3x8”, czyli 8 godzin snu, 8 godzin pracy i 8 godzin... nie wiem czego. Zapewne stania w korkach, robienia zakupów i zajmowania się domem, bo na rozwój własny może nie być już miejsca. Mój ojciec wyrzucał mi, że zarabiam pieniądze, jakich on nie uzyskał przez całe swoje zawodowe życie. Popadałam więc w poczucie winy – raz, ponieważ za mało robię, innym razem – bo za dobrze mi się wiedzie. Chciałam, aby rodzice byli ze mnie dumni, aby wyrażali wobec mnie swoją aprobatę, dzieliłam się z radością swoimi sukcesami materialnymi. Wszystko to jednak niczego dobrego mi nie przyniosło. Nigdy nie byłam w stanie ich zadowolić. Sama nie byłam szczęśliwa. Przyszedł dzień, kiedy postanowiłam odmienić swoje życie. Decyzja, aby odnaleźć szczęście poprowadziła mnie w rzeczywistości ku odnalezieniu samej siebie. Zorientowałam się, że gdzieś po drodze siebie zagubiłam i jedyną słuszną drogą jest droga ku poznaniu siebie. Tym samym rozpoczęłam usilną pracę nad sobą i usuwaniem własnych ograniczeń. To jednak nie była ciężka praca w rozumieniu mojej matki, ale znacznie trudniejsza, za którą nikt nie wypłaca pieniędzy. To zajęcie 24 godziny na dobę, wymagające całkowitej szczerości i uczciwości wobec samego siebie. To droga pełna upadków, ale przecież zawsze można powstać z kolan. Nawet kiedy leżałam krzyżem na podłodze i zapadałam się niżej i niżej, w końcu doznawałam oczyszczenia i wzlatywałam jak feniks z popiołów.



Przyglądanie się swoim myślom, również tym głęboko ukrytym, swoim przyzwyczajeniom, ocenie własnej i otoczenia, postawom i intencjom, odkrywanie źródeł problemów i stopniowa zmiana punktu widzenia – to część tej drogi. Przekonałam się, że słuszne jest twierdzenie, iż nie zbawi się świata, lecz należy uzdrowić i zbawić siebie samego. Zaczęłam rozpoznawać tworzone przez mój uwarunkowany umysł projekcje – wieczne scenariusze zdarzeń, rozgrywające się według moich własnych wyobrażeń. Zrozumiałam, że to one są źródłem wielu nieporozumień, iluzji i cierpień. Obserwowanie swoich myśli i pilnowanie, by nie wyprowadzały mnie na manowce, a zatem także unikanie tworzenia projekcji, to wielka i cenna lekcja oraz umiejętność. Myślę, że to podstawa szczęśliwego życia.

Świadome wprowadzanie myśli pożądanych, pozytywnych, twórczych, budujących zamiast destruktywnych, zatruwających, ciągnących w dół – oto sposób na uzdrawianie siebie i swojego życia. Dziś już wiem, jak potrafimy tworzyć swój świat poprzez własną myśl i intencję.
Aby jednak dokonać głębokiej zmiany niezbędna jest wytrwałość i konsekwencja, nie ma tu miejsca na półśrodki. Wielkie zmiany bywają bolesne – wiąże się z nimi konieczność zostawienia przeszłości za sobą, a to było dla mnie trudną lekcją. Wielkie zmiany przyniosły wielkie konsekwencje. Potrzebowałam oczyścić przestrzeń wokół siebie i odciąć toksyczne relacje. Musiałam pogodzić się z niezrozumieniem ze strony najbliższych i brakiem ich akceptacji – wybierając własną drogę nie mam prawa oczekiwać, że inni też nią podążą albo chociaż ją zrozumieją, nie mam prawa oczekiwać od innych czegokolwiek. Muszę natomiast coraz więcej oczekiwać od samej siebie, przede wszystkim konsekwencji, wytrwałości, cierpliwości i odwagi oraz wyrozumiałości dla innych. Bardzo trudno jest nie oceniać, jednak uczę się tego i staję się coraz mniej krytyczna wobec innych i siebie; obserwuję i wyciągam wnioski. To co myślę o innych, to moja sprawa. Jeżeli decyduję się komuś pomóc, robię to niezależnie od swojej opinii o danej osobie. TO CO INNI MYŚLĄ O MNIE, TO WYŁĄCZNIE ICH SPRAWA. Do mnie należy zmienianie własnych nawyków, przekonań i programów, tak abym żyła w zgodzie ze sobą. To co daję światu od siebie, wkrótce do mnie powraca. Zatem zmiana zaczyna się we mnie, i we mnie kończy się.

Niezależnie od tego, jak trudno było po drodze, ile razy odczuwałam zwątpienie i bezsilność - jestem wdzięczna za każdy krok i szczęśliwa każdą osiągniętą zmianą. Niczego nie żałuję, coraz więcej doceniam. Nieustannie dostrzegam synchroniczność zdarzeń w moim życiu. Wiem, że podążam we właściwym kierunku. Droga, którą kroczę sama mnie prowadzi. Nauczyłam się ufać i oddawać w opiekę Opatrzności.
Czasami wydaje mi się, że już sporo wiem. Jednak na koniec dnia - wiem, że wciąż nie wiem nic.


Pomarańczowe życie



Kreowanie potraw to jedno, a smakowanie pojedynczych owoców czy warzyw to drugie. Fantastycznie jest łączyć i tworzyć nowe kombinacje smaków, ale cudownie jest smakować najzwyczajniej w świecie to, co stworzyła natura.

Dziś zachciało mi się soczystości. Zatem - pomarańcza!

Słodka, lekko kwaskowa, mięsista. Mokra – jak świat za oknem. Taka – w sam raz!
Przeżuwając ostatnią cząstkę owocu przyglądałam się temu, co po nim zostało na talerzyku.
Lubię kontemplować, więc w naturalny sposób naszła mnie refleksja:
Po mojej pomarańczy została tylko zewnętrzna powłoka.
To, czym byłam zainteresowana, znajdowało się wewnątrz.
Cała soczystość, mięsistość, całe życie było w środku.
Dostrzegłam pewną analogię – to, co wartościowe jest wewnątrz nas. Ciało to tylko tymczasowy dom dla esencji, którą w istocie jesteśmy.
Moją wartością jest moje wnętrze, to jakim jestem człowiekiem i czym kieruję się w życiu.

Dojrzała pomarańcza jest soczysta, pełna smaku, słodko-kwaśna i ma bardzo energetyczny kolor.
Życie powinno być ciekawe, ekscytujące, kreatywne, pełne ruchu i dostatku. Soczyste i energetyczne - jak dojrzała pomarańcza. Takiego życia sobie życzę.


Wegański zielony twarożek

Kiedy mam ochotę na ciepłą kaszę jaglaną, to prawie zawsze gotuję jej trochę więcej. To co zostanie zamykam w pojemniczku i wstawiam do lodówki. Wiem, że następnego dnia przyda się do szybkiego przygotowania czegoś smakowitego.

Dziś spożytkuję taką resztkę kaszki. Część właśnie dała bazę śniadaniowej paście, którą śmiało mogę potraktować jako wegański twarożek. Kiedy jeszcze jadałam nabiał (a przed laty jadałam go sporo), lubiłam twarożek z ogórkami lub pomidorami. Dzisiaj zachciało mi się czegoś podobnego. Apetyt na świeżego ogórka zainspirował mnie do przygotowania pasty na bazie kaszy jaglanej i awokado. Taką oto sobie wymyśliłam:

Wegański zielony twarożek lub pasta śniadaniowa

Do kielicha blenderowego włożyłam kaszę, awokado, łyżkę wypłukanych i lekko namoczonych pestek dyni, łyżkę zmielonego siemienia lnianego (z reguły mam w lodówce świeżą porcję na 3-5dni), sok z cytryny, oliwę z oliwek extra virgin, trochę soli himalajskiej, zmielony kolorowy pieprz, suszony czosnek niedźwiedzi, nieco roślinnego mleka. Dodałam płaską łyżeczkę spiruliny w proszku – dla zdrowia i koloru. Spirulina to przebogate źródło roślinnego białka, żelaza, witaminy B12 i C, minerałów i oczywiście budującego krew chlorofilu. Staram się na bieżąco korzystać z niej w kuchni.
Wszystko pięknie zmiksowałam, dodając w trakcie mleka ryżowego dla odpowiedniej konsystencji. Gdybym dała go więcej wyszedł by z tego dip, zamiast twarożku. I to jest pomysł na przyszłość!




Mmmmm… wyszło pysznie! Z ogórkiem, pomidorem i świeżą bazylią taki twarożek stanowi wspaniałe, pełnowartościowe i sycące śniadanie. Kasza doskonale syci, jem ile potrzebuję.



Oczywiście nie zjadłam na śniadanie całego twarożku. Zostało w sam raz, aby przyrządzić szybki obiad. Wystarczyło ugotować makaron kukurydziany, omaścić go oliwą, wyłożyć zielony twarożek, pokroić ogórka i pomidory. Trochę prażonych nasion słonecznika i dyni na wierzch, kilka oliwek dla zaostrzenia smaku. I gotowe!







wtorek, 27 sierpnia 2013

Imieninowe prezenty dla siebie: Patelnia warzyw z tofu


W ramach imieninowych prezentów przyrządziłam na kolację szybkie, smakowite i zdrowe danie.
W niewielkiej ilości wody udusiłam kawałki bakłażana z dodatkiem aromatycznych przypraw i różowej soli himalajskiej. Następnie na kilka minut dodałam pokrojoną czerwoną paprykę, kawałki ziołowego tofu, garść uprażonych nasion słonecznika i dyni, trochę nasion czarnuszki oraz niewielką ilość ryżu jaki został z wczorajszego gotowania. Na sam koniec - już bez gotowania - plasterki cukinii, które lekko zmiękły pozostawione na krótko pod pokrywką, zachowując swoją jędrność. Danie podałam ze świeżymi liśćmi bazylii oraz pokropione po wierzchu oliwą z oliwek extra virgin.

Przygotowanie zajęło mi niewiele czasu, przepis banalnie prosty, a efekt to rozkosz dla podniebienia i lekkość w brzuszku.




Imieninowe prezenty dla siebie: Zielarką być


Przy okazji spaceru zebrałam na łące młode liście pokrzywy. Kiedyś dusiłam pokrzywę jak szpinak i wychodziła smakowita potrawka do kaszy. Tym razem zatęskniłam za naparem ze świeżych ziół. To całkiem inna jakość i smak, niż zioła suszone. Skorzystałam więc z darów natury, które spotkałam na swojej drodze. Napar uzyskał piękny zielony kolor.

Pokrzywa dostarcza organizmowi sporo żelaza, działa korzystnie na układ moczowy i jelita. Orzeźwia z rana i generalnie jest dobra na wszystko, prawie. 

Imieninowe prezenty dla siebie: Spacer na łąkę


Korzystając z pięknej pogody postanowiłam wybrać się na spacer i doładować swoje energetyczne baterie. W lesie było dość chłodno, poszłam więc przez łąki i dotarłam do małego jeziorka, na którym czekały na mnie najpiękniejsze imieninowe kwiaty. Cudne różowe nenufary unosiły się na zielonych liściach, uśmiechając się do mnie i wypełniając moje serce radością. Przypominały o miłości dla siebie, a może również zapowiadały nadchodzącą z zewnątrz miłość...?
Usiadłam na konarze drzewa, wygrzewałam się w słońcu i chłonęłam piękno otaczającej mnie przyrody. Wtem na jeziorku zawrzało, jakby pojawiła się ławica latających ryb. To kaczki rozpoczęły wyjątkowy rytuał kąpieli, pierwszy raz coś takiego widziałam! Niesamowity widok. Trzepotały skrzydłami, podfruwały, ślizgały się po wodzie, nurkowały, wyskakiwały... Energia życia!


Imieninowe prezenty dla siebie: Krem daktylowo-orzechowy z surowym kakao

Z okazji imienin postanowiłam podarować sobie coś dobrego, smakowitego i przyjemnego, a zarazem służącego mojemu dobremu samopoczuciu.
Zaczęłam od łasucha.

Wykorzystałam niewielką ilość białego ryżu, jaki został z wczorajszej kolacji.
Namoczyłam garść daktyli i figę,
a także garść laskowych orzechów.
Umieściłam wszystkie te składniki w blenderze, dodałam
łyżkę sezamu,
dwie łyżki mielonych nasion lnu,
łyżkę surowego kakao,
sporo cynamonu, wyłuskane ziarenka kardamonu
oraz nieco mleka ryżowego.

Wszystko zmiksowałam na gęsty krem, który podałam pod pierzynką kokosowych wiórków.
Bardzo smakowite! Bezglutenowy, prawie surowy i zdrowy deser. Lubię takie celebrowanie!

 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Z Miłości dla siebie: Śniadanie na trawie czyli radość z tego, co najprostsze




Ostatnio wróciły piękne, słoneczne poranki. Postanowiłam podarować sobie radość brodzenia bosą stopą w porannej rosie oraz soczyste śniadanie na trawie. Niech moje życie jest kolorowe, rześkie jak ten poranek, soczyste jak pomarańcze, jasne i ciepłe jak ogrzewające mnie promienie przedpołudniowego słońca! Kocham radosne życie! Korzystam więc z dobroci ludzi, którzy pozwolili mi u siebie zamieszkać i niosę swoje śniadanie do ogrodu. Bóg jest, ma plan i wie co robi! Tak. Pozwolił mi doświadczać bezdomności, równocześnie otaczając mnie pomocnymi, życzliwymi ludźmi, pojawiającymi się w moim życiu we właściwym momencie. Jestem za to bardzo wdzięczna. I z wdzięcznością zasiadam w słońcu, ciesząc się otaczającą mnie ciszą, spokojem, zielenią trawy i liści, śpiewem ptaków, wilgotną rosą pod stopami. Zamykam oczy i pozwalam, by lekki wiaterek owiewał moją zmęczoną twarz. Życie jest takie zmienne. Nie mogę uwierzyć, że spotyka mnie teraz tyle dobra i to ze strony całkiem obcych ludzi. W ciągu niemalże jednego dnia mój świat zmienił się o 180'. Dziękuję za wszystko, czego doświadczam i za miejsce, w jakim jestem. Fortuna kołem się toczy, a zmiana jest jedyną pewną rzeczą. Moja Pomarańcza Zmian – soczysta, radosna, kolorowa, pełna obfitości. Kocham pomarańczowe życie!



Inspiracje: TO BYŁA WIELKA ZMIANA







Z wiersza Roberta Frosta:

Przede mną były dwie drogi –
Wybrałem tę mniej uczęszczaną
I to była wielka zmiana”


Oraz w przekładzie Stanisława Barańczaka:

Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano Dwie drogi;
pojechałem tą mniej uczęszczaną
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.”






Na drodze ku SAMOAKCEPTACJI

Życie poturbowało mnie tak mocno, że w pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, jak wiele razy to ja samą siebie męczyłam i zadawałam sobie bolesne ciosy. Nauczycielka masażu powiedziała raz do mnie, że jestem dla siebie jak kapo w obozie. To były mocne słowa.

Dzięki pogłębianiu swojej uważności na to, co działo się wokół i wewnątrz mnie zaczęłam coraz więcej dostrzegać i rozumieć. Zauważałam znaki, prowadzące mnie ku nauce łagodności. Zaczęłam stopniowo, małymi kroczkami obdarowywać siebie łagodnością, dobrocią, wyrozumiałością, miłością. Kochanie siebie w zdrowy, bynajmniej nie egoistyczny sposób, wbrew pozorom nie jest takie łatwe. Dla osoby otoczonej czystą, rodzicielską miłością od pierwszych chwil życia , miłość dla siebie i innych oraz poczucie własnej wartości to zapewne oczywiste elementy psychiki i istnienia. Jednak człowiek wrażliwy, doświadczający w dzieciństwie swoistych braków w sferze uczuć, przy równoczesnym krytycyzmie i oschłości ze strony najbliższego otoczenia, w dorosłym życiu mocno koncentruje się na pozyskaniu akceptacji innych ludzi. Przynajmniej ja tego doświadczyłam. Głęboko, w swojej podświadomości, miałam zakodowane przekonanie, że muszę zasłużyć na miłość, zapracować na nią, starać się nieustannie, aby mnie akceptowano, chciano, kochano. Maksimum swojej energii skupiłam na tym dążeniu. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo nienawidziłam samej siebie za to, jaka jestem, albo – jaka nie jestem. Byłam jednym wielkim wewnętrznym konfliktem. Ciągle coś robiłam nie tak. Krytykowana przez ojca, matkę, potem przez męża, teściową, teścia usiłowałam stać się idealną żoną, matką, synową, kochanką... z tym ostatnim było najgorzej, ponieważ być wymarzoną kochanką dla kogoś, kto nie okazuje atencji, aprobaty czy szacunku w ciągu dnia, a wieczorem oczekuje zmysłowej seksi-woman w łóżku jest trudne, a dla mnie było raczej niemożliwe. Zatem – było coraz gorzej. Ale jak mogłam spodziewać się szacunku od strony męża, a później partnerów czy męskich szefów, skoro sama siebie nie darzyłam szacunkiem. Pozwalałam na to, by mnie upokarzali i poniekąd sama o to się prosiłam. Podważając własną wartość, nie szanując samej siebie przyzwalałam na takie traktowanie przez innych, zwłaszcza przez mężczyzn. Wysyłałam niewerbalne przekazy, wynikające z nieuświadomionych programów, jakie mną kierowały. I wciąż chciałam zadowolić innych, tylko nie siebie. Przez wiele lat na mnie samą zwyczajnie nie było miejsca. Ważniejsze było udowadnianie, że potrafię, dam radę, poradzę sobie, pokażę wam jaka jestem świetna! W życiu rodzinnym, potem zawodowym. No i pokazałam. W kwestii rodziny poniekąd poniosłam porażkę – poniekąd, ponieważ tak naprawdę coś takiego jak „porażka” nie istnieje. To była mocna szkoła, a koniec nieuchronny. W strefie zawodowej odniosłam sukcesy – sprawdziłam się tam, gdzie bliscy podważali moje możliwości, jak kameleon dostosowywałam się do pracy w różnych środowiskach, byłam chwalona, budowałam dobre relacje, przez pewien czas byłam „gwiazdą” i zarabiałam niezłe pieniądze. To wszystko wiele mnie nauczyło, poznałam mnóstwo ludzi, nieco podniosłam poczucie własnej wartości, udowodniłam sobie i innym, że potrafię wiele, mam potencjał i możliwości. Ale czy byłam szczęśliwa? Wciąż żyłam w poczuciu niedostatku. Bo choć materialnie dawałam sobie dobrze radę, to najważniejszą dla mnie była sfera uczuć, wciąż pragnęłam i szukałam Miłości. Ale jak miałam stworzyć szczęśliwy związek, skoro tak bardzo nie kochałam samej siebie? 


Musiał więc nastąpić moment przesilenia, kiedy zdecydowałam się postawić wszystko na jedną kartę – dążenie do szczęśliwego życia i – jak w „Alchemiku” - podążanie własną drogą szczęścia. To był punkt zwrotny, przeważający o kształcie mojego przyszłego życia. Początek naprawdę ciężkiej pracy (choć nie lubię tego określenia i unikam go, to w tym przypadku jest miarodajne), myślę że najcięższej w moim życiu. Z pewnością będę jeszcze do tego tematu wracać. Dziś skwituję, że nauka kochania siebie to proces, w moim przypadku długi. Kilka razy wydawało mi się, że już wiem jak i już kocham siebie tak bardzo. Jakiś czas później następował moment spadania z tej pięknej wieży własnych wyobrażeń i przekonywałam się, że to dopiero początek i jeszcze wiele muszę się nauczyć. Jedną z podstawowych lekcji stała się nauka łagodności – traktować siebie łagodnie, tak jak najcenniejszy dar.
Zaczynam więc od dbania o siebie i sprawiania sobie przyjemności, bez wyrzutów sumienia.


piątek, 23 sierpnia 2013

Kreatywna kuchnia z Miłością - dla samego siebie. Pudding owocowo-czekoladowy.



Dziś rano obudziłam się zmęczona i obolała. Za oknem chłodno i pochmurno. Zaczynam dzień od kubka ciepłej wody. Potem gorąca zbożowa kawa z kardamonem i ryżowym mlekiem. Co mogę przygotować dla siebie na śniadanie, aby podarować sobie radość, ożywić zmysły i dodać ciału siły?

PÓŁ-SUROWY PUDDING OWOCOWO-CZEKOLADOWY

Z wczorajszego gotowania została mi w lodówce kasza jaglana. Wykorzystam jej część na śniadanie.  Mam chęć na coś pożywnego i  owocowego.

Do blenderowego kielicha wkładam:
ugotowaną kaszę oraz umyte, obrane i pokrojone owoce –
1 banan oraz połówkę brzoskwini (polskiej i smakowitej!).
Drugi kawałek brzoskwini zostawiam do udekorowania gotowego dania i posmakowania samego owocu.
Następnie wciskam sok z cytryny.
Dodaję trochę cynamonu – uwielbiam go! Jest taki aromatyczny, lekko rozgrzewający.
Odrobina kurkumy, plasterek świeżego imbiru.
Świeży imbir bardzo mi smakuje, cenię także jego właściwości bakterio- i grzybobójcze, rozgrzewa narządy trawienne i wspomaga trawienie.
W lodówce, w słoiczku, z reguły mam świeżo zmielone nasiona lnu, porcję na 3-5 dni. Len stanowi dobre źródło korzystnych dla zdrowia tłuszczy i kwasów omega-3.
Dodaję 2 łyżki zmielonych nasion lnu,
trochę sezamu
oraz łyżeczkę surowego kakao w proszku.
Tylko surowe kakao zachowuje cenne wartości odżywcze i faktycznie jest zdrowe. Obecnie jest już szeroko dostępne w wielu sklepach ze zdrową żywnością. Ja kupuję to od polskiego producenta pysznych surowych czekolad.

Dobrze. Kolej na ostatnie akcenty - 
trzy sparzone i namoczone lekko daktyle oraz trochę mleka ryżowego.
Wszystkie składniki dokładnie miksuję.
Aktualnie używam blendera ręcznego, więc konsystencja puddingu nie będzie jedwabiście gładka. Uważam to jednak w tym momencie za zaletę. Uzyskałam piękną, ziarnistą teksturę.
Czas na smakowanie!





Mmmmm… pychota! Konsystencja jest wyraźnie wyczuwalna na języku. Słodycz lekka, delikatna. Na wersję śniadaniową w sam raz.
Gdybym szykowała pudding na deser, mając apetyt na słodkości, użyłabym więcej daktyli i drugiego banana.
I kto powiedział, że dieta bezglutenowa jest nudna?

Kiedy testuję nowe smaki pozwalam sobie na dużo otwartości.
W pierwszej chwili odniosłam wrażenie, że brakuje puddingowi słodyczy, że jest za mało konkretny. Jednak każdy kolejny kęs pozwalał mi odczuć pełnię smaku i delektować się z radością tym, co jest.

SLOW LIFE



Jestem miłośniczką życia w tempie slow. Wielbicielką smakowania i celebrowania. Jak śpiewa Ewa Bem – jestem Ce-le-bry-tką! Celebruję każdy dzień. Życie jest zbyt krótkie i pomimo swej niekiedy okrutnej szarości zbyt piękne, by pędzić na oślep donikąd. Już pędziłam i coś o tym wiem. Jak śpiewa inny, cudowny głos polskiej sceny muzycznej – Anna Maria Jopek – „Dokąd tak pędzisz? Nie zdążysz i tak…”.
Cóż, jestem również wielbicielką muzyki i dźwięków, ale o tym innym razem.
Kiedy człowiek śmiga przez życie, to być może cieszy się mianem SpeedMana lub Strusia Pędziwiatra, ale czy jest w stanie obserwować świat wokół siebie? A przecież jest tyle do obejrzenia. I nie trzeba w tym celu nawet jeździć daleko. Wystarczy rozejrzeć się trochę, tuż obok, za i nad głową, pod stopami, za plecami. Zawsze COŚ się dzieje. Życie kwitnie, dojrzewa, obumiera, rodzi się na nowo. Uważność jest cudem, który zawsze przynosi owoce.
A cuda dzieją się każdego dnia. Wystarczy je dostrzec.


Weganki życie bez glutenu




Jeszcze kilka lat temu nie wyobrażałam sobie życia bez pszennej mąki, jajek i nabiału.
Jak to możliwe?  Bez pierogów, naleśników, placków,  bułeczek, makaronów, szarlotki i sernika, mozarelli, parmezanu, no i – pizzy!? Nie da się przecież!
Otóż okazało się, że byłam w ogromnym błędzie.
Powiem więcej – przekonałam się, jak uboga była kiedyś moja kuchnia, a dania mało urozmaicone. Gotowanie zawsze sprawiało mi przyjemność. Jednak choć wydawało mi się, że odżywiam się dobrze i zdrowo, to z racji szybkiego tempa życia w rzeczywistości często szłam na  łatwiznę i gotowałam bezwartościowe posiłki z mrożonek, puszek, kartoników, z białym pszennym makaronem.
Konieczność przejścia na odżywianie bezglutenowe, w połączeniu z zainteresowaniem kuchnią wegańską oraz raw pokazało mi, ile możliwości stoi przede mną otworem.
Odkryłam nowe obszary, bogactwo i nieskończone możliwości.
Uwielbiam, w zachwyty popadam każdego dnia, jak wiele można wyczarować z warzyw, owoców, orzechów, nasion…
Słowa „zachwycam” „bogactwo” „możliwości” najwyraźniej często będą gościć na tym blogu. Trzeba się z tym pogodzić!



Kulinarne eksperymenty









Początek miał być transformacyjno-duchowy, a podąża w kierunku mocno ziemskim, bytowym, żywieniowym. Zacznę zatem od kubków. Smakowych.

Ostatnio mam fazę na kulinarne eksperymenty.
Przyrządzanie potraw, pitraszenie, łączenie i mieszanie składników sprawia mi ogromną radość.  Kiedy życiowe trudy dają w kość, kuchnia staje się moją odskocznią. Daje mi poczucie otaczającej mnie obfitości, niezależnie od zewnętrznej sytuacji. A kiedy wszystko układa się pomyślnie, zajęcia wypełniają mi dzień,  w gotowaniu znajduję chwilę przyjemności robienia czegoś tylko dla siebie.

Uwielbiam smaki i zapachy, kocham kuchnię kreatywną, pełną aromatycznych przypraw, kolorów, tekstur. Odnalazłam radość zarówno w przygotowywaniu potraw, jak i w ich fotografowaniu i dzieleniu się w ten sposób z innymi. Czerpię inspiracje z różnych stron, przetwarzam je po swojemu i chętnie udostępniam dalej. No i – wciąż eksperymentuję.

W mojej kuchni królują dania wegańskie, bezglutenowe oraz surowe.

O swojej drodze do weganizmu napiszę innym razem.
Ostatnio zachwyca mnie bogactwo smaków i możliwości, jakie daje kuchnia raw czyli witariańska.

Wącham, dotykam, smakuję, mlaszczę, rozpływam się w zachwytach… i fotografuję.


wtorek, 13 sierpnia 2013

Pierwszy krok


Po długim okresie zastanawiania się, wątpliwości i odwlekania wykonałam pierwszy krok i stworzyłam główną stronę swojego bloga. Doszłam do wniosku, że rozpoczynając przygodę z blogowaniem nie muszę od początku wiedzieć wszystkiego. To miejsce będzie stopniowo nabierać kształtu, a idee będą na bieżąco się krystalizować.

Zatem - Witaj Gościu w Pomarańczy Zmian!

Zapraszam do mojego świata.

Pomarańcza kołem się toczy, zupełnie jak fortuna. Życie jest jak pomarańcza - okrągłe, soczyste, kolorowe, smakowite, radosne i obfite. Zdarza się, że gorzkie.  Bywa, że kwaśne. Wybieram owocową soczystość i słodycz. Pomarańcza zmian to opowieść o dążeniu do zmian w życiu i wewnętrznej transformacji, o Drodze i wzrastaniu na niej. To miejsce inspiracji filozoficznej, duchowej i kulinarnej.




Soczystość i ósemkowa Obfitość.
Radosne i dostatnie życie.
Cieszenie się Wszystkim Co Jest.
Wdzięczność i uśmiech.
Moja Pomarańcza Zmian.

Luiza Kattia