czwartek, 19 grudnia 2013

Jak pozwoliłam pozbawić się energii

  
Postanowiłam podzielić się tym doświadczeniem – ku przestrodze.
Otóż natknęłam się na osobę, która zaczęła celowo przykuwać moją uwagę. Stałam na przystanku, czekając na autobus. W pewnej chwili zauważyłam kobietę. Nosiła duże ciemne okulary, a mimo to wiedziałam, że na mnie patrzy i stara się przyciągnąć mój wzrok
Widziałam i czułam, że coś z nią jest NIE TAK. Gdy nadjechał mój autobus wsiadła do niego tuż za mną i zaraz rozpoczęła rozmowę przez telefon. Mówiła na tyle głośno, aby pasażerowie obok słyszeli dokładnie treść rozmowy. Informowała rozmówcę o nagłej śmierci młodego mężczyzny i terminie pogrzebu. Właściwie, to KTO jadąc autobusem przeprowadza TAKIE rozmowy? Ale to oczywiście nie moja sprawa. Nie chciałam tego słuchać, wiedziałam że to nic dobrego, czułam że to celowe wciąganie w niskie wibracje, w energetyczny dół, a jednak… nie potrafiłam przestać, nie przeszłam w inne miejsce. Sygnał był na tyle silny, że choć chciałam się odciąć, przyciągał moją uwagę. Czułam jak moje uszy wręcz wyciągają się, aby słuchać jej opowieści, choć wcale słuchać NIE CHCIAŁAM! Wiedziałam, że słuchać NIE POWINNAM. Szczęśliwie po kilku minutach wysiadłam z autobusu.
Ale - Następnego dnia byłam wyczerpana! Jakby mi ktoś upuścił krwi. Ledwo zipałam i zastanawiałam się: O CO CHODZI?! Kiedy weszłam w siebie, zobaczyłam obraz tej kobiety. I już wiedziałam bez wątpienia, co stało się przyczyną mojego osłabienia. Czym prędzej poszłam do lasu, pobyć między drzewami, poprzytulać się do brzozy, aby oczyścić swoje pole i doładować je.
Uważajcie na siebie!
Takie pasożyty można spotkać na każdym kroku. Nie wypatrujcie ich. Bądźcie czujni wtedy, kiedy coś zacznie przyciągać waszą uwagę. Zastanówcie się czy to „COŚ” podnosi was, czy ściąga w dół. Kiedy tylko rozpoznacie, że coś jest nie w porządku, odczujecie jakiś niepokój – odetnijcie się od tego. Zmieńcie miejsce, pójdźcie w innym kierunku, skoncentrujcie myśli na czymś pozytywnym, nie pozwólcie aby ktoś wciągnął waszą uwagę (a więc energię) w niskowibracyjne, dołujące rozmowy, tematy. Możecie otaczać siebie światłem, złotym światłem i ugruntowywać się w poczuciu bezpieczeństwa.

Bywają też sytuacje, właśnie w komunikacji miejskiej, kiedy ktoś wcale nie rozpoczyna dyskusji, jednak siedzi i „dziwnie” się przygląda. To się czuje bardzo szybko. Nagle robi się „jakoś nieswojo”, albo można poczuć się słabo. To też powinno dać do myślenia.

Jeśli jesteś wystarczająco mocno ugruntowany w sobie, pełen swej wewnętrznej mocy, zamiast odcinać się możesz… myślą swoją i intencją, wewnętrznym skupieniem roztoczyć Pokój wokół siebie, tym samym wyciszyć i zneutralizować destrukcyjne zapędy innej Istoty.
Jeśli jednak nie czujesz się na siłach – odejdź, wyjdź, odetnij się bez wahania.

Za każdym razem trzeba umieć wyczuć daną sytuację, aby wiedzieć jak postąpić w tym konkretnym przypadku. Przede wszystkim należy BYĆ UWAŻNYM.
Niech Wam się nie wydaje, że jak już tyle przerobiliście, tyle doświadczyliście, to wiecie wszystko i nic takiego was nie spotka. Świat dookoła nieustannie się zmienia i zmiany te wciąż przyspieszają. Byty pasożytnicze coraz częściej tracą grunt pod nogami i za wszelką cenę usiłują przyczepić się do mało uważnych osób, z których energię da się czerpać.
Sama generalnie jestem uważna, a dałam się wciągnąć. W sytuacji, którą opisałam, do pewnego stopnia uległam manipulacji, jednak cały czas byłam obserwatorem zdarzenia. Spieszyłam się wówczas na ważne spotkanie i to na nim skoncentrowałam swoje myśli. To doświadczenie było mi potrzebne, aby być ostrożniejszą oraz – by uwrażliwić innych.
Bądźcie więc spokojni, zrównoważeni i ugruntowani wewnętrznie, przytomni i uważni, a wszystko będzie dobrze.

JA JESTEM MIŁOŚCIĄ,
JA JESTEM PRAWDĄ I ŻYCIEM.
JA ZARZĄDZAM, ŻE KAŻDA CIEMNA MOC
ODSTĘPUJE W MGNIENIU OKA.




Moja Droga na Południe - Bieszczady: TUTAJ CZAS PŁYNIE INACZEJ







Nawet nie masz pojęcia, jakim wydarzeniem było dla mnie poczuć góry, oddychać tamtym powietrzem, chodzić bosą stopą po mchu i moczyć ją w zimnym źródle za twoją namową...


POCZUĆ GÓRY
               
Przenosiny do Ciężkowic zostały zaplanowane, a tymczasem nasycałam się wyjątkową atmosferą Bieszczad. Tutaj czas płynie inaczej. Przez ostatnie dwa dni pobytu wydarzyło się i wchłonęłam tyle, jakby to było dni kilkanaście. Oddychałam głęboko powietrzem, pełnym życiowej energii, zapachu ziemi, traw, drzew. Z zachwytem obserwowałam  nocne niebo, czarno-granatowe, zasłane miliardami gwiazd, widocznych jak na dłoni. Widziałam przelatujące światła, spadające gwiazdy. Słyszałam jelenie na rykowisku i pomruki niedźwiedzi.  Poczułam rześkość mroźnego powietrza o poranku. Spałam przy dogasających w kominku drwach. Gotowałam dla dwojga na małym gazowym palniku. Biegałam za dnia do sławojki, a nocą sikałam do wiadra na tarasie – to było jedno z najwspanialszych doświadczeń. Tak! Ponieważ dzięki niemu, wychodziłam ciemną nocą prosto z łóżka na powietrze,  zadzierałam w górę głowę i stawałam się częścią czystej egzystencji – ja, mały punkcik na planecie Ziemia, zatopiony w bezmiarze kosmosu. Brak mi słów, aby opisać taki moment, to co czułam, co widziałam… wyobraź sobie… wielką przestrzeń, nieskończoną, mroźne powietrze, ciszę, spokój i niepokój, życie wyczuwalne tuż obok, świeżość, czystość, prostotę, ciemność rozświetloną miriadami gwiazd… przestrzeń, przestrzeń, przestrzeń… od zachwytu do niepokoju… a za plecami drewniane drzwi i ciepłe, przytulne, bezpieczne schronienie, płomienie świec, iskry w kominku.




BOSĄ STOPĄ DO WODOPOJU

Zbyszek zarządził hartowanie stóp w zimnym strumieniu – to samo zrobiłby mój Dziadziuś.
Jestem mu za to bardzo wdzięczna, bo nie wiem czy sama z siebie odważyłabym się na to. Moje stopy i dłonie często są zimne, dlatego powinnam robić takie zabiegi, a z tego samego powodu obawiałam się zimna. Bez potrzeby. Było cudownie! Kocham chodzić boso po piaszczystej plaży, po zielonej trawie, a brodzenie po wygładzonych kamieniach w zimnym strumieniu lub rzece jest nie mniej wspaniałe, tyle że całkiem inne. A później – spacer na górkę, gdzie miejscami widać pomiędzy trawami mięciutki, zielony mech, po którym stąpałam bosymi stopami, jak po najcudowniejszym dywanie Natury.





Do strumienia, czyli do źródełka chodziliśmy z 5-litrowymi baniakami nabierać wodę do mycia i gotowania. Nie przypuszczałam, że może mi to sprawiać TAKĄ frajdę! A sprawiało.
W międzyczasie Zbyszek ściągał z górki gałęzie, a później rozpalał wielkie ognisko. Gałęzie trzeszczały w ogniu, spalały się sosnowe igły i żywica. Rozchodził się piniowy zapach, a my podziwialiśmy słup dymu, przybierający rozmaite kształty.


Dym spiralnie wędrujący ku  niebu


O poranku wychodziłam na górkę z kubkiem gorącej zbożowej kawy i w promieniach słońca podziwiałam krople rosy, na rozpiętych w trawie niciach pajęczych. Czasem udawało się uchwycić tęczę na tych niesamowitych wzorach, tkanych przez łąkowe pająki.




Kiedy rozładowały się baterie w telefonach lub aparacie, schodziliśmy na dół do pensjonatu, aby skorzystać z dostępu do prądu. Przy tej okazji poznałam lokalnych, ciekawych ludzi, a niesamowitym opowieściom z życia Pana Janka nie byłoby końca, gdyby i Jego i nas nie wzywały kolejne zajęcia. Dość powiedzieć, że Pana Janka doświadczenia potwierdzają wszechobecne działanie Synchroniczności Kosmosu.


  


Moja Droga na Południe - Bieszczady: NIEOCZEKIWANA ZMIANA MIEJSC i SPEŁNIANIE MARZEŃ




NOWY KIERUNEK

Kiedy następuje nieoczekiwana zmiana planów, znaczy to, że coś jest na rzeczy, a życie szykuje znacznie lepszy plan.

Wybieraliśmy się na cały dzień do Sanoka. Rano zadzwonił telefon. Henio przepraszając zawiadomił, że trzeba będzie wcześniej zwolnić miejsce w domu. Z trzech-czterech tygodni zrobił się tydzień. Zostały nam jeszcze trzy dni. Trochę przykro będzie tak szybko opuszczać to urokliwe miejsce. Zastanawialiśmy się więc – co dalej? Zbyszek już wcześniej proponował wyjazd nad morze w październiku, więc teraz stwierdził, że w takim razie nad morze pojedziemy wcześniej, jeszcze we wrześniu. Ale chcieliśmy zostać tutaj choć kilka dni. Siedząc w autobusie do Sanoka rozpatrywaliśmy różne możliwości. – A może moglibyśmy pojechać do Jana? – zapytałam z błyskiem w oku. – Zapraszali wspólnie z Bożenką i właśnie jest okazja. Zadzwoń, zapytaj czy ten weekend to odpowiedni moment. Moglibyśmy spędzić tam dwa-trzy dni.

Nikt chyba nie spodziewał się takiego obrotu spraw, tak szybko dziejących się zdarzeń, które SAME wskazują KIERUNEK.

Tymczasem dojeżdżaliśmy do Sanoka. Pierwszy punkt wyprawy: fryzjer!
Po pięciu dniach bez mycia głowy marzyłam wprost o porządnym odświeżeniu. Sanok był nadzieją na ratunek! Niczego dokładnie nie zaplanowałam, nie wiedziałam gdzie są salony fryzjerskie i czy trzeba się umawiać. Wiedziałam, że wszystko będzie do siebie pasowało. Niedaleko dworca wypatrzyłam nieduży salonik. Wewnątrz miło, czysto, przyjemnie. Młoda uśmiechnięta dziewczyna. Okazało się, że owszem zapisy obowiązują, ale właśnie za 10 minut ma przerwę półgodzinną i zdąży mnie obsłużyć. Cudownie! Rozgościłam się więc w ratanowym fotelu, a Zbyszek poszedł po swoje ulubione bułki z czekoladą.
Cóż to była za przyjemność, cóż za ulga! Głowa umyta, włosy elegancko uczesane. Byłam „jak nowa”. A nawet więcej – poczułam się znowu jak Księżniczka, kiedy wyciągając portfel dowiedziałam się, że już jest zapłacone. A to był dopiero początek przyjemności tego dnia.

 WAŻKA

Wspinaliśmy się stromą ulicą w kierunku Rynku. Załatwialiśmy różne sprawunki, a ja rozglądałam się, ciesząc oczy nowym miejscem. Wiem, że mogę się powtarzać, jednak taka właśnie jest prawda – każda zmiana miejsca, nowe okoliczności w trakcie tej Podróży wywoływały we mnie radość z otwierających się nowych możliwości, z samego podróżowania. Przyglądałam się, obserwowałam i wciąż, wciąż odczuwałam Wdzięczność. Zmiany następowały w takim tempie, że momentami trudno było mi nadążyć.


Sanok, Restauracja "Stary Kredens"


Chcieliśmy zjeść obiad w jakimś miłym miejscu. Jeszcze w Warszawie szukałam przez internet wegańskich miejsc w Sanoku, niestety nie znalazłam. Zbyszek poddał się więc moim wyborom, ja poddałam się Prowadzeniu. I zaprowadziłam nas niedaleko Rynku. Restauracja ”Stary Kredens” uczestniczyła kiedyś w programie Magdy Gessler: „Kuchenne rewolucje”. W sumie niewiele o tym programie wiem, ale pomyślałam, że jest szansa na dobrą kuchnię. Niestety karta dań rozczarowała mnie. Nie znalazłam potraw wegańskich. Pewnie były jakieś pierogi, ale ja nie jem pszenicy. Sałatki albo z mięsem, albo z serem, a tak naprawdę chciało mi się czegoś ciepłego. Miałam też przemożną chęć na dobrą kawę, konkretnie na cappuccino. Wydawało mi się, że po rewolucjach bywającej w świecie Pani Gessler,  z mlekiem sojowym nie będzie tutaj kłopotu. Z uśmiechem na twarzy poprosiłam więc o duże cappuccino na sojowym mleku i… usłyszałam, że takiego nie ma.
Ale… Pani Kelnerka zaproponowała, że jeśli tylko zechcę poczekać, to ktoś zaraz pobiegnie do sklepu i jeśli tylko taki produkt jest na półce, kupi i kawa będzie przygotowana. Może to jednak trochę potrwać. Byłam mile zaskoczona postawą Kelnerki. To się nazywa profesjonalne podejście do klienta i dbanie o PR. Na tym jednak nie koniec. Chciałam przecież coś przekąsić. Z nieco smutną miną zauważyłam, że nie widzę dla siebie potrawy – wegańskiej i bezglutenowej. A tu kolejne zaskoczenie – dziewczyna uprzejmie zwróciła moją uwagę na sałatę z owocami oraz poleciła specjalność kuchni (nie figurującą w menu) – ziemniaczane kluski w sosie pieczarkowym. Zrobiła to w tak zachęcający sposób, że rozbudziła mój apetyt i ciekawość. Sos miał być przygotowany na bazie sojowego mleka, które po pewnym czasie oczekiwania pojawiło się w kuchni oraz w mojej filiżance kawy.
Przyznam – byłam pod wrażeniem. Nie lokalu, ponieważ nie gustuję akurat w takim wystroju i klimacie, ale pod wrażeniem postawy tej naprawdę uprzejmej, miłej, pozytywnej osoby a także tego, co ostatecznie zostało mi zaserwowane.
Sałatka wyglądała uroczo i była naprawdę smaczna.
Kluski przeszły moje oczekiwania. To była wegańska wersja popularnych kartaczy z mięsem.
Chociaż nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć jaki dokładnie był farsz, to wiem, że całość była przepyszna i dla mnie wyjątkowa, ponieważ takich potraw sama nie przyrządzam. Zjedliśmy na spółkę sałatkę i kluski. Zbyszek dopełnił deserem. Byliśmy nasyceni.
Mogę zatem na tej podstawie polecić „Stary Kredens” w Sanoku.
Był jeszcze jeden element, który wywarł na mnie wrażenie i wciąż przykuwał mój wzrok – przepiękny, kolorowy tatuaż na wierzchu stopy Pani Kelnerki. Tatuaż w kształcie ważki. Jego właścicielka powiedziała, że to dla niej ważny symbol, oznaczający nieśmiertelność.
Dla mnie z kolei ważka jest symbolem przestrzeni i wolności. I pojawiła się ponownie, ale już nad morzem.


OKULARY

Nakarmieni i ukontentowani pobytem w sanockiej restauracji schodziliśmy w dół miasteczka. Po drodze wstąpiliśmy do salonu optycznego, gdzie Zbyszek zdążył już wcześniej zawiązać dobre relacje, zamawiając dla siebie nowe okulary. Zachwalał kontakt z właścicielką, wybór, dobór i korzystne ceny, sporo odbiegające od warszawskich. Rzeczywiście, dużo nie przesadził. No ale co my tam robimy, skoro Zbyszek już zakupu dla siebie dokonał? Ano, właśnie. Tym razem postanowił zadbać o mnie i moje oczy, którym posiadane dotychczas szkła nie pozwalały na komfortowe czytanie, wzrok męczył się, a przestudiowanie małych etykiet na produktach nie wchodziło w grę. Od dłuższego czasu czułam potrzebę zapewnienia sobie nowych okularów, ale… nie było takiej możliwości. A tu ponownie zostałam otoczona niemalże ojcowską opieką i ani się obejrzałam, jak przymierzałam kolejne oprawki, a po chwili miałam już mierzony wzrok, by dwa dni później odebrać gotowe nowiusieńkie okulary! Spełniają się nie tylko marzenia, ale również potrzeby. Cieszyłam się jak dziecko! A przede wszystkim, mogłam znowu swobodnie czytać książki, a nawet informacje zapisane małym druczkiem… I chwilami, odpływając w świat za zasłoną, zastanawiałam się - czy to Zbyszek, czy może poprzez niego mój ukochany Dziadziuś Teoś tak o mnie dba, troszczy się i otacza mnie miłością, której potrzebuję…

CO DALEJ?

Po dniu pełnym wrażeń wracaliśmy autobusem  w góry.
Zbyszek nawiązał wreszcie kontakt z Janem. No cóż… okazało się, że… jedziemy do Jana!
Inne sprawy ułożyły się tak, że ten weekend był doskonałym momentem na odwiedziny. Znowu wszystko się synchronizowało – przymusowy wcześniejszy wyjazd z Bieszczad wymusił zmianę planów, a życie wskazywało kierunek. Rzeczy same dzieją się, a moje kolejne marzenie się spełniało. Już za dwa dni czekała mnie podróż do Ciężkowic, do domu Jana Gabriela.






poniedziałek, 16 grudnia 2013

Moja Droga na Południe - Bieszczady: TRANSFORMACJE ŻYWIENIOWE czyli człowiek w procesie


Po wizycie Jana i Bożenki pozostały ciepłe odczucia oraz kaszanka. Tak, kaszanka. No, nie tylko. Również cukinie, pomidory i ogórki z ogródka, świeże zioła, przyprawy, żytni chleb na zakwasie, słowem – dary obfitości. Ale tylko ten jeden zaczął stwarzać PROBLEM. Kaszanka była z pewnością wyborna, domowej roboty, przywieziona od Bożenki specjalnie dla Zbyszka. Bożenka wiedziała, że ja odżywiam się wegańsko. Ale Zbyszek był wszystkożerny, jak sam o sobie mówił. Tylko że… no właśnie. Coś się zaczęło zmieniać od mojego przyjazdu. Nie wtrącałam się w cudze wybory żywieniowe, uważam że każdy odpowiada za siebie. Jednak szczerze ze sobą rozmawialiśmy. Wiedziałam, że przy Zbyszku mogę w naturalny sposób dzielić się swoją wiedzą i mówić, dlaczego ja poszłam właśnie taką drogą. A Zbyszek miał uszy szeroko otwarte i SŁUCHAŁ. I potakiwał. Mówił, że już lata wstecz przymierzał się do wegetarianizmu, ale okoliczności sprawiły, że nie miał w sobie determinacji. On czuł i ja czułam, że coś się w nim kotłuje, narastają wątpliwości co do obecnych w jego życiu przyzwyczajeń. Patrzył na tę sprezentowaną kaszankę i miał wyraz twarzy pokazujący, że zupełnie nie ma ochoty mieć z nią bliskiej styczności. Odnosiłam wrażenie, że raczej go mdli. Zaczął mówić o zwierzętach: - To przecież są nasi Bracia Mniejsi.
Po czym padły z jego ust słowa, które mnie samą zaskoczyły: - Nie chcę robić cmentarza z mojego ciała.


Widziałam, że jest w rozterce. Obserwowałam falę, przepływającą przez jego umysł i ciało. Ewidentnie NIE CHCIAŁ JEŚĆ tej kaszanki. Równocześnie miał wyrzuty względem Bożenki. – Zrobisz, co uważasz. – mówiłam. Póki co kaszanka zimowała na tarasie. Nad ranem bywało pięć stopni poniżej zera, więc zimowała dosłownie.
Tak się złożyło, że dwa dni później przyjechali kolejni goście, znajomi Henia. Dwoje młodych ludzi, jak najbardziej wszystkożernych. Wieczorem dom wypełnił się zapachem ciała kurczaka przypalonego na grillu. No cóż, nie powiem żebym była tym zachwycona. Ale, o dziwo, również Zbyszek miał wykrzywioną minę. Jednak goście zdawali się być odpowiedzią na sytuację – zostali obdarowani domową kaszanką!
Koniec końców Zbyszkowi ulżyło. Kaszanka została spożyta. A w naszych rozmowach coraz częściej pojawiały się kwestie, dotyczące odżywiania wegan. Odpowiadałam na pytania, opowiadałam o zmianach, jakie stopniowo zachodziły we mnie, a mój rozmówca coraz częściej stwierdzał, że JEST W PROCESIE. Bo też nie każdy od razu staje się weganinem. Do swojego organizmu dobrze jest odnosić się z uważnością i wyrozumiałością, słuchać czego mu potrzeba. Mój rozmówca póki co konsekwentnie nie tykał mięsa i sam zauważył, że ryby to też zwierzęta. Nie był to jednak dla niego moment na odstawienie ulubionych jogurtów czy drożdżówek na bazie jajek, ale wykazywał duże zainteresowanie nowymi smakami. Dalsze wydarzenia niespodziewanie poprowadziły nas ku wyjątkowym doznaniom kulinarnym.


niedziela, 15 grudnia 2013

Moja Droga na Południe - JA CHCĘ DO JANA! - Bieszczadzkiej opowieści c.d.

Po krótkiej, a może nawet dłuższej przerwie kontynuuję relację z wrześniowego wyjazdu w Bieszczady.
Dwie części opowieści schowały się w czeluściach komputera i czekały na swój moment, no i nadszedł.
Jeśli nie znasz początku tej historii, dobrze byłoby wrócić do wpisów październikowych, począwszy od "FORTUNA KOŁEM SIĘ TOCZY".

Zatem wracamy na bieszczadzką ścieżkę...






JA CHCĘ DO JANA!


Mniej więcej dwa-trzy miesiące przed wyjazdem w Bieszczady, Jan zapraszał mnie do siebie. Zachęcał, abym go odwiedziła, zobaczyła jak mieszka i pobyła kilka dni na łonie Natury.
To było bardzo miłe, pomysł niezwykle podobał mi się, jednak nie widziałam wówczas możliwości zrealizowania go. Bo niby jak? Nie mając pieniędzy…
- Może ktoś znajomy będzie jechał samochodem i zgodzi się mnie zabrać…
I tu Jan rzekł: - Ze Zbyszkiem przyjedź. Z Warszawy macie autobus, a dalej ja was odbiorę.
- Ale Zbyszek dopiero w październiku będzie w Warszawie.
- No to co? – odparł Jan.
No właśnie. Co ma być, to będzie.
No i stało się tak, że z końcem sierpnia pakowałam się w Bieszczady, do Zbyszka. To już coraz bliżej do Jana. Na dzień przed wyjazdem czułam, że potrzebuję nowej duchowej transformacji. Napisałam o tym Zbyszkowi, z dopiskiem: „JA CHCĘ DO JANA!”
Tak właśnie czułam. Moje wnętrze tak wołało.
Odpowiedź zwrotna: „Ok. W swoim czasie wszystko. Nie przyspieszysz, ani nie opóźnisz.”

Dobrze. Zatem – wszystko we właściwym momencie. Jestem drugi dzień w bieszczadzkiej głuszy i dowiaduję się, że jutro, JUTRO przyjeżdżają goście z Ciężkowic!
- Chciałaś do Jana, no to Mistrz przyjedzie do Ciebie. Widzisz, jaką masz moc? – powiedział Zbyszek, uśmiechając się.
Pomyślałam sobie, że ściągnął Go tutaj, aby spełnić moje marzenie. Janowi bardzo spodobało się to miejsce i pewnie wróciłby tu z przyjemnością. Ale Zbyszek zaprzeczył, nic na ten temat Janowi nie wspominał. Jan sam do niego zadzwonił i powiedział, że przyjadą.
I kto mi powie, że to nie jest Synchroniczność?! Oczywiście, Jan wiedział o moim przyjeździe i mogę śmiało zakładać że wiedział, iż nasze spotkanie jest NIEUNIKNIONE.


Tak więc jestem w zasadzie drugi dzień w tym pięknym miejscu,
po całodniowej podróży, wciąż jeszcze oszołomiona tempem wydarzeń, nowymi ludźmi, otoczeniem i całkowicie odmiennymi warunkami życia, a tu zajeżdża samochód z którego wychodzi Jan, we własnej osobie. Wita się ze mną wyrażając radość, że w końcu widzimy się osobiście. A ja przyjmuję te wydarzenia  w sposób całkowicie naturalny, nie poddaję się żadnym emocjom, czuję że wszystko toczy się dokładnie TAK JAK POWINNO. W zadziwienie popadam wspominając te wydarzenia i przyglądając się im z dystansu. A tam, wówczas, przyglądałam się jakby z boku - ludziom, ich zachowaniom i reakcjom. Spontanicznie nawiązała się rozmowa pomiędzy mną a Janem. Staliśmy odsunięci nieco od pozostałych, a podczas rozmowy czułam wibrującą energię. Nie wiedziałam co dokładnie się dzieje, ale byłam pewna, że DZIEJE SIĘ.
Pamiętam jakie zadałam pytanie, jednak treści odpowiedzi już chyba wcale nie słyszałam – płynęłam wraz z unoszącą się wokół nas falą, poddając się odczuwaniu.

Wizyta nie była długa i czas szybko zleciał. Kiedy żegnaliśmy się zarówno Jan, jak i Bożenka serdecznie zapraszali, abym odwiedziła ich dom. Z uśmiechem przyjmowałam zaproszenie mając nadzieję, że kiedyś będzie okazja. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak dalece zamierza posunąć się Synchroniczność Wszechświata w całkiem nieodległym czasie. Jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że wyjazd do małej miejscowości na uboczu cywilizacji przemieni się w Podróż spełniającą Marzenia. To był dopiero początek.




WSZYSCY JESTEŚMY W DRODZE - uwalnianie napięć, akceptacja i spokój

Ostatnio na stronie "Listy do Przyjaciół" podzieliłam się swoim snem sprzed kilku lat. Był to sen o Drodze... Ta Droga, to Życie przede mną. Droga jest stale w trakcie budowy. Podążając nią każdego dnia układam kostki pod swoimi stopami. Nie ma tutaj jakiegoś dalekosiężnego celu, ponieważ to ONA sama jest celem, każdy krok, podążanie i doświadczanie. Właściwie - to nie Życie przede mną, ale bycie TU i TERAZ.

TAO te king, rozdział 48:
"Uczeń pracując, osiąga codzienny postęp,
Lecz Drogę można osiągnąć
Jedynie przez codzienne straty:
Stracić tu, nie zdążyć tam...
Aż przychodzi spokój.

Wszystkiemu, co istnieje, potrzebna jest swoboda.
Cały świat należy do tych, którzy pozwalają mu
Płynąć lekko, zgodnie z naturalnym porządkiem,
Ale jeśli ktoś się wysila i pozostaje
W nieustannym napięciu,
Świat wydaje się niezwyciężony."

Powyższy rozdział TAO te king towarzyszy mi w sposób szczególny.
Wracam do niego co jakiś czas, wczytuję się w brzmienie słów i tego, co jest pomiędzy słowami. Codzienne straty, jak wielu z nas,  miałam sposobność odczuć mocno i wyraźnie. Podążając Drogą swego istnienia uczyłam się i uczę nadal akceptować straty. Właściwie przestałam myśleć w kategoriach „straty”. Uwolniłam ze swego życia naprawdę dużo ciężarów, cały balast pozostawiłam za sobą. Zaakceptowałam konsekwencje moich decyzji o radykalnych zmianach, a łączyły się one ze sporymi, namacalnymi stratami – materialnymi, takimi jak pozbycie się samochodu, mieszkania, wielu przedmiotów; dotyczącymi tak zwanej pozycji w środowisku zawodowym i wiążącym się z tym uznaniem i akceptacją otoczenia; utratą poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego; a także dotyczącymi ludzi w moim życiu.

Jednak żadna nauka nie jest dana raz na zawsze. Kiedyś wydawało mi się, że jak już coś osiągnę, zdobędę pewną umiejętność, to będę mogła ją „odhaczyć” i tak już pozostanie. A to nie tak. Każdego dnia weryfikuję siebie samą na nowo. Każda sytuacja jest nowa, inna. Wszystko ulega zmianie. Również ludzie wokół mnie. Trzeba stale zachowywać uważność, czujność i dokonywać wewnętrznego wglądu. Jednak bez napięcia, bez wysilania się. Impuls przychodzi we właściwym momencie. Wciąż jestem w drodze, codziennie buduję kolejny jej odcinek, przyglądam się i badam. I poczułam nie raz, jak faktycznie w końcu przychodzi spokój…
„Stracić tu, nie zdążyć tam...
Aż przychodzi spokój.”
Trzeba przestać się bać straty, przestać obawiać się zmian, zaakceptować fakt, że nic co materialne nie jest stałe, że ludzie również odchodzą z mojego życia.

Im mniej mam, tym mniejsze są moje potrzeby. Jeśli czuję się pogodzona z tym, odczuwam spokój. Najpierw zmniejszają się, a później znikają lęki związane z koniecznością zabezpieczenia tych potrzeb. Wymaga to ode mnie akceptacji tego co jest, tego co przychodzi oraz ufności, że Życie o mnie dba i wszystko JEST DOBRZE, układa się tak, jak trzeba. Przekonałam się wielokrotnie, że moje wyobrażenia o tym, jak powinno wyglądać moje życie, co powinno się właśnie teraz wydarzyć i czego tak bardzo mi potrzeba, wcale nie stanowiły najlepszych rozwiązań. Kiedy usilnie chciałam wprowadzać własne wizje i realizować moje scenariusze zdarzeń, zaliczałam „porażki”, szło jak po grudzie, doznawałam rozczarowań i związanego z tym bólu. Kiedy jednak akceptowałam TO CO JEST i pozwalałam na swobodny przepływ, poddawałam się nurtowi wydarzeń, przestawałam się wysilać i ufałam, że naprawdę, BÓG WIE CO ROBI i ma dla mnie dobry plan – sprawy zaczynały stopniowo układać się na właściwe miejsce, a ja dostrzegałam w tym wszystkim głębszy sens. Również w każdym swoim potknięciu, upadku, nabitych siniakach, które dzięki przyglądaniu się im, dawały mi cenne doświadczenie.

Wiosną tego roku wielokrotnie powtarzałam poniższy tekst, kontemplując go. Z powodu tak zwanych przeciwności losu było mi trudno i nie widziałam przed sobą perspektyw, które bardzo widzieć chciałam. Kolorowymi mazakami wypisałam słowa z TAO te king na zwykłej kartce i przyczepiłam do półki. Miałam ją wciąż przed oczami. Pomogło mi to wlać w siebie przesłanie tych słów i poddać się naturalnemu porządkowi rzeczy.

„Wszystkiemu, co istnieje, potrzebna jest swoboda.
Cały świat należy do tych, którzy pozwalają mu
Płynąć lekko, zgodnie z naturalnym porządkiem,
Ale jeśli ktoś się wysila i pozostaje
W nieustannym napięciu,
Świat wydaje się niezwyciężony."

Tak to już jest, że wszelkie zmiany należy zacząć od siebie, a konkretnie we własnym wnętrzu.
Jeżeli w świecie wewnętrznym dokonuję porządków, wprowadzam weń harmonię i spokój - w świecie wokół mnie wszystko stopniowo zaczyna układać się na swoje miejsce, zaczynam odczuwać otaczający mnie spokój. To oczywiście jest nieustający proces. Każdego dnia pojawiają się czynniki - zdarzenia czy emocje - mogące ten spokój zburzyć. I niejednokrotnie zdarza mi się, dać się ponieść emocjom. W porządku, jestem człowiekiem. Rzecz w tym, że jestem ich świadoma, przyglądam się im i wciąż uczę się siebie. Dzięki temu, całkiem  niedawno rozpoznałam tkwiące jeszcze we mnie poczucie zagrożenia. Myliłam je z zakorzenionym poczuciem winy. Pewne sytuacje pozwoliły mi odczuć, o co tak naprawdę chodzi. Uświadomiłam to sobie, zrozumiałam i od razu zrobiło mi się lżej! Dzięki temu zamiast konfrontować się z ludźmi, skonfrontowałam się z samą sobą, a do kolejnych sytuacji podeszłam ze spokojem, otwartym umysłem i pełnym poczuciem bezpieczeństwa. Pamiętając przy tym, że nie odpowiadam za decyzje innych, lecz tylko za swoje.




piątek, 13 grudnia 2013

SUROWY SERNIK Z OWOCAMI - Czekoladowy, 100% Vegan





Ponieważ ostatnio coś opornie idzie mi pisanie, postanowiłam oddalić się od klawiatury i zwrócić w kierunku kuchni, aby wykreować coś smakowitego i słodkiego. Od dawna „chodzi” za mną sernik z nerkowców. Zatem nie zastanawiając się wiele wyciągnęłam z szafki orzechy i namoczyłam je, zostawiając  na noc w lodówce. Schłodziłam także puszkę organicznego mleka kokosowego, aby móc z niego łatwo ściągnąć śmietankę.
Nie korzystałam z konkretnego przepisu. Inspirowałam się tym, co już wiem i poddałam się spontanicznemu działaniu.

Wszystkie składniki umieściłam w blenderze-rozdrabniaczu z grubszym nożem w kształcie litery „S” i dokładnie zmiksowałam na gładką masę:

- Namoczone i odsączone orzechy nerkowca (około 2/3 szklanki suchych)
- Uprażone nasiona ekologicznego sezamu niełuszczonego ( ok. 4 łyżek)
- Wiórki kokosowe, koniecznie bio czyli bez siarki ( ok. 3-4 łyżki)
- Śmietanka kokosowa bio (zdjęta z wierzchu dobrze schłodzonego mleka kokosowego – około 3 łyżek)
- Surowe ekologiczne kakao ( 2 pełne łyżki)
- Namoczone owoce suszone, wszystkie organiczne czyli bez siarki:
5 daktyli
4 śliwki
4 morele
- Przyprawy do smaku:
Cynamon
Kardamon
Chilli
- Sok wyciśnięty z połówki cytryny

W zależności od uzyskanej konsystencji można dodać dla zagęszczenia więcej sezamu, wiórków albo na przykład zmielonego siemienia lnu. Wszystko też zależy od upodobań smakowych. Można nie dodawać kakao, jeśli nie ma się ochoty na czekoladową wersję lub się czekolady nie lubi.
Prażony sezam nabiera charakterystycznego aromatu, który ja akurat uwielbiam. Można użyć sezamu nieprażonego, ważniejsze jest aby był niełuszczony czyli pełnoziarnisty i bez dodatków chemicznych. Sezam jest doskonałym źródłem łatwo przyswajalnego wapnia.



Kilka suchych śliwek i moreli pokroiłam w paski i ułożyłam na papierze do pieczenia, w plastikowym pudełku. Na to wyłożyłam gotową masę.
Zamknięte pudełko wstawiłam do lodówki. Sernik chłodził się całą noc i jednocześnie gęstniał. Na talerzyk wyłożyłam go do góry dnem, aby ukazać owoce. Warto podawać tuż przed smakowaniem, aby był zimny i zachował zwartą konsystencję.



Z tej samej serowo-owocowo-kakaowej masy można również uformować kulki, obtoczyć je w kakao, wiórkach lub sezamie i uzyskać całą paterę surowych trufli. Wyglądają efektownie, więc to dobry pomysł na uraczenie przyjaciół, przybyłych na kawę lub herbatę.

Niestety nie dysponuję odpowiednimi formami i profesjonalnym kuchennym sprzętem, ani szeroką gamą naczyń, mogących służyć jako fotograficzne modele. Mój dobytek został skompaktowany do minimalnych rozmiarów, a ja mieszkam, pracuję i gotuję na przestrzeni kilku metrów kwadratowych. Taki jest stan obecny, który w każdej chwili może się zmienić, pozwalając mi nabrać rozmachu w działaniach kulinarnych oraz prezentować ich efekty w bardziej ciekawy dla oka sposób.


SUPLEMENT: Śniadaniowy krem bananowy


Tak szybko i ze smakiem go zjadłam, że nawet nie zdążyłam sfotografować… to znaczy, że byłam bardzo głodna a krem wyszedł pyszny!

Tradycyjnie miałam w lodówce trochę wczorajszej kaszy jaglanej, a z salatery tęsknie zerkały na mnie dwa dojrzałe bananki (nieduże, a konkretnie małe).

Wyciągnęłam kielich do blendera i umieściłam w nim kaszę, umyte i obrane banany, garść sparzonych i namoczonych włoskich orzechów, wsypałam prażony sezam, cynamon i dolałam nieco ryżowego waniliowego mleka (może być każde inne roślinne, jakie jest pod ręką). Ilości składników zależą od stanu posiadania i aktualnego apetytu na dany smak, a także od konsystencji, jaką chcę uzyskać. Dodaję więcej mleka, jeśli mam chęć bardziej na szejka, niż krem. Lubię taki luz w kuchni, improwizację. Jedynie w przypadku wypieku ciast lepiej trzymać się pewnych sprawdzonych proporcji, chociaż i tutaj lubię wrzucić swoje trzy grosze…



poniedziałek, 2 grudnia 2013

ZIELONY TWAROŻEK ZE SZPINAKIEM – 100% VEGAN


Ach te domowe twarożki! Jak dobrze, że bycie weganinem daje tak szerokie możliwości kulinarne. Natura oferuje nam przebogaty katalog roślin, z których możemy kreować różnorodne smaki. Aby przygotować twarożek na śniadanie nie trzeba doić krowy i nastawiać mleka na ssiadłe. Wystarczy namoczyć na noc orzechy nerkowca, a rano zmiksować je z wybranymi dodatkami. Ale dziś wykorzystałam jako bazę sojowy serek tofu.

Moje składniki:
4 łyżki prażonych nasion dyni i słonecznika - zmielić
Dodać kostkę naturalnego eko-tofu (180-200g)
Suszony czosnek niedźwiedzi
Odrobinę chilli
Sól różówą himalajską – do smaku
Sok z cytryny – do smaku
Pełną garść umytego i odciśniętego szpinaku
2 łyżki oliwy z oliwek extra virgin

Mój blender jest mały, więc najpierw zmieliłam suche uprażone nasiona, dodałam pół kostki tofu, przyprawy i część szpinaku – zmiksowałam i stopniowo dodawałam resztę tofu i szpinaku, aby blender mógł sobie z nimi poradzić.




Gotowy twarożek świetnie komponuje się z kaszą jaglaną lub ryżem, warzywami na parze, makaronem bądź na grzankach. Na zdrowie!


Polskie tofu ekologiczne




czwartek, 28 listopada 2013

OWOCOWY SZEJK ZE SPIRULINĄ i o spirulinie słów kilka


Spirulina sama w sobie nie zachwyca mnie ani aromatem, ani smakiem. Cenię ją za jej walory odżywcze, wysoką zawartość łatwo przyswajalnego żelaza i  budującego krew chlorofilu, białka i witamin (w tym Wit. B12). Można ją nabyć w formie tabletek lub proszku. Jako że aktualnie mam jeszcze trochę proszku, dodaję go do niektórych szejków – w tej postaci smakuje mi najlepiej. I nadaje wspaniały zielony kolor!

Do blendera wkładam:
- 2 dojrzałe banany
- 2 małe soczyste pomarańcze
- 1 dojrzałe kiwi
- kawałek świeżego imbiru
- 2 łyżki mielonego siemienia lnu
- 1 łyżeczkę spiruliny
                         
Wszystkie owoce wcześniej umyłam, obrałam i pokroiłam.
Dokładnie zmiksowane przełożyłam do wysokiej szklanki i raczyłam się na pierwsze śniadanie.
Proste, smaczne i zdrowe.




Następnego dnia wykonałam inną wersję, dodając zamiast siemienia garść namoczonych i obranych migdałów oraz trochę mleka sojowego.




KILKA SŁÓW O SPIRULINIE


Spirulina to niebiesko-zielona mikroalga, która od wieków była stałym elementem jadłospisu wielu kultur na świecie. Obecnie uprawia się ją na farmach ekologicznych w ciepłym i łagodnym klimacie Hawajów. Jeśli stosowana jest metoda ostrożnego suszenia rozpyłowego, w niskiej temperaturze, do postaci proszku, wówczas zachowane zostają wszystkie składniki odżywcze.

Hawajska spirulina jest jednym z najbardziej wartościowych, wysokiej jakości pokarmów roślinnych świata. Można nazwać ją kompleksowym środkiem spożywczym, gdyż jest multiwitaminowym naturalnym produktem, udostępniającym duże ilości organicznych minerałów, pierwiastków śladowych, enzymów i pigmentów, a także doskonale przyswajalne białko, którego zawartość w spirulinie jest trzy razy większa aniżeli w porównywalnej ilości mięsa. Fascynująca jest doskonała biodostępność odżywczych składników w spirulinie, zapewniająca właściwe wchłanianie i włączenie ich w proces przemiany materii. Już 6 tabletek hawajskiej spiruliny dziennie jest optymalną podstawą zdrowego odżywiania komórek naszego ciała.

wtorek, 26 listopada 2013

Listopadowe RAW TRUFLE ZE ŚLIWKĄ



Z natury jestem łasuchem. Lubię dobre łakocie. Uwielbiam trufle.
Od czasu do czasu przygotowuję je sama, w wersji nie tylko wegańskiej, ale również RAW.
To naprawdę jest PROSTE J



Oto jedna z kombinacji składników:

- ¾ szklanki orzechów – pół na pół nerkowce i włoskie, namoczone
- 10 małych daktyli, namoczonych
- 6 śliwek suszonych, lekko namoczonych
- cynamon, kardamon, chilli
- 2 czubate łyżeczki surowego kakao
- trochę soku z cytryny
- szczypta różowej soli himalajskiej
- 5 łyżek mleka ryżowego
- łyżka wiórków kokosowych



Wszystkie składniki dokładnie miksuję w blenderze-rozdrabniaczu (tzw.chopper), z nożem w kształcie „S”.

Następnie z gotowej masy formuję kulki i obtaczam je w surowym kakao i/lub wiórkach kokosowych.



Takie trufle są świetną przekąską, deserem, łakociem jakim można podzielić się z Przyjacielem, który akurat zapukał do drzwi.




środa, 20 listopada 2013

PODAJ DALEJ!


Jaki świat chcesz tworzyć?
Tak, TWORZYĆ. Wszyscy współtworzymy świat, w jakim żyjemy.
Jeśli chcesz, aby otaczała Cię ludzka życzliwość i przyjazność – zacznij od siebie.
Uśmiechaj się do siebie i obdarzaj uśmiechem świat. To takie miłe i wlewające ciepło w serce, kiedy człowiek idący naprzeciw mnie, tak po prostu uśmiecha się. Truchtam sobie po lesie kabackim, a mijający mnie sprinter pozdrawia mnie uniesioną dłonią. Ciche porozumienie. Wymiana energii życzliwości.
                               
Komuś zabrakło złotówki do wózka w markecie, ktoś prosi o bilet w autobusie, mama nie ma chusteczki dla dziecka – wyjmuję, podaję, uśmiecham się mówiąc: - Nie ma sprawy. 

Życzliwość bywa zaraźliwa. Człowiek obdarzony nią, przekaże ją za chwilę dalej.


Twój uśmiech, wywołuje uśmiech na mojej twarzy.
Moje pogodne oczy, przekażą iskrę radości kolejnej osobie.
Ta osoba pójdzie dalej, rozsiewając wokół promienie ciepła, zamiast chłodu.
Energia krąży, krąży i powraca. Jak bumerang.

Zaśpiewaj sobie : "ONE DAY"



Bezinteresowna życzliwość wróci, więc koniec końców:
cokolwiek robisz, czymkolwiek obdarzysz drugą Istotę, sam też to otrzymasz. Można pokusić się o stwierdzenie, że choć czynisz coś bezinteresownie dla innych, w efekcie robisz to dla siebie samego. Jesteśmy połączeni, energia krąży i buduje każdego z nas.
Życzliwość i uśmiech ZMIENIAJĄ ŚWIAT. Na lepsze.
Lepsze – bo twórcze, zamiast niszczące.

Koniec z narzekaniem. Budujmy jasną przestrzeń, w której życie rozkwita.

UŚMIECHNIJ SIĘ. I PODAJ DALEJ!


TWAROŻEK Z SUSZONYMI POMIDORAMI



Rośliny dają tyle możliwości kombinacji, że nie mogę się powstrzymać przed eksperymentowaniem i łączeniem składników na różne sposoby. Tym razem domowy twarożek otrzymał akcent suszonych na słońcu pomidorów. Wystarczy mieć w lodówce tofu, a w szafce kilka podstawowych składników i bez specjalnych przygotowań można szybko zaspokoić swój apetyt.

200g naturalnego eko-tofu -  w kawałkach
3 łyżki prażonych nasion dyni i słonecznika
4 suszone pomidory – opłukane, chwilkę namoczone
Sok z cytryny – wyciśnięty w ilości zależnej od upodobań smakowych, powiedzmy że 2 łyżki
Suszony czosnek niedźwiedzi
Sól himalajska różowa
Oliwa z oliwek extra virgin - 2 łyżki

Wszystkie składniki dokładnie zmiksowałam w blenderze.





Taka pasta ma wielostronne zastosowanie – na grzanki, do makaronu lub lekko podduszonych warzyw.
Świetnie smakuje ze świeżymi liśćmi cykorii. 

Smacznego!




Polskie tofu ekologiczne



wtorek, 19 listopada 2013

BAZYLIOWY TWAROŻEK z pestkami dyni

Bazylia to jedno z moich ulubionych  świeżych ziół.
Doniczka z zieloną bazylią postawiona na parapecie w kuchni, cieszy oczy i przypomina lato. Aromat zawartych w liściach olejków eterycznych zostaje na skórze po dotknięciu liści, rozpływa się w ustach kiedy ją jemy i doskonale wpływa na trawienie.

Znowu rozsmakowałam się w twarożkach.
Oto inspiracja na aromatyczny twarożek bazyliowy, uzupełniony nasionami dyni.
Warto przypomnieć, że zielone pestki dyni zawierają wartościowe kwasy tłuszczowe i witaminy oraz mają właściwości przeciwpasożytnicze.

- 200 g eko-tofu naturalnego - w kawałkach
- pół kubka namoczonych zielonych pestek dyni
- garść umytych i osuszonych świeżych liści bazylii
- sok wyciśnięty z cytryny - 2-3 łyżki
- oliwa z oliwek extra virgin - 3 łyżki
- sól himalajska do smaku
- można dodać suszone chilli, dla zaostrzenia smaku
- trochę wody, jeśli potrzeba, w zależności od konsystencji

Wszystkie składniki miksujemy w blenderze, przekładamy do słoiczka - i gotowe!
Smacznego!




sobota, 16 listopada 2013

AROMATYCZNY, PIKANTNY KREM Z DYNI



Sezon na dynie trwa. Osobiście preferuję Hokkaido – to małe pomarańczowe dynie o cienkiej skórce, która szybko mięknie podczas gotowania. Podobno Hokkaido są szczególnie bogate w białko. Mają też wysoką zawartość beta-karotenu, jak wszystkie pomarańczowe i czerwone warzywa i owoce.

Postanowiłam zrobić z dyni zupę krem o bardziej wyrazistym smaku i poza przyprawami użyłam czerwone warzywa: pomidory i paprykę.

Wzięłam pół dyni (około 600 g) umytej, wydrążonej i pokrojonej na kawałki oraz jedną małą, obraną i przekrojoną cebulę.
Umieściłam w garnku dodając tyle wody, aby dynia mogła zmięknąć.

Dodałam przyprawy:
Kurkumę, cynamon, gałkę muszkatołową, kozieradkę, kumin, odrobinę pikantnej masali oraz różową sól himalajską.
Gotowałam około 10 minut.

W międzyczasie sparzyłam 2 dojrzałe pomidory, obrałam ze skórki i pokroiłam.
Umytą czerwoną paprykę pozbawioną nasion również pokroiłam na kawałki.

Do garnka z gorącą, ugotowaną dynią dodałam pomidory, paprykę oraz kilka plasterków świeżego imbiru.
Wszystko zmiksowałam ręcznym blenderem.
I gotowe!



Taki krem można smakować uzupełniony tylko prażonymi nasionami dyni.
Dobrze jest dodać oliwę extra virgin lub zimnotłoczony olej, na przykład lniany.
Można podawać z ugotowaną kaszą jaglaną.
Świetnie smakuje z ziemniaczkami w mundurkach.




poniedziałek, 14 października 2013

SUROWY KREM SZARLOTKOWY


Wymyśliłam sobie mniamuśne, słodkie i sycące śniadanie.
Rozejrzawszy się po stanie posiadania w strefie kuchennej, wzięłam co następuje:

- 2 średnie, miękkie jabłka
- 2 dojrzałe banany
- 4 daktyle (niesiarkowane!)
- 2 łyżki mielonych nasion lnu
- 2 łyżki sezamu nieoczyszczonego czyli pełnoziarnistego
- cynamon (sporo)
- mleko ryżowe waniliowe, niewiele (wlałam jeden mały chlust z kartonu)

Owoce umyłam. Daktyle sparzyłam i namoczyłam. Banany obrałam i pokroiłam na kawałki. Jabłka, po wykrojeniu gniazd nasiennych, pokroiłam na cienkie plasterki, aby mój ręczny blender dał sobie z nimi radę. Jabłek nie obierałam ze skórki.
Nasiona sezamu uprażyłam na suchej patelni. Z reguły prażę większą ilość i przechowuję w słoiku.
Wszystkie składniki umieściłam w kielichu blendera i zmiksowałam.
Można dodać sok z cytryny i dodatkowe przyprawy (kardamon, imbir, goździki), w zależności od tego, na jaki smak ma się akurat ochotę.
Wyszło naprawdę pycha!










niedziela, 13 października 2013

Kiedy słota za oknem - SOCZEWICA Z WARZYWAMI


Za oknami pogoda słotna, jesienna, pada pada pada… zimno.
Po sporej dawce filozoficznych rozważań poczułam apetyt na ciepłą, rozgrzewającą kolację.
Chce mi się soczewicy!
Czerwona soczewica gotuje się szybciutko, wystarczy jej 15-20 minut.
Dobrze wypłukana, zalana wrzątkiem, wzbogacona aromatyczną kurkumą, kozieradką, pikantną masalą, imbirem. Trochę różowej soli himalajskiej. Na koniec wrzucam drobno utartą marchewkę i sok z cytryny. Wymieszane i odstawione na bok.
W drugim garnku lądują kawałki słodkiego ziemniaka i różyczki kalafiora. Podlewam wrzątkiem i duszę na malutkim ogniu. Dodaję troszkę kurkumy, gałki muszkatołowej, posypuję zielonym lubczykiem, nasionami czarnuszki (uwielbiam ją!) i kryształkami soli. Warzywa mają zachować jędrność, więc szybko są gotowe. Wrzucam jeszcze cienkie pół-plasterki zielonej cukinii, wymieszam całość, przykrywam pokrywką i zostawiam na kilka minut. Cukinia blanszuje się, będzie na wpół surowa, chrupiąca i smakowita, jednocześnie zachowa swoje wartości. W tym czasie obieram i kroję sparzonego wcześniej pomidora, opłukuję listki bazylii i rozmarynu. Świeże zioła są mocno aromatyczne, pyszne i zdrowe. Zawierają cenne olejki eteryczne wspomagające trawienie. Rozmaryn siekam drobno i posypuję soczewicę, jeszcze w garnku. Zostawiam pod pokrywką. Aromat rozpłynie się w potrawie, a olejki eteryczne zachowają swoją moc.

Dobrze, pora nakładać.                                
Na talerzu lądują warzywa, soczewica, pokrojony pomidor.
Teraz chwila dla fotoreportera. W porządku. Chyba coś widać.






Porcja w sam raz na kolację. Mmmmm…. Pycha. A jak pachnie! Rozgryzam ziarenka czarnuszki, smakuję powoli. A rozmaryn! Pełnia lata i zielnik na talerzu! Kalafior taki chrupiący, choć miękki. Mniaaammm. Brzuszek cieszy się. Ależ ja lubię jeść. W garnku jeszcze coś zostało. Pora na dokładkę. Uwielbiam dokładki!